~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
215. Katolickie pogaństwo? (2)

  

Dziś druga część Raportu „Święta w starych dekoracjach” Joanny Podgórskiej:

  

Jerzy Pilch wspomina, że w czasach jego dzieciństwa, gdy z sąsiedniej katolickiej wsi wychodziła procesja, jego luterska babka zasłaniała okna, żeby nie patrzeć na zgorszenie. – Katolicyzm widziany jej oczyma to było pogaństwo w stanie czystym – opowiada. – Klękanie, medaliki, obrazy, zastępy świętych, palenie świateł na grobach, wszystko to było dla nas egzotyczne.

Zwłaszcza, gdy chodzi o Zaduszki, różnice między protestantyzmem a katolicyzmem są szczególnie znaczące. W protestantyzmie los zmarłego rozstrzyga się w chwili śmierci, będzie rozliczany tylko ze swoich czynów. W katolicyzmie można trochę pomediować, zamówić mszę za duszę, pomodlić się za zmarłych, ulżyć ich losowi. (...)

Nikły wpływ reformacji, która oczyściła konfesję ze wszystkiego, czego nie ma w Piśmie, to kolejny z czynników kształtujących polską religijność. Na to nałożyła się bardzo silna kontrreformacja, która zwalczała heretycką plagę poprzez bardzo energiczne wzmacnianie obrzędowości i celebry.

(…) [Zdaniem prof. Anny Zadrożyńskiej] niezwykle istotnym czynnikiem kształtującym polską religijność była także kultura szlachecka. Zawdzięczamy jej nie tylko fakt, że polska Matka Boska przypomina Marynię Połaniecką, ale także bardzo silną, administracyjną funkcję parafii, która stanowiła pas transmisyjny między dworem a ciemnym, niepiśmiennym pańszczyźnianym chłopem.

– Przy czym polska kultura szlachecka była głęboko aintelektualna, przepojona ostentacją, teatralizacją, działaniem na pokaz. Kwestię religii traktowała niezwykle emocjonalnie, przy całkowitym braku refleksji na temat prawd wiary – dodaje prof. Kowalski.

Także Norman Davies skłonny jest szukać przyczyn kształtu polskiej religijności w naszej historii, głównie w fakcie, że polski Kościół był przez wieki Kościołem oblężonym. „Mity o jednolicie katolickim charakterze Polski mogli uknuć jedynie apologeci Kościoła, którego supremacja była stale zagrożona” – pisze w „Bożym igrzysku”. W Europie Zachodniej do końca średniowiecza Kościół funkcjonował na prawach monopolu. W Polsce nie. Pogaństwo kwitło jeszcze długo po chrzcie Polski, a na Litwie do XIV w. było religią państwową. Potem kraj był otoczony i zagrożony przez sąsiadów innowierców. Kult maryjny był najbardziej oczywistą formą manifestacji polskości w obliczu wyzwań, jakimi były protestantyzm czy judaizm. Brak poparcia papiestwa dla polskich powstań wywołał urazę. „W rezultacie prości ludzie w Polsce z silnym przekonaniem skłaniali się ku myśli, że Ojciec Święty ich opuścił i wobec tego wierzyli, że praktykowany przez nich katolicyzm jest bardziej katolicki niż sam papież” – pisze Davies.

Sytuację zmienił oczywiście pontyfikat Jana Pawła II, związał nasz katolicyzm mocniej z Watykanem, ale też wzmocnił jego polskość i naszość. Żeby utrzymać tę więź, nawet niemiecki papież musi mówić po polsku, utwierdzając część wiernych w przekonaniu, że jest to w sferze sacrum język urzędowy.

Ponad 70 lat temu, gdy Czarnowski pisał swoje studium, katolicyzm ludowy nie był niczym specyficznie polskim. (...) Pytanie – jak bardzo zmieniła się religijność polska od tamtych czasów? Ostatnio powstały dwie prace, które wychodząc od zjawiska objawień i cudów starają się analizować ten problem: „Na straży prawdziwej wiary” Ariela Zielińskiego i „Cuda, wizjonerzy i pielgrzymi” Huberta Czachowskiego.

Współcześni badacze odróżniają religię wyboru od religii ludu, przemieszanej z folklorem i magią. Według Zielińskiego przed 1989 r. o religii czy też kościele wyboru nie było w Polsce mowy. Wewnątrzkościelny pluralizm istniał, ale był niewidoczny, bo Kościół rzymskokatolicki w Polsce, jako opozycja, musiał sprawiać wrażenie monolitu. Pełniąc funkcję integracyjną jako swoista masowa organizacja narodowa musiał kierować się na przeciętnego Polaka-katolika, a nie indywidualne potrzeby wiernych. Musiał być ekspansywny w dążeniu do ukazania swej obecności i pozycji poprzez rozwój masowych rytuałów. W zderzeniu z władzą miał większe szanse jako instytucja urzędowo-hierarchiczna niż wspólnotowa. Po 1989 r. w atmosferze pluralizmu pojawiły się zjawiska kierujące religijność w stronę kościoła wyboru, jednak nie stała się ona dominująca. Jak twierdzi Zieliński, zdecydowana większość społeczeństwa mieści się w nurcie kościoła ludu, a polski katolicyzm ludowy od czasów Czarnowskiego nie uległ szczególnym przemianom.

Według prof. Anny Zadrożyńskiej nie bez znaczenia był tu program tradycyjnej ludowej pobożności realizowany przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, oznaczający zamknięcie drogi mistycznej refleksji, poznawania zasad wiary, czytania Biblii, który w gruncie rzeczy był programem analfabetyzacji wiary.

Stereotyp Polaka-katolika wydaje się wiecznie żywy. Nacjonalizm może nawet się pogłębił przez to, że świętych rolniczych zastąpili święci polscy (beatyfikowani i jeszcze niebeatyfikowani). Faustyna Kowalska, kardynał Wyszyński, ksiądz Jerzy Popiełuszko, Jan Paweł II stali się ikonami i bywa, że objawiają się wiernym wspólnie z Matką Boską.

(...) Czarnowski badał swoich włościan trochę jak owady pod mikroskopem, a kult obrazów postrzegał jako rodzaj pogańskiego bałwochwalstwa. Współcześni badacze starają się o nieco więcej empatii i nie są tak kategoryczni, twierdząc, że można go przypisać zarówno postawie magicznej, jak i religijnej. Ludwik Stomma w „Antropologii wsi polskiej” przyznaje, że przewaga zmysłów nad duchem jest u polskiego chłopa tak wielka, iż nie potrafi on wyobrazić sobie dziejów ewangelicznych na tle pustyni czy gajów oliwnych, ale ten naiwny sensualizm legł u podstaw specyficznego dla naszych ziem typu niezwykle głębokiej i autentycznej wrażliwości religijnej.

Z prowadzonych obecnie badań wynika, że sacrum nadal musi mieć widzialną, rozpoznawalną formę. Jak pisze Hubert Czachowski, w religijności XIX w. modlitwa bez obrazu była niewyobrażalna. Dziś niewiele się zmieniło, nie wystarczy idea, obraz nadal potrzebny jest do oddawania czci. Doszły jeszcze cudowne fotografie, na których objawia się Matka Boska, papież lub Duch Święty, najczęściej w postaci białej smugi.

Rytualizm, przywiązanie do obrzędowości i niechęć do najmniejszych zmian (komunia na rękę, zniesienie postów) nadal wiążą się z nieznajomością Pisma i doktryny oraz brakiem potrzeby poznawania. Z badań prowadzonych w kolejnych dziesięcioleciach wyłania się dość dziwaczny obraz Trójcy Świętej, czasem pozbawionej Boga Ojca, za to nader często obdarzonej Matką Boską. Hubert Czachowski, który badał ostatnio religijność uczestników tzw. ruchu mirakularnego (czyli skupionego wokół miejsc cudów i objawień), tak opisuje świętą hierarchię: Duch Święty jest niemal nieobecny; Bóg Ojciec – nieco abstrakcyjny i enigmatyczny – przedstawiany jest jako srogi, karzący grzeszników sędzia; Jezus to postać podająca sposoby ominięcia kary; Matka Boska otwarcie przeciwstawia się wyrokom Bożym, a błogosławiona Faustyna Kowalska przekazuje ludziom te sakralne, toczące się w transcendencji spory.

