~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
255. Michelangelo Antonioni (1912-2007)

  

Żegnając wczoraj Bergmana powstrzymywałem się od uwag o końcu pewnej epoki w kinie ze względu na Antonioniego. I oto dziś przychodzi wiadomość, że i jego zabrakło. Znamienne, iż ci dwaj umarli w tym samym dniu – podobnie Szekspir i Cervantes odeszli równocześnie 23 IV 1616 roku. Obaj, Bergman i Antonioni, należeli do największych indywidualności kina, do artystów uparcie poszukujących, stawiających bolesne pytania, niepokornych i osobnych. Obaj, eksplorując wymiary i kondycję człowieczeństwa, wydźwignęli kino do rangi, jaką osiąga największa literatura.

Przestrzeń kina Antonioniego rozpościerała się między motywami niepokoju, ucieczki, złudzenia, tajemnicy i fatum; za pomocą zupełnie nowego języka filmowego mówił on o zagubieniu człowieka w budzącym lęk nieprzejrzystym i nieczytelnym świecie. „Brak pewności jest znamieniem naszych czasów”, powiedział kiedyś. Zostały po nim niezapomniane sceny: rojowisko giełdy i finałowe ujęcie ulicy w „Zaćmieniu”, bicie dzwonów w „Przygodzie”, mgła i zimna czerwień w „Czerwonej pustyni”, gra w tenisa nieistniejącą piłeczką w „Powiększeniu”, eksplozja świata konsumpcji w „Zabriskie Point”, pustynia i niepokazane widzom, dokonujące się za wychodzącą przez okno kamerą zabójstwo w „Zawodzie – reporter”. Spoza „zimnych” i długich sekwencji tego piewcy alienacji i niemożności porozumienia przebijało dyskretnie przeczucie czegoś nieuchwytnego i nieokreślonego, oddającego jednak naturę świata i związków międzyludzkich, czegoś prawdziwie metafizycznego. Nie ma większego wymiaru sztuki…

  

wtorek, 31 lipca 2007, alexanderson
nekrologi,filmy
Komentarze
Gość: nybatteri1, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/07/31 17:52:40
Pomyślałam o tym samym co Ty, kiedy usłyszałam o Bergmanie. Myślę, że to nie przypadek. Zresztą..."nie ma przypadków"-jak mawia P.Kaczkowski.
-
2007/08/01 07:56:47
Chyba nie będzie przesady w tym, co powiem: w ostatni poniedziałek skończyło się moje kino.
Pierwszy odszedł Visconti. Po nim Bunuel, Fellini, Kurosawa. Antonioni i Bergman.

Parę dni temu oglądałem piękny film "Cinema Paradiso" Tornatore. O tym, jak wraz ze śmiercią kinowego operatora kończyło się kino znanego reżysera. A z kinem - kończył się świat.

Najpiękniejsze, że w tym filmie nie ma smutku. Jest tylko zachwyt, podziękowanie, hołd - dla tego, co się właśnie skończyło.

A mi tymczasem przypomina się piękna piosenka Dona McLeana:

"I met a girl who sang the blues
And I asked her for some happy news,
But she just smiled and turned away.
I went down to the sacred store
Where I?d heard the music years before,
But the man there said the music wouldn?t play.

And in the streets: the children screamed,
The lovers cried, and the poets dreamed.
But not a word was spoken;
The church bells all were broken.
And the three men I admire most:
The father, son, and the holy ghost,
They caught the last train for the coast
The day the music died."