~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
516. O skutkach - a może i o przyczynach...

  

„I w tym haniebnym stanie ducha przesiadywałem godzinami i dniami, wpatrując się w ścianę, zadręczałem się i stopniowo pojmowałem, jakie to straszne, gdy nawet najbłahsze zadanie albo czynność, na przykład umieszczenie jakichś rzeczy w szufladzie, jest ponad nasze siły. Tak jak gdyby jakaś od dawna trawiąca mnie choroba parła do wybuchu, jak gdyby zagnieździło się we mnie coś ociężałego i uporczywego, co stopniowo sparaliżuje wszystko. Za kośćmi czoła czułem już paskudne otępienie, które poprzedza rozpad osobowości, zdawało mi się, że naprawdę pozbawiony jestem pamięci i władzy myślenia, że w ogóle nie istnieję, że przez całe życie nic tylko gasłem i odwracałem się od świata i od samego siebie. (…) Zwłaszcza w porze zmierzchu, którą zawsze najbardziej lubiłem, nachodził mnie zrazu niewyraźny, potem coraz bardziej dojmujący lęk, skutkiem czego piękna gra blednących kolorów obracała się w złowrogą, stęchłą szarzyznę, serce kurczyło mi się w piersi do jednej czwartej swojej naturalnej wielkości, a w głowie tłukła mi się już tylko jedna jedyna myśl, że muszę z podestu na trzecim piętrze pewnego określonego domu przy Great Portland Street, gdzie kiedyś przed laty po wizycie u lekarza doznałem dziwnego przypływu słabości, rzucić się przez poręcz schodów w ciemną otchłań. Odwiedzić któregoś z i tak nielicznych znajomych albo jakoś zwyczajnie iść między ludzi było dla mnie wtedy niepodobieństwem. Grozą przejmowała mnie możliwość − mówił Austerlitz − że miałbym słuchać, co ktoś mówi, albo co gorsza samemu mówić, i gdy tak to się rozwijało, zacząłem powoli pojmować, jak bardzo jestem i byłem zawsze samotny (…). Nigdy nie myślałem o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nigdy też nie czułem się przynależny do żadnej klasy, zawodu czy wyznania. W otoczeniu artystów i intelektualistów czułem się tak samo nieswojo, jak w sferach mieszczańskich, a od dawna też nie mogłem się zdobyć na zadzierzgnięcie jakiejś osobistej przyjaźni. Zaledwie kogoś poznawałem, już mi się zdawało, że zanadto się spoufalam, zaledwie ktoś się do mnie zbliżył, zaczynałem się odsuwać. Na koniec moje stosunki z ludźmi sprowadzały się już w ogóle tylko do pewnych, z mojej strony najskrupulatniej przestrzeganych form grzecznościowych, które, jak to dziś wiem − mówił Austerlitz − nie miały związku z tym czy innym człowiekiem, lecz raczej chroniły mnie przed zrozumieniem, że zawsze, odkąd sięgam pamięcią, znajdowałem się w stanie bezsprzecznej rozpaczy. (…) w tępym stuporze uświadomiłem sobie, jakich spustoszeń dokonało we mnie osamotnienie przez wszystkie te minione lata, i poczułem się straszliwie zmęczony na myśl, że nigdy naprawdę nie żyłem albo że teraz dopiero się urodziłem, poniekąd w przeddzień śmierci”

               [Winfried Georg Sebald, Austerlitz. Przeł. M. Łukasiewicz].

  

niedziela, 09 listopada 2008, alexanderson
samotność,Sebald_Winfried Georg
Komentarze
2008/11/12 08:52:37
To doskonała książka. Szkoda, że Sebald jest w Polsce praktycznie nieznany.
-
2008/11/12 17:35:41
Niestety, nie mogę dzielić z Tobą zachwytów nad tym autorem...
-
2008/11/16 18:10:38
A co Ci się dokładnie nie podoba, napiszesz coś więcej? :-)
-
2008/11/16 18:59:08
Nie jestem tak wytrawnym czytelnikiem i krytykiem jak Ty, niewiele też rozumiem z uczonych analiz i nie lubię ich czytać - książki mi się podobają lub nie. Powieść "Austerlitz" raczej mnie nużyła, klimatu nie czułem, frazy nie uwodziły. Było tam, oczywiście, kilka interesujących fragmentów, jak wizyta w Terezinie (choć nic nowego do mojej wiedzy to nie wniosło), ale jak na swoją treść, jest ona - o herezjo! - zbyt rozwlekła.