~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
297. Podróż

    

Ruszasz, choć przecież siedzisz w miejscu, przyklejony do szyby w przeładowanym wagonie. Torba uwiera cię w prawe ramię, ale nie masz dość miejsca, by do niej sięgnąć. Samotne drzewa w polu (istota polskości dla ciebie), myszołów nad zeschłymi badylami kukurydzianych łodyg, zmęczeni życiem ludzie pracujący pośród jabłkowych sadów, pierwsze żurawie, rozwalające się poniemieckie stodoły – wszystko przechodzi przed twoimi oczami zanim zdąży w pełni zaistnieć. Zostaje tylko tło. Tu – harmider przyziemnych rozmów, melodie telefonów komórkowych. Nie słyszysz ich jednak. Tam – spokój, okrutna obojętność natury, niczym objawienie wieczności. Trwanie (wciąż najważniejsze dla ciebie słowo). Mgła spowijająca las na horyzoncie. Aż w końcu już tylko biel, biel pustego nieba…

Potem ciemność – półmrok peronu, na którym nikt nigdy na ciebie nie czeka, i setki twarzy, których nawet nie dotkniesz spojrzeniem. Przemykasz się niepostrzeżenie wzdłuż ścian śmierdzącego bezdomnością dworca – zdecydowanie, najpiękniejszy w Polsce. Wkraczasz do Miasta, recytując w myślach Leningrad Mandelsztama...

Po wakacyjnej przerwie powracasz do instytucji, z którą poza obowiązkami już nic cię nie wiąże. Tak, jak zawsze Puszkin – „Znowu odwiedziłem / Ziemi zakątek, kędym…” Mówisz każdemu „Dzień dobry” ze spokojem, bo wiesz, że te słowa nic nie znaczą – zdążyłeś już zapomnieć, że to ciebie się wita pierwszego. Żółte ściany na zewnątrz, żółte w środku. W Rosji żółtym domem nazywają dom wariatów. To właśnie mu zawdzięczasz – myśl o psychiatrze. Jeśli się uda, pójdziesz do niego we wtorek, gdy tylko opuścisz te przeklęte mury. Na tydzień zaledwie, niestety…

Potem znowu peron – zdaje się, że zawsze ten sam. Czekasz. Chodzisz wzdłuż i wszerz, choć potworne zmęczenie nieomal paraliżuje ci nogi, a w głowie temat przewodni z Całkowitego zaćmienia szarpie bezlitośnie nerwy dziwnym niepokojem. Tuż obok mija cię pociąg, i jeszcze jeden, i wreszcie nadjeżdża trzeci – patrzysz w jego żółte (znów!) oczy i, szukając przerwy między kołami, masz (wiadomo!) nieuchronne skojarzenia literackie. Skojarzenia-pragnienia. Ale nie, nie tym razem, jeszcze nie teraz – dopiero w nocy, w trupio zimnej pościeli stalowy chłód kolejowej szyny przeniknie przez twoją skórę i zatrzyma na szyi. Dopiero wtedy wrócisz, dopiero wtedy zgaśnie świeca Anny Kareniny…

  

czwartek, 27 września 2007, alexanderson
Wrocław,Puszkin_Aleksander,studia