~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
79. Czas niszczy wszystko

  

Z piekła do raju i z powrotem.
Oglądałem wczoraj na kanale TV4 słynny film Nieodwracalne (2002) Gaspara Noé. 12 scen, a mówi się tylko o tych dwóch rzeczywiście wstrząsających. Zabójstwo i gwałt. Opowieść prowadzi od kręgów piekła (wirowanie kamery) do raju – ale przecież film opowiadany jest od końca. Sielski finał tego obrazu nie jest finałem opowieści. Jest jej początkiem. Nie ma więc nadziei, choć do niej doszliśmy. Tragicznego biegu wypadków nie da się odwrócić. I nie będzie happy endu ani triumfu sprawiedliwości ani nawet prozaicznej (a przecież zrozumiałej) zemsty, bo – mało kto to zauważa – ale to nie gwałciciel został ukarany.

  

Nadzwyczaj mocne kino. I tak właśnie trzeba było to opowiedzieć.

Reżyser nieźle nami manipuluje: ponieważ oglądamy film od końca, dopiero po kilkudziesięciu minutach „usprawiedliwiamy” zabójstwo z jego początku, ale przecież już zapomnieliśmy jak wyglądał ów zabity, więc przyjmujemy, że to gwałciciel. Ten, który mordu dokonuje, mamy więc powód podchodzić do niego z rezerwą, okazuje się być tym łagodnym i spokojnym, który wciąż powstrzymuje przyjaciela przed szaleństwem. Szukający zemsty chłopak dziewczyny na przyjęciu budzi niechęć i wątpliwości, co do swojej wierności i odpowiedzialności. Gesty i słowa ze sceny gwałtu są powtórzeniem aktu miłosnego kochanków z finału (czyli początku). Z czerwonego podziemia piekieł (klub „Odbytnica”) przenosimy się do zielonego ogrodu. A opowieść o świecie rozpasania wraca w finale do mieszczańskiej stabilizacji i myśli o dziecku.
Ponieważ zabójstwo rzekomego gwałciciela oglądamy na początku, a potem gwałt, uświadamiamy sobie, że zemsta nie cofa tego, co się stało, nie odwraca przeszłości, nie unicestwia tragedii.

  

A co jest naprawdę wstrząsającą refleksją po seansie? Że przyzwyczailiśmy się do przemocy w kinie, do zbanalizowania zła. Jesteśmy jak ten człowiek, co w scenie gwałtu pojawia się w tle, przypatruje się przez chwilę i odchodzi. Tyle że my oglądamy wszystko od przodu, podeszliśmy bliżej. I nie odwracamy wzroku. A jutro obejrzymy inny film...

Kiedy kino przekracza granice? Czy wtedy, gdy pada w nim kilkadziesiąt trupów, wszystko odbywa się szybko i kwitowane jest zabawnym powiedzonkiem, czy wtedy, gdy oglądamy ze szczegółami jedną śmierć, na serio.

  

Ten film może oburzać. Na pewno szokuje. Nie jest dla każdego. Ale warto...

  

niedziela, 21 maja 2006, alexanderson
Tagi: filmy
filmy
Komentarze
2006/05/23 22:33:48
Zastanawiałam się nad tym niedawno, myśląc o Pasolinim; o limitach, jakie określają działalność artysty; o limitach, jakie wyznaczają działalność każdego człowieka; o granicach i kompetencjach, których żadną miarą nie wolno przekraczać; o igraniu z człowieczymi dyspozycjami; o tym, że to, co spotkało Pasoliniego, można odczytać w kategoriach przerażającej kary za "Salo" i całą resztę, za próbę przywrócenia kosmosu przez jakąś odgórną siłę...
-
2006/05/24 00:39:47
Jakkolwiek banalnie to zabrzmi - granice są właśnie po to, żeby je przekraczać. Natomiast samo wyjście poza przyjęte reguły, złamanie tabu - oczywiście nie decyduje o wartości artystycznej dzieła. Dobitnie przekonała nas o tym nieszczęsna Nieznalska.

A Pasoliniego zabiła nie "odgórna siła", ale kilku popaprańców o ciasnopaństwowych głowach; kilku piewców moralności. Takich dokładnie, jakich tak nienawidził Bernhard.

Przepraszam za koszmarną konkretność - ale romantyczne gaworzenie o "przywracaniu kosmosu" staje się czasem nie do zniesiena, kiedy zderzyć je z rzeczywistością.
-
2006/05/24 10:33:22
Nie obraź się, veera, ale Twoje zdanie o "karze odgórnej siły" dla Pasoliniego aż mnie zatkało, tak bzdurnie, wręcz oburzająco i zwyczajnie głupio to zabrzmiało...
-
2006/05/24 10:42:14
Z zupełnie odmiennych płaszczyzn pochodzą nasze wypowiedzi. Tylko tyle.
-
2006/05/24 18:49:03
Poza tym proponowałabym poczytać najpierw filozofów, mitoznawców, religioznawców, fizyków, teoretyków tragedii, uelastycznić trochę myślenie, zanim zacznie się kogokolwiek obrażać :/.
-
2006/05/26 10:53:52
Specjalnie zaznaczyłem na początku wypowiedzi, że nie chcę nikogo obrazić, bo odnoszę się do wypowiedzi, a nie osoby - jeśli tak się mimo wszystko stało, to przepraszam. Rozumiem koncepcje "równowagi we wszechświecie", "harmonii między dobrem i złem" czy "odgórnej siły", czuwającej nad porządkiem Kosmosu, ale to piękne idee, a nie rzeczywistość - skoro Kosmosem nie wstrząsnął Auschwitz i Kołyma, to miało wstrząsnąć "120 dni Sodomy"?
-
2006/06/03 20:47:39
Jak na mój gust Veera mówiła o typowo grecko-tragicznym podejściu do sprawy: hybris zaburza sferę Dike (kosmos); jej harmonia musi zostać przewrócona, zgodnie z niemal fizycznym prawem; proces jej przywracania jakby "od niechcenia" uderza w tego, kto popełnił hybris, niejako efektem ubocznym staje się jego ukaranie; hybristes cierpi wskutek tego, ale dzięki cierpieniu osiąga sophrosyne. Pathei mathos.