~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
159. Trzecia i Czwarta

  

„By rząd Jarosława Kaczyńskiego mógł kontynuować strategię »nowego początku«, musi odciąć się raz na zawsze od przeszłości, a jeśli do niej sięgać, to wyłącznie po to, by odnaleźć kod, który biegnie gdzieś z daleka, ale prowadzi wprost do IV RP. (Podobny zabieg i z podobnych względów stosowano w PRL: cała logika polskiej historii – bunty chłopskie, Waryński, Marchlewski… – spełniała się w Polsce Ludowej). Dzieje IV RP biegną od dziewiętnastowiecznych powstań narodowych, przez II RP, Powstanie Warszawskie i powstanie z Czerwca’56 oraz Czerwca’76, przez Solidarność (z której trzeba właściwie uhonorować także tych, którzy byli wcześniej pomijani, jak choćby Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda) i przez rząd Jana Olszewskiego.

Tylko ta ścieżka jest historycznie słuszna, moralnie właściwa i piękna. I tylko ludzie, którzy się na niej znaleźli, służyli dobrze Polsce. […]

III RP, jak wynika z rozwiniętych wywodów Jarosława Kaczyńskiego, a także z jego bon motów i okrzyków, podchwytywanych skwapliwie przez drugo- i trzeciorzędnych aktywistów PiS oraz dziennikarzy, którzy chętnie pełnią funkcje propagandzistów obozu rządzącego, była PRL-bis, była jego prostą kontynuacją i faktycznym beneficjentem. PRL rozciągnęła się jak guma od majtek i do jej dziejów trzeba koniecznie doliczyć ostatnie 17 lat.

III RP dała sobie narzucić język PiS. Jest interpretowana i na nowo definiowana, przy słabnącym sprzeciwie ogółu, jako fatalny okres w historii Polski. Do świadomości społecznej przenikało przekonanie, że dawni »oszołomi« mieli rację, że Kaczyńscy nie mylili się już na początku lat 90., że ich diagnoza była genialnie przenikliwa. W ten sposób, bez większej zresztą walki, język IV RP wyparł rzeczywistość III RP. Wielu z tych, którzy postrzegali poprzednie dekady jako zupełnie dobre czasy w ich życiu, ale też dla kraju (pamiętamy? jeszcze niedawno mówiło się, że to był od stuleci najlepszy czas dla Polski), dzisiaj coraz chętniej jest skłonnych przychylić się do opinii, że ich zadowolenie było wynikiem naiwności i braku tej porażającej wiedzy, jaka jest dzisiaj dostępna. Byli jak dzieci we mgle, którą rozwiał dopiero PiS.

A przecież nic takiego się nie wydarzyło, poza dojściem do władzy PiS, co uzasadniałoby takie postrzeganie kraju. To z tej dziwacznej, żabiej perspektywy sprawa Rywina niweluje wstąpienie do NATO, afera starachowicka przykrywa akces do Unii, a chora goleń Kwaśniewskiego staje się symbolem całej skomplikowanej polityki III RP. »Przypadki łamania prawa« i »nieprawidłowości« odwróciły hierarchię, zakwestionowały realne osiągnięcia III RP. Spiski i wszechogarniający układ, których nie widać i na które wciąż nie ma mocnych dowodów, zanegowały realia, które widać i które można bez trudu udowodnić.

Gdy w 1989 r. – przypomnijmy – inflacja sięgała 639 proc., to w momencie, gdy bracia Kaczyńscy przejmowali władzę, wynosiła 1 proc. I odpowiednio inne dane rozdzielone 17 latami: PKB na głowę mieszkańca na początku III RP – 1880 dol., na końcu – 12 tys. dol., PKB Polski – 68,3 mld dol. i 280 mld dol., a średnie zarobki zaczynały się od pułapu 34 dol., by osiągnąć wysokość 797 dol. I to mimo »afer, korupcji i działań służb specjalnych«. Czasami trudno sobie zdać sprawę, jak język i mentalność PiS wsiąka w społeczną glebę. Ludzie »mówią PiSem«, nie wiedząc nawet o tym. Pomstują na Kaczyńskich, często używając ich pojęć. Co więcej, w istocie zarzucają im, że są niekonsekwentni w wykonywaniu swojego programu: gdzie te afery, dlaczego jeszcze ten i ten nie siedzi, gdzie ta lustracja, gdzie silne państwo? To zaszczepienie własnego myślenia nawet swoim przeciwnikom to chyba największe zwycięstwo tej partii, które może przetrwać, nawet jeśli poniesie ona polityczną porażkę.

