~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
252. Polska kabaretowa

  

„(…) Gdyby rzecz działa się w kinie, a nie w naszym najprawdziwszym życiu, prawie codziennie pękalibyśmy ze śmiechu. Bo na oczach całego społeczeństwa bracia Kaczyńscy (ksywka drapieżne kaczory) udają braci Marx, zaś Roman Giertych z Andrzejem Lepperem (ksywka lis chytrus) grają Flipa i Flapa. A przecież najwyższe koalicyjne kręgi nie są osamotnione w swoich komediowych czy kabaretowych zapędach. Na niższych kregach władzy bez trudu można znaleźć innych naśladowców największych komików: Leslie Nielsena, Jima Carreya, Charlie Chaplina, Louisa de Funesa.

Trochę mi jest smutno, że ilekroć zobaczę Zbigniewa Wassermanna, konstytucyjnego ministra w rządzie, nie mogę się opędzić od skojarzenia z głównym bohaterem »Nagiej broni 33 i 1/3«, który za wszelką cenę chce uratować świat niczego nie kapując i bezwiednie demolując wszystko wokół siebie. Przepraszam Pana Boga, że ile razy widzę marszałka Ludwika Dorna, przypomina mi się Jim Carrey zamknięty w wymyślonym świecie z »Truman Show«. To wrażenie mocno się nasiliło, od kiedy dzięki Mariannie Rokicie, słynnej posiadaczce seksrekordu Polski, poznaliśmy ekstrawaganckie seksualne zwyczaje Marszałka, który ostatnio tak pięknie opowiadał o swojej intelektualnej drodze do nawrócenia. Przykro mi, ale ile razy słyszę ministra Macierewicza przejętego misją nawrócenia świata i nieustannie miotającego wokół podejrzliwe spojrzenia, przypominają mi się sceny z »Żywotu Briana«.

Gdy patrzę na ministra Ziobrę, coraz wyraźniej widzę lokalną kopię Chaplina w »Dyktatorze« (nie chodzi tylko o grzywkę), a kiedy słyszę o sukcesach CBA, odkrywam czytelne inspiracje ze »Szpiegów takich jak my«. Nad nimi wszystkimi unosi się zaś nieśmiertelny Miś, który teraz nazywa się IV RP.

Krótko mówiąc, coraz trudniej jest mi się oprzeć wrażeniu, że w polskiej polityce grecki dramat lat 90. i zagmatwaną mieszczańską powieść pierwszych lat tego stulecia wyparła poetyka prostego slapsticku. Na przykład ostatnio bracia Marx osaczają Flipa i Flapa agentami w rajtuzach. W odpowiedzi Flip i Flap prują rajtuzy agentom oraz braciom. (…)

Rok temu oni wszyscy ze swoją władzą, ze stojącym za nimi potężnym aparatem państwa, ze szwadronami oddanych wyznawców, z wszystkimi swoimi zaklęciami, planami, retorycznymi chwytami zdawali się wręcz śmiertelnie groźni. Co można poradzić, że przez ten rok z okładem stali się już niemal śmiertelnie śmieszni? To nie znaczy, że przestali być groźni. Są groźni w dalszym ciągu. Bo mają władzę, w dużym stopniu kontrolują państwo, na swoje szaleństwa wydają nasze pieniądze, prawie każdego dnia coś rozmontują, zepsują albo wysadzą w powietrze. Ale już przestali być poważni. Za dużo było tej grozy.

Nie chodzi tylko o to, że prezydent uważa za stosowne publicznie ogłaszać stan swoich towarzyskich relacji z różnymi osobami (…). Nie chodzi też o to, że od dwóch lat wciąż w Polsce debatujemy (i to na najwyższym, a nawet międzynarodowym szczeblu), kto kogo obraził i kto powinien przepraszać. Jest to wprawdzie objaw infantylności, temat typowy dla wczesnego stadium okresu dojrzewania, kiedy dziewczęta i chłopcy zaczynają się uczyć samodzielnego (czyli bez udziału dorosłych) układania relacji w grupach rówieśnicczych, ale katastrofa to nie jest. Ciągłe przepraszanie i nieustanne żądanie przeprosin jako stały przedmiot politycznej debaty jest nieznanym w cywilizowanych krajach wynalazkiem ostatniej epoki polskiej polityki, ale na tle naszej sytuacji jest to raczej drobiazg.

Chodzi o sprawy naprawdę poważne dla egzystencji tysięcy czy milionów ludzi. Na przykład premier sporo osób w Polsce bardzo mocno przestraszył, kiedy w odpowiedzi na poparcie opozycji dla strajku pielęgniarek zapowiedział wprowadzenie podatku dla najbogatszych. Miało być nawet referendum w tej sprawie. (…) Publicyści rozpoczęli spory. (…) społeczeństwo przyjęło zapowiedź premiera z należną wypowiedzi szefa rządu powagą. Ale on nie. Parę dni później oświadczył, że już się rozmyślił.

Drugi brat, prezydent, pojechał do Waszyngtonu i po przelotnej pogawędce z politycznie tonącym prezydentem Bushem oświadczył, że sprawa tak zwanej tarczy jest już przesądzona. Obserwatorów wprawił tym w osłupienie. Bo tarcza nie jest przesądzona nawet w Ameryce. Publicznie padło więc pytanie, czy Polska została przez Busha zwasalizowana. W Warszawie i w całej Europie komentatorzy i analitycy zastanawiali się, co to może znaczyć. (…) Ale wszystko na nic. Nazajutrz prezydent podjął polemikę sam z sobą i tłumaczył światu, że wszelkie sugestie, jakoby sprawa była przesądzona, są nieuprawnione.

Setki lub tysiące ludzi na całym świecie zaczęły teraz zadawać sobie pytanie, co się takiego stało w ciągu tych 24 godzin. (…) Krótko mówiąc, próbowaliśmy zgadnąć, co w istocie prezydent miał na myśli? Ale znów była to zupełnie niepotrzebnie stracona energia. Bo wszystko wskazuje, że prezydent nic nie miał na myśli i nic nie chciał powiedzieć. Prezydent po prostu mówił, bo chciał coś mówić.

Sprawa jest poważna. Słowa premiera i prezydenta, a nawet ministrów przywykło się w cywilizowanym świecie traktować poważnie. Sęk w tym, że oni sami siebie, nas i swoich słów poważnie nie traktują. Minister Fotyga posunęła się nawet do tego, że embargo na mięso nazwała wypowiedzeniem wojny. Świat by się pewnie zatrząsł, gdyby nie to, że w ważnych ambasadach już wcześniej zrobiono jej portret psychologiczny. Wobec słowa wojna w ustach ministra spraw zagranicznych zgłoszony przez premiera pomysł wypowiedzenia traktatu polsko-niemieckiego to po prostu drobiazg. Na szczęście minął równie szybko, jak się na scenie politycznej pojawił.

Pewnie powinniśmy już nareszcie przywyknąć, że najwyżsi urzędnicy tylko tak sobie mówią różne rzeczy. Bo oni się nie przywiązują do tego, co powiedzieli. Problem polega na tym, że nawet uważnym obserwatorom trudno jest odróżnić, co mówią poważnie, a co tylko tak sobie. Idee brzmiące zupełnie poważnie okazują się bowiem tylko luźno rzuconymi słowami, a pomysły najbardziej księżycowe nieoczekiwanie szybko stają się obowiązującym prawem.

U braci Kaczyńskich tak było chyba zawsze. Kto dziś jeszcze pamięta, że będąc w opozycji opowiadali o Wielkiej Komisji Prawdy i Sprawiedliwości, której powołanie byłoby oczywiście sprzeczne z konstytucją, albo obiecywali, że w cztery lata zbudują trzy miliony mieszkań? Nie wiadomo, dlaczego akurat trzy, a nie pięć albo dwa i pół. Ale tak mówili. Specjalnie ich to nie wyróżniało, bo będąc w opozycji politycy często mówią głupstwa (…). Problem polega na tym, że PiS jest pierwszą partią, a bracia pierwszymi przywódcami niepodległej Polski, którzy nie zauważyli, iż obejmując władzę przestali być w opozycji.

(…) Po blisko dwóch latach faktycznego rządzenia sporym europejskim krajem polski premier nadal nie rozumie, a może raczej uparcie odmawia zrozumienia, że mając taką władzę trzeba się wypowiadać i działać rozważnie i odpowiedzialnie. Wciąż, jak Piotruś Pan, buja więc w opozycyjnych politycznych obłokach, marzy i opowiada, co śni albo widzi oczami duszy swojej. W tym sensie wielką metaforą obecnego rządu był napis »38 lat temu człowiek wylądował na Księżycu« umieszczony przez wydawcę TVN24 na tzw. pasku podczas transmisji rocznicowej konferencji premiera. Coraz częściej staje się oczywiste, że mamy władzę z Księżyca.

Przepraszam za zrzędzenie, ale politykę traktuję śmiertelnie poważnie. Bo politycy nie tylko w czasie wojny decydują o naszym życiu i śmierci. Od nich zależy, czy pogotowie dojedzie na czas, czy bandyci wyrzucą nas z pociągu albo wbiją nam nóż na ciemnej ulicy, jakie będziemy dostawali emerytury, ile będą kosztowały lekarstwa. Dlatego od ministra, posła, wojewody, a nawet od prezydenta nie oczekuję ani pięknej biografii, ani nieposzlakowanej opinii. Nie chcę od nich nic więcej niż kompetencji, pracowitości, inteligencji, odpowiedzialności i w miarę możliwości niezawracania mi głowy. Nie po to na kogoś głosuję, by mi urządzał spektakle w telewizji, tylko po to, żeby dał mi – i nam wszystkim, naszym dzieciom, wnukom i prawnukom – szansę możliwie najlepszego życia. Od tego są politycy. (…)

W Polsce – zwłaszcza ostatnio – sprawy ułożyły się jednak inaczej. Polityka stała się strefą przyjmującą coraz bardziej kabaretowe, komediowe czy groteskowe formy publicznej swawoli, mającej zaspokoić wybujałe potrzeby rozbuchanych ego rozmaitych osób o bardzo dziwnych konstrukcjach emocjonalnych. Jadwiga Staniszkis powiedziała ostatnio, że w premierze Kaczyńskim »walczy piękna umysłowość ze złą emocjonalnością«. To dotyczy dużej części świata polityki. Z tym, że »piękna umysłowość« jest zjawiskiem nieporównanie rzadszym od »pięknego umysłu« i dużo mniej znaczącym niż coraz groźniejsza różnego rodzaju »zła emocjonalność«. To, że z tygodnia na tydzień władza staje się coraz bardziej śmieszna, wcale już nie jest śmieszne. Bo ta władza wciąż ma nad naszym życiem pewną władzę”.

               [J. Żakowski, Strasznie śmieszne, „POLITYKA” 2007, nr 30]

  

czwartek, 26 lipca 2007, alexanderson