~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
101. Lambada

  

Przy okazji myśli wczorajszych o dotychczasowych pisarskich próbach utrwalania teraźniejszości, przypomniał mi się wpis, jakiego dokonałem w pamiętniku koleżanki gdzieś w trzeciej klasie podstawówki – całą epokę temu.

Była taka moda – wiele dziewcząt, niektórzy chłopcy także, miało swoiste pamiętniczki, do dokonania wpisów w których zapraszało się „wtajemniczo-nych”, a ci przepisywali tam jakieś ulubione wiersze czy maksymy. I ja taki pamiętnik miałem, i ja wpisów u innych dokonywałem. W tym i u niej.

Była drugą w moim życiu Oną.

Potem było ich jeszcze kilka, wmawiałem sobie, że w nich wszystkich się kochałem, nie kochając w rzeczywistości żadnej (nie wiem nawet, czy Tę, o której tu już tyle razy pisałem, kocham rzeczywiście), ale Tamta była szczególna.

Najatrakcyjniejsza dziewczyna w szkole. Długie blond włosy. Figura już kobieca. Śniada opalenizna.

Coś tam musiało być między nami. Nie wiem, dlaczego wybrała mnie. Często siedzieliśmy w jednej ławce na lekcjach, wracaliśmy razem do szkoły – długo to nie trwało, bo mieszkała naprzeciwko, ale w każdym razie spędzaliśmy sporo czasu razem. Mnie łączono z nią, ją ze mną.

No i oczywiście, jak to szczeniak, musiałem jej w pamiętniku napisać, obok jakiegoś wierszyka, na specjalnie zagiętym rogu, „I love you”, co od razu dostrzegł ktoś inny i rzecz stała się znana powszechnie. W ten sposób oficjalnie zostaliśmy „parą”. Dziesięcio- czy jedenastoletnia para. Aż śmieszne.

Ale nie o tym miało być.

Zabawa sylwestrowa. Bal kostiumowy w sali gimnastycznej. Balony. Jakaś żałosna kapela śpiewająca o „białym misiu”. Ja byłem muszkieterem, ona miała strój latynoskiej tancerki. Bardzo skąpy. Tańczyliśmy razem lambadę – cała Polska szalała wtedy na punkcie tego tańca jednego sezonu, który niósł w sobie oddech Zachodu.

Trzymałem rękę na jej mokrych, zimnych plecach, nisko, tam, gdzie wypukłość kręgosłupa przechodzi w podłużne zagłębienie powyżej pośladków. Taniec był energiczny, długi, a jej plecy robiły się coraz bardziej zimne i mokre. Miała niesamowicie gładką i miękką skórę. Jej pot czuję i teraz między palcami. Nigdy później nie dane mi było z taką rozkoszą dotykać obcego ciała.

Dziś mijamy się bez słowa. Ścięła włosy. Opalona jak zawsze.

Miała na imię Katarzyna, jak jeszcze dwie po niej...

  

środa, 12 lipca 2006, alexanderson
dzieciństwo,kobiety