~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
402. Une saison en enfer

  

Zimnym rankiem spieszę na pociąg przez zieleniejący się, rozkrzyczany głosami setek ptaków las. Prowadzi mnie charakterystyczne pukanie o pnie drzew – „Nie krakały kruki, wrony, / Tylko dzięcioł / Pełzł po wierzbie, wystukiwał / Drogę księciu” [Słowo o wyprawie Igora. Przeł. J. Tuwim]. Całe poszycie jest białe od tysięcy zawilców, ale dziwnym trafem zauważę to dopiero wiele godzin później, wracając tędy do domu ze wspomnieniem wrocławskich krokusów przy teatrze Capitol…

  

Pamięć, zapomnienie, wspomnienie…

W pociągu naprzeciw mnie siada dziewczyna, z którą w liceum chodziłem do jednej klasy. Nie miałem powodu jej nie lubić. Mówimy sobie „cześć” i są to jedyne słowa, jakie padają między nami. Ona próbuje usnąć, ja uciekam w lekturę…

  

„Czas zabliźnia rany. Czas to cierpliwy żółty deszcz, gaszący powoli najbardziej zajadłe płomienie. Ale istnieją płonące pod ziemią stosy, szczeliny pamięci tak zapiekłe i głębokie, że nawet rwący potok śmierci nie mógłby ich przesłonić. Próbujemy żyć, jakby ich nie było, zadusić je milczeniem, przykryć patyną czasu i gdy myślimy, że nareszcie udało nam się zapomnieć, dostajemy niewinny list, który rozbija na drobne kawałki taflę lodu skuwającą zapomnienie”

                    [Julio Llamazares, Żółty deszcz. Przeł. M. Płachta].

  

Na zajęciach pytanie o zadane przed świętami opowiadanie Leonida Andriejewa spotyka się z głuchym odzewem studentów. „I odpowiedzią mu było milczenie…” – nigdy nie będą wiedzieć, ile dla mnie znaczy ten tekst… Tam, gdzie zajść ani razu we Wrocławiu nie omieszkam, kupuję Pogardę Alberto Moravii. Być może jest w tym jakieś ukryte znaczenie. W każdym razie cudowny motyw George’a Delerue z filmu Godarda musiał mi nieuchronnie rozbrzmiewać potem w myślach…

Spacer wzdłuż Promenady Staromiejskiej przez park Kopernika do Wzgórza Partyzantów. Jak zwykle przyglądam się ludziom, zajmującym kolejne ławki. Drzemiący, sterany życiem i chyba podpity mężczyzna; chłopiec nadający sms; babcia z rozkosznym maleństwem w wózku; student czytający grubą powieść; dziewczyna z czymś, co mogłoby być podręcznikiem do angielskiego; i zakochane pary, bez skrępowania okazujące sobie uczucie. Pierwszy raz wspinam się na Wzgórze – z ławki na szczycie spoglądam na wschód i przez kilkanaście minut obserwuję przez drzewa, jak po drugiej stronie fosy, na skwerze Krasińskiego dwaj chłopcy odbijają piłkę. Jeden jest w krótkich spodenkach i ma mnóstwo tej życiowej energii, o której ja dawno już zapomniałem. Jak dobrze, że macie siebie nawzajem, koledzy, że umiecie się tak bawić i śmiać. Jak dobrze…

Wracam dołem, blisko lustra wody. W pociągu kończę czytać zaczętą dziś przepiękną opowieść o umierającej wiosce Ainielle…

  

„Nic nie budzi w człowieku takiego lęku jak drugi człowiek – większego jeszcze, jeśli oboje są jedną i tą samą osobą. Tak, samotność zmusiła mnie do stawienia czoła samemu sobie. A w odpowiedzi na ten przymus, do zbudowania na wspomnieniach potężnych ścian zapomnienia. I to był jedyny sposób, by przetrwać pośród tego zniszczenia i rozkładu, jedyny sposób, by znieść samotność i lęk przed obłędem” [Ibidem].

  

Wiosna – rozleniwia, drażni nerwy, mąci w głowie, nie daje nocą zasnąć. Z pewnością już przyszła. To będzie mój kolejny sezon w piekle

  

poniedziałek, 31 marca 2008, alexanderson
Wrocław,Llamazares_Julio,studia