Jarosław Kaczyński odkrył, jaka jest siła odpowiedniej interpretacji, a właściwie reinterpretacji ex-post jakiegoś wycinka historii. Jak wiele zależy od słów, pojęć, sekwencji wynikania. III RP była okresem wielkiej transformacji, niewolnej od błędów i ułomności, która jednak odmieniła kraj, sprawiła, że żyje się po prostu lepiej. Polska stała się normalnym, choć jeszcze nie tak zamożnym jak inne unijne państwa krajem, z dobrze funkcjonującym rynkiem, z demokratycznymi instytucjami, samorządami, społeczeństwem obywatelskim, wolnymi mediami, które w rzeczywistości dopiero PiS zakwestionował i zaczął z nimi walczyć.

Słabości przemian można wytłumaczyć faktem, jak głęboka była i jak gwałtownie dokonała się transformacja. Jeśli o tym zapominamy, to nie tylko z powodu upływu czasu, również dlatego, że propaganda obozu rządzącego skupia się w przypadku PRL na sprawach opresji politycznych i działań SB, znika w tym gdzieś rzeczywistość ekonomiczna Polski Ludowej. Stąd maleje świadomość, jak wielki przełom się dokonał na początku lat 90. i jak później konsekwentnie był podtrzymywany. To nieprawda, że wszystko się należało, było naturalną konsekwencją odrzucenia komunistycznych absurdów; transformację też można było spartaczyć, utopić w konfliktach społecznych i politycznych, co wydatnie pokazuje historia innych krajów dawnego bloku socjalistycznego, które nie tak konsekwentnie jak Polska prywatyzowały czy walczyły z trzycyfrową inflacją. Łatwo się przyzwyczajamy do normalności, traktujemy ją jak oczywistość, a właśnie o to trzeba było stoczyć ciężką walkę z balastem przeszłości.

Ale III RP da się też przy złej woli pokazać jako prymitywną republikę bananową, gdzie komunistyczno-liberalna oligarchia kupiła sobie sługusów we wszystkich sferach, także w mediach, i ustawiała całe życie publiczne. Gdzie demokracja była teatrem kukieł, poruszanych przez esbeków i ich agenturę […], gdzie rozkradano państwo przy aplauzie »układu wiedeńskiego«. Prywatyzacja była złodziejstwem, dorabianie się – zawłaszczaniem i tuczeniem cudzym kosztem, sukcesy – porażkami. Już nie tylko życie w PRL było maligną, totalnym matriksem, ale też III RP okazuje się niemoralną propozycją, gdzie wszystko było nieprawdziwe. PiS – aby postawić się ponad zastanym systemem politycznym – neguje autentyczność transformacji po 1989 r., odbiera prawo do zmieniania się instytucji, gospodarki, ludzi.

W istocie zaś wszyscy Polacy, od dawnej opozycji po dawnych komunistów, odbyli daleką podróż, stali się innymi obywatelami innego kraju. 17 lat temu wychodziliśmy na puste pole, bez doświadczenia, bez potrzebnej wiedzy, ze starymi przyzwyczajeniami i lękami, wszystkiego musieliśmy się uczyć od nowa, zmienić sobie myślenie i świadomość. To może tylko bracia Kaczyńscy wszystko zawsze wiedzieli i nigdy nie mieli żadnych wątpliwości, reszta musiała przejść przez czyściec historii, przez bezprecedensowe eksperymenty ustrojowe i ekonomiczne, które dawały co prawda jakieś szanse i nadzieje, ale nie zawierały żadnej gwarancji, że się uda. I do tego trzeba było tę drogę przejść jakoś wspólnie, mimo różnic historycznych i tych różnic, które pojawiły się jako nowe. Dużym wysiłkiem i dzięki jakiemuś psychologicznemu cudowi III RP osiągnęła wiele imponujących celów i oddaliła się o lata świetlne od PRL.

Zamiast uznać przemiany w Polsce za pozytywne zbiorowe doświadczenie – pełne prób i potknięć, jak w każdym ćwiczeniu – PiS przybiera minę srogiego nauczyciela, niezadowolonego ze swoich podopiecznych, którzy już kilkanaście lat temu nie sprostali dzisiejszym ocenom i kryteriom.

Przykłady wielkiej korupcji, nepotyzmu, afer z handlem bronią, przestępstw służb specjalnych, brudnych partyjnych pieniędzy, łajdactw polityków można znaleźć w dowolnej niemal liczbie w najbardziej szacownych demokracjach zachodnich. Ale podobne, najczęściej zresztą na mniejszą skalę, wydarzenia w Polsce są przez Kaczyńskiego od razu łączone w całość, podciągane pod wspólny mianownik, nawzajem się wzmacniają i potwierdzają. Wszystko ma drugie dno, nie ma po prostu zwykłej korupcji, jest szara sieć, nie ma afery, jest afera układu; te klocki mają układać się w całość według dostarczonego przez PiS obrazka.

W Radiu Maryja powtarzane są specyficzne litanie, gdzie na jednym oddechu wymienia się sekwencję: noc teczek w 1992 r., FOZZ, Ałganow, kilka nazwisk biznesmenów, gangsterów i polityków SLD. Tyle pozostało z III RP w interpretacji PiS i jego satelitów. Nieważne, czy między tymi sprawami i osobami jest jakikolwiek związek, ten związek jest nadawany, utrwalany i w nieskończoność powtarzany. Kaczyński wie, że rzeczywistość nie jest tak jednoznaczna, dlatego interpretacja powinna ją udoskonalić, wyostrzyć kontury. Nawet w tak ukochanym przez lidera PiS rządzie Jana Olszewskiego zasiadało dwóch ministrów, których niedawno Antoni Macierewicz potraktował jak agentów obcego mocarstwa, a sami Kaczyńscy uczestniczyli w obradach Okrągłego Stołu. Na początku lat 90. Jarosław Kaczyński lansował Lecha Wałęsę na prezydenta z nie mniejszym zapałem, niż dzisiaj promuje IV RP, i trudno znaleźć argumenty, że tamto zaangażowanie było niesłuszne, a obecne jest chwalebne. Nie jest wciąż jasne, dlaczego Lech Kaczyński, z ulubionej przez naród partii, nawet nie ociera się o popularność Aleksandra Kwaśniewskiego? Dlaczego do tego przeżartego przez postkomunę i służby specjalne kraju nadeszło tylu zagranicznych inwestorów?

Dzisiaj premier nieustannie przypomina, jakie to duże i życiodajne fundusze z Unii Europejskiej są do wykorzystania, a przez lata PiS był wobec Unii – łagodnie mówiąc – niechętny. Gdyby to PiS negocjował wejście do Unii, zapewne bylibyśmy na etapie negocjacji w sprawie aborcji i eutanazji.

Dziś PiS chwali się, że nie ma w kraju dużych strajków, ale dzieje się tak, ponieważ po prywatyzacji w zeszłych latach nie ma już wielu państwowych molochów, które były zawsze najlepszą strajkową bazą. Silna złotówka, dzięki której można rozwijać zdrową gospodarkę, to w dużej mierze efekt żelaznej konsekwencji Leszka Balcerowicza, którego stanowisko szefa NBP teraz PiS musi pilnie »odzyskać«. Młodzi ludzie, nie czekając na »3-4 miliony mieszkań«, starają się kupić własne lokum dzięki powszechnym kredytom, dawanym przez banki, tak zaciekle atakowane przez posła Zawiszę.

Kaczyński łaskawie przyjmuje wszystkie zdobycze III RP. Przychodzi w jakimś sensie na gotowe. Bazę zapewniła mu właśnie III RP, teraz może zając się nadbudową, ideologią, przejmowaniem stanowisk. Paradoksalnie, to że dzisiaj »rząd zmieniający Polskę« (ta fraza jest powtarzana jak mantra, aż się wdrukuje w pamięć) może zajmować się swoimi ulubionymi zabawkami, zawdzięcza wcześniejszym gabinetom i parlamentom o różnych kompozycjach, które wspólnie z cierpliwym i dość przedsiębiorczym społeczeństwem wykonały czarną robotę, która musiała być zrobiona. Teraz PiS może krytykować wszystko, ponieważ niesprawdzalne są już inne warianty, nie da się cofnąć czasu transformacji. Dlatego łatwe jest gloryfikowanie rozwiązań, które nigdy już nie będą wprowadzone.

Teoretycznie III RP broni się sama, a rozpoczynanie historii Polski od chwili, gdy bracia Kaczyńscy przejęli władzę (IV RP), wydaje się bezwstydną uzurpacją. W obronie minionego 17-lecia stają otwarte granice, wolność podejmowania pracy, paszporty w szufladach, tłumy Polaków na zagranicznych wczasach, wzrost wykształcenia, wzmożona konsumpcja, coraz lepiej wyglądające miasta, wzrost gospodarczy, bezpieczne sojusze… Choć trudno to sobie wyobrazić, tego wszystkiego dokonano jeszcze przed braćmi Kaczyńskimi.

Jeśli teraz Polacy dadzą sobie ostatecznie wmówić, że i tak najważniejsze jest rozwiązanie WSI i założenie CBA, to znaczy, że III RP właśnie zostaje żywcem pogrzebana, choć jeszcze wierzga i się wije. Że pozwoliliśmy sobie ukraść przeszłość”.

[M. Janicki i W. Władyka, Czarna legenda III RP, „POLITYKA” 2006, nr 41]

  

sobota, 21 października 2006, alexanderson