~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
368. Peregrinatio

  

Miał to być dzień intensywnej pracy, pisania i tworzenia, ale złożone samemu sobie obietnice najtrudniej jest chyba spełnić. Pomysł odebrania dziś właśnie nowego dowodu osobistego, z koniecznością spaceru w odległe rejony mojego miasteczka się wiążący, rejony na uboczu głównego nurtu życia leżące i dawno już przy tym niewidziane – wcielony w życie został i plony obfite a nieoczekiwane przyniósł. Wyprawa w konkretnym celu we włóczęgę poznawczą się zmieniła, a ja sam z petenta stałem się turystą i eksploratorem, stąpającym po własnych śladach z odległej przeszłości, które czas zdążył już niemal bezpowrotnie zatrzeć. Oglądałem niegdyś znane, przypominałem sobie zapomniane…

   

                    „Dziesięć minęło lat od tego czasu –

                    I w życiu mym niejedna zaszła zmiana,

                    I sam, podległy ogólnemu prawu,

                    Zmieniłem się – w tym miejscu wszakże znów

                    To, co odeszło, wraca do mnie żywe,

                    I zda się, żem po gajach owych błądził

                    Zaledwie wczoraj”. 

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. W. Woroszylski]

  

Wszędzie majaczyły mi cienie dawnego Dyhernfurthu…

Stare Miasto, które – choć centrum ordynacji (Fideikommiss und Seniorat) – nigdy w pełni miejskich kształtów nie nabrało, służąc jedynie za zaplecze pałacowego majątku, jakkolwiek lokowane było przywilejem cesarskim Leopolda I w Roku Pańskim 1662 wedle planu przemyślanego i wciąż czytelnego. Gdzieś tu Sabataj Bassa z Kalisza rozwinął swoją słynną na cały kontynent hebrajską poligrafię, której dopiero konkurencja Berlina i Frankfurtu mogła zagrozić. Stojący obok budynek tandetnie dziś zielonej remizy strażackiej wzniesiono w przeddzień Wiosny Ludów przy finansowym wsparciu Rotszyldów jako synagogę dla tutejszej gminy – biesiadne tańce odbywają się (wciąż jeszcze?) tam, gdzie starsi w wierze bracia dzisiejszych mieszkańców nabożnie wielbili Tego, Który Jest. Na rezydencji dawnych zarządców Śląska nie znać już ani mistrzowskiej ręki K. G. Langhansa, ani o stulecie późniejszej przebudowy, przenoszącej nad Odrę strzeliste wzory francuskiego renesansu z doliny Loary – po wejściu Sowietów do opuszczonego miasta naziści raz jeszcze uderzyli, by zatrzeć ślady ukrywanej przed światem produkcji gazów bojowych i zbrodni na więźniach popełnianych w dwóch tutejszych filiach złowieszczego obozu Gross-Rosen; płonący w wyniku tej akcji pałac był jedną z ostatnich ofiar szaleństwa, które popchnęło najbardziej kulturalny naród Europy na skraj nie tylko moralnej przepaści. Czy winić za pożar należy bardziej generała Sachsenheimera, czy porucznika Maksymowa – nie dziś już rozstrzygać. Z tarasu na tyłach w ogólnych tylko zarysach odbudowanej rezydencji, w której niegdyś chroniono pamiątki po nieszczęsnej Marii Antoninie, a dziś wyświetla się amerykańskie komedie, widać ostatni w tej części kraju prom przez rzekę – dowód, że nawet zachodnia Polska zdaje się tkwić jeszcze w XIX stuleciu. Obok tak zwana oficyna (dawny Mały Pałac); przez powojenne dziesięciolecia popadająca w ruinę, dziś pięknie odrestaurowana dzięki środkom unijnym po powodzi tysiąclecia – nawet katastrofy przynoszą zatem coś dobrego, nawet tragedie mogą się kończyć happy endem. Tu mieści się Urząd, cel podróży mej główny. Wchodzę, czekam, odbieram, kwituję.

Po wszystkim kieruję się do parku – niegdyś angielskiego w swoich (znów Langhans!) założeniach projektowych, dziś zdecydowanie polskiego w ogólnym zaniedbaniu. Pływające po stawie kaczki-krzyżówki są jedynie szarym wspomnieniem po latami obecnych tu łabędziach; pamiętam też zarośla trzciny i tataraku – dziś nagie nabrzeża obnażają nędzę domku na środku akwenu, żałośnie sterczącego na palach ponad obniżonym lustrem wody. Przelatujący z pnia na pień niebieskawordzawy kowalik ciągnie mnie między drzewa. Wiem podświadomie, gdzie zmierzam – i oto sprofanowane po wielekroć i zrujnowane mauzoleum von Hoymów, ślad po czasach, gdy tradycję i przeszłość otaczano religijną niemal czcią. Zawsze przerażała mnie martwota tego miejsca – gdy stały tu trumny, z pewnością miało w sobie więcej życia.

Gdzieś w górze zaskakująco dziś silny wiatr rozpoczyna swój ryk – strzelające w niebo nagie gałęzie i konary dołączają kolejno do chóru i wysoko ponad moją głową tworzą niezwykłą symfonię trzasków, skrzypień i stuków. Zapomniałem już, jak las potrafi śpiewać, jak słońce uśmiecha się spoza drzew...

Wracam do domu, pomiędzy bezduszne blokowiska z epoki późnego Gierka, zmęczony i zmarznięty, z ogromną satysfakcją jednak. Chciałbym Cię kiedyś zabrać na podobny spacer. A jeszcze bardziej – żebyś to Ty zechciał pójść ze mną…

  

piątek, 25 stycznia 2008, alexanderson
Puszkin_Aleksander
Komentarze
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/01/26 20:50:44
Jaki ten świat, a zwłaszcza Dolny Ślask mały... Ja akurat mieszkam w Landeshut, tj. miejscu urodzenia K.G.Langhansa, kkóry, niestety, śladów w architekturze tu po sobie nie pozostawił. Za to mieliśmy też filię Gross-Rosen, mamy spalony pałac, no i - oczywiście - gierkowskie bloki(w jednym z nich mieszkam):-). Pozdrawiam.
-
2008/01/27 11:01:38
Pozdrowienia zatem dla Kamiennej Góry!