Ruch mirakularny to samo serce ludowego katolicyzmu. Jak pisze Hubert Czachowski: „w miejscach cudownych krzyżuje się oficjalna teologia, religijność ludowa, teologia różnych sekt, magia. Ta świadomość religijna przesycona cudem wykazuje wiele cech typowych dla myślenia magicznego”.

Trudno dokładnie oszacować skalę tego zjawiska. Wydaje się, że funkcjonuje ono na marginesie, media przedstawiają je czasem jako dziwne i ciekawe. Jednak z prac obu wyżej wspomnianych autorów wynika, że jest to zjawisko masowe. W okresie powojennym naliczono 50 miejscowości będących areną cudów i objawień (nie licząc objawień na szybach), a ich częstotliwość nasiliła się w ciągu ostatnich 20 lat; prawdopodobnie ze względu na łatwiejszy przepływ informacji. Oławę, miejsce najsłynniejszego objawienia, gdzie Kazimierzowi Domańskiemu wielokrotnie ukazywała się Matka Boska, w okresie największej świetności (do śmierci Domańskiego w 2002 r.) odwiedzało do 200 tys. pielgrzymów rocznie; to skala porównywalna z sanktuarium w Świętej Lipce.

W takich miejscach tysiące wiernych obserwują zjawisko wirującego słońca, słyszą chóry anielskie, oglądają odciski stóp Matki Boskiej, dochodzi do setek uzdrowień, a święte źródełka są normą. Woda, którą pielgrzymi zabierają do butelek, jest – jak pisze Czachowski – dosłownym dotknięciem sacrum, z którym nie może konkurować ani msza, ani modlitwa, ani nawet widok wierzby, na której ukazała się Matka Boska. Chociaż listki z drzewa i kora też zbierane są jako talizmany. Wszystkie cechy religijności ludowej, opisane grubo ponad pół wieku temu przez Czarnowskiego, zastygły tu jak owad w bursztynie. (...)

Takie objawienia są problemem dla Kościoła. Na niektóre nieformalne sanktuaria biskupi nałożyli interdykt, zabraniający ich odwiedzania. Tylko że to nikomu w niczym nie przeszkadza. Jak pisze Zieliński, ci sami pielgrzymi żywo uczestniczą w oficjalnym nurcie katolicyzmu, odwiedzają parafialny kościół, chodzą na pielgrzymki do Częstochowy. Organizowane przez księży pielgrzymki parafialne odwiedzają Oławę po drodze; nie ma jej w programie, ale od początku jest dla wszystkich jasne, że tu przyjadą. „Ruch pielgrzymkowy skoncentrowany wokół zjawisk cudownych, nieuznawanych przez Kościół, nie występował dotąd w Polsce w takim nasileniu, jak ma to miejsce obecnie” – podsumowuje Zieliński. Zauważa także, że w ten nurt wpisuje się pięciomilionowy ruch skupiony wokół Radia Maryja. To ta sama mentalność, która pragnie czarno-białej wizji świata, przekonania o własnym wybraństwie, silnego, plemiennego niemal poczucia wspólnoty i autorytarnego przywództwa jako odpowiedzi na niejednoznaczności nowoczesnego świata.

(…) Polska obrzędowość wyrasta z ludowego katolicyzmu. Jemu i pieczołowicie pielęgnowanej tradycji, która kruszy się dziś pod naporem komercji, zawdzięczamy wielkanocne święconki i palemki, wigilijne wieczerze szczególnie nasycone elementami magicznymi, rozświetlone cmentarze w listopadzie, urok przydrożnych krzyży. Z drugiej strony rodzi on sakrokicz, religijne gadżety i makatki z papieżem.

Ale ludowy katolicyzm w Polsce nie ogranicza się do sfery estetyki. Jak pisze Piotr Kowalski w eseju „Potoczna religijność, kicz i sakrobiznes”, cechuje go łatwość łączenia emocjonalnie nacechowanego doświadczenia religijnego, manifestowania religijnej uczuciowości z równie emocjonalnie nacechowanym patriotyzmem. Kicz religijny wykazuje zdumiewająco wielką łatwość łączenia się ze stereotypem prawdziwego Polaka. Agresja miesza się tu z ckliwością, patriotyzm przepoczwarza w ksenofobię.

Magiczna wizja świata wyrastała z lęku przed światem nieoswojonym, ciemnością, żywiołami, zaświatowymi mocami. Współczesny nurt ludowego katolicyzmu także napędza poczucie zagrożenia, bezradności, kompleksów wobec pluralistycznego świata, którym rządzi informacja i gry wolnego rynku, świata wielości idei, nurtów, postaw – niepojęte moce, przed którymi trzeba się chronić. Im bardziej świat otwarty, tym większa potrzeba identyfikacji z tym, co znane, kurczowego przylgnięcia do prostej wizji rzeczywistości. (…)

  

piątek, 13 kwietnia 2007, alexanderson
Tagi: religia
religia
Komentarze
2007/04/13 14:40:08
Bardzo fajna stronka ktora wiele wyjasnia nt. Katolicyzmu :)
-
Gość: krzysztof, *.c157.petrotel.pl
2007/05/08 16:57:48
Przeczytałem obydwie części artykułu z zainteresowaniem, które stopniowo ustępowało rozczarowaniu. Tej chaotycznej masy przykładów tak dobranych by uzasadnić założoną wcześniej tezę, z których jednak żaden nie został jednak poddany jakiejś głębszej refleksji, dokładniejszemu omówieniu, nie idzie czytać bez heroicznej walki z postępującym znużeniem... Kilka podstawowych słabości przytoczonego tu tekstu, zawierającego, zresztą szereg oczywistych spostrzeżeń
Artykuł bez przerwy operuje oskarżeniami, które spokojnie można postawić całemu katolicyzmowi czy chrześcijaństwu w ogóle, a już szczególnie całemu wschodniemu chrześcijaństwu mieszając je z tymi, które rzeczywiście opisują specyficzną, polską odmianę katolicyzmu jednak wcale nie tak niezwykłą, jeśli uwzględnić szerszą, niż tylko europejską perspektywę...
Wzruszająco naiwne jest przeciwstawienie Pisma - Tradycji, właściwie jakby żywcem przejęte z ewangelikalnej (nie mylić z ewangelicką) frazeologii. Zrozumiałbym czytając to wszystko w parafialnej gazetce gdzieś na środkowym zachodzie USA, tuż obok wywodów udowadniających ponad wszelką wątpliwość, że świat został stworzony w 6 dni kilka tysięcy lat temu. Ale żeby redaktorzy szacownej "radykalnie umiarkowanej" Polityki nie potrafili dostrzec że Pismo nie było niczym uprzednim wobec kościoła ( ST wobec Świątyni), że nie spadło ono prosto z nieba w formie gotowej pięknie oprawionej książki, że stanowi po prostu spisaną i oficjalnie potwierdzoną cześć jego Tradycji, wreszcie że kanon NT został, w wyniku licznych wewnątrzkościelnych dyskusji ustalony na soborach lokalnych, a następnie zatwierdzony przez papieża... identycznie jak wiele innych "niebiblijnych" i przez to"pogańskich" zwyczajów jak np. kult świętych...
Gdzieś na tym blogu czytałem jak najbardziej słuszną krytykę Lisickiego za jego wikłający się w sprzeczności tekst o apokryficznej ewangelii Judasza. Czy jednak Polityka nie popełnia dokładnie tego samego błędu...
Skąd niebywale (jak na świecką zdawać by się mogło gazetę) ostre przeciwstawienie chrześcijaństwa i charakteryzujących go zwyczajów wszystkim innym religiom określonych zbiorczym mianem pogaństwa. Jak by wywodziło się ono z judaizmu i nie dawało się wpisać w wielką rodzinę religii związanych z cyklem wegetacyjnym przyrody, vide Frazer i jego Złota Gałąź.
Bardzo słaby, nużący swoją monotonią tekst . Szkoda bo temat ciekawy i aż się prosi o mniej powierzchowne potraktowanie.