~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
617. ONI (II) - Williram Timpe...

  

 »„Czy ty przypadkiem nie masz ołówka?”, pyta śmiertelnie blady Hans Castorp panią Kławdię Chauchat, a serce bije mu przy tym jak szalone. Następuje owa słynna rozmowa po francusku, którą Kławdia, unosząc nagie ramię i opierając się o framugę drzwi, kończy słowami: „A proszę nie zapomnieć o zwrocie mojego ołówka” [Czarodziejska góra. Przeł. J. Kramsztyk]. Sześć tygodni później Hans zwraca ołówek, otrzymując w zamian coś innego.

Owo pożyczenie ołówka jest repliką sceny z czasów szkolnych. Hans Castorp miał trzynaście lat, był uczniem czwartej klasy, chłopcem w krótkich spodenkach. (…) Hans pyta kolegę, w którym jest zakochany, Przybysława Hippe, syna profesora gimnazjalnego, chłopca o niebieskoszarych kirgiskich oczach i wystających kościach policzkowych, czy mógłby mu pożyczyć ołówek. Chętnie, odpowiada tamten, ale po lekcji musisz mi go koniecznie oddać. „I wyjął z kieszeni swój crayon z obrączką, którą trzeba było pociągnąć w górę, ażeby z metalowej osłony wyrósł czerwono polakierowany ołówek”. Dowiadujemy się jeszcze, że Hans odważył się naostrzyć trochę ołówek, „a trzy czy cztery strużyny przechowywał później przez cały rok w wewnętrznej szufladzie swego pulpitu”. Narrator uważa za równie istotne powiadomienie nas, że zwrócenie ołówka przebiegło w najprostszy sposób.

  

(…) Pożyczenie i zwrot ołówka są tutaj poetyckimi symbolami aktu seksualnego. Sam ołówek jednak istniał w rzeczywistości, nie tylko jako poetycki symbol. „Strużyna z ołówka W. T.” znajdujemy zapis w Dzienniku z 15 września 1950 roku. Przechadzka po Lubece 3 czerwca 1953 roku także przypomina Tomaszowi Mannowi „Willirego Timpe i jego ołówek”. Z całą pewnością także on, jak Hans Castorp, przechowywał w pulpicie ołówkowe strużyny.

„W. T.” to Williram Timpe, zwany Willri, syn profesora gimnazjalnego, doktora Jana Henryka Timpego, u którego Tomasz Mann zamieszkał na stancji po śmierci ojca i przeprowadzce matki do Monachium, czyli od 1892 do około 1893 roku. (…) Nie da się z absolutną pewnością ustalić, kiedy Tommy zakochał się w Willrim, lecz na pewno nie w wieku trzynastu lat, jak w przypadku Hansa Castorpa. Bowiem „czas Willriego” nastąpił po „czasie Armina”, miał więc prawdopodobnie lat piętnaście, czyli rok po zimie pod znakiem Armina. (…)

Jeśli założymy, że cała ta historia trwała, jak w Czarodziejskiej górze, dwa lata, to fascynacja Willrim skończyła się jesienią 1892 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy Tomasz Mann zamieszkał w jego domu. Tylko pozornie wygląda to na sprzeczność. Wspólnie przeżywana szara codzienność prowadzi na ogół do większych rozczarowań niż uwielbienie na odległość, kiedy trudniej o rozmowy i spotkania.

Jakież jednak namiętności musiały targać pozostawionym bez opieki rodziców gimnazjalistą mieszkającym u Timpów! Można przypuszczać, że przejmował go taki sam lęk, ta sama trwoga, co Hansa Castorpa, dla którego okoliczność ta „była jak zamknięcie w ciasnej przestrzeni z czymś koniecznym i nieuchronnym − nieuchronnym w sensie, który go uszczęśliwiał, a zarazem przejmował lękiem”. Sądzimy także, że codzienna zwykła gadanina i wspólne mycie zębów prędko odjęły czaru Timpemu, podczas gdy pani Chauchat pozostawała niedościgłym marzeniem jeszcze przez wiele miesięcy.

W przeciwieństwie do Armina, Timpe był wzorowym uczniem, lecz „nie to”, nie intelekt zaważył na tym, że Castorp „pożycza od niego ołówek”. Powodem była fascynacja ciałem, tymi niebieskoszarymi kirgiskimi oczami, wystającymi kośćmi policzkowymi i nogami w krótkich spodenkach. To, że gimnastyka „mimo Willriego” była czymś wstrętnym, dowodzi, że Tomasz lubił przyglądać się Willriemu w czasie ćwiczeń − gdy tymczasem samemu Tomaszowi, obyczajem marzycieli, wstrętne były wszelkie ćwiczenia cielesne.

Nauczony doświadczeniem z Arminem nie pozwolił sobie tym razem na „wielki dzień”, w którym wyznałby miłość podziwianemu koledze. Idąc dalej tropem Czarodziejskiej góry, wiemy, że Tommy nic nie powiedział, lecz zachował wszystko w tajemnicy i zadowolił się cichą kontemplacją obiektu swych uczuć. Nie chciał nazywać rzeczy po imieniu, bo jakakolwiek rozmowa o niej była niemożliwa − „nie nadawała się do tego i tego nie potrzebowała”. Hans Castorp, czytamy stronę dalej, przyzwyczaił się do cichego i dalekiego stosunku z Hippem. Zadowalał się typowymi wzruszeniami zakochanego, oczekiwaniem, czy go dzisiaj spotka, czy Hippe przejdzie blisko niego, czy na niego spojrzy, czyli „lubił cichy, delikatny sposób, w jaki spełniały się jego pragnienia, lubił nawet rozczarowania, które przynosiła mu jego tajemnica”.

Z tym, że miłość obywa się bez słów, spotykamy się u Manna ciągle. Gustaw von Aschenbach (Śmierć w Wenecji) nie odzywa się ani słowem do pięknego Tadzia. Hans Castorp nie werbalizuje swojego stosunku do Hippego, ponieważ nazywanie oznacza „umieszczenie w czymś znanym i zwyczajnym, a Hans Castorp żywił przecież nieświadome przekonanie, że dobro wewnętrzne, takie jak to, raz na zawsze powinno być zabezpieczone od podobnych określeń i sposobów umieszczania”. Feliks Krull precyzuje:

„O subtelnych i lotnych rzeczach należy mówić subtelnie i z polotem (…). Na dwu tylko biegunach międzyludzkiej łączności, tam, gdzie słów jeszcze nie ma albo już nie ma, a więc w spojrzeniu i w objęciu, można znaleźć właściwe szczęście, gdyż tylko tam jest bezwarunkowość, wolność, tajność i do samego dna posunięta bezwzględność (…)” [przeł. A. Rybicki].

  

Mistrzowi słowa chodzi o to, czego nie da się wyrazić słowami. Miliony słów, jakie napisał w ciągu swojego życia, maskują elementarne milczenie. Cały ten słowotok to czysta zewnętrzność, pod którą kryje się niedające się wyrazić wnętrze, ta świętość, której jądrem jest to, co erotyczne. Skoro już nie można urzeczywistnić tego pierwotnego stanu pozawerbalnego marzenia, trzeba przynajmniej zakreślić wokół niego słowny krąg − oto siła napędowa bezradnego formułowania. Najgłębszą tęsknotą każdego strumienia słów jest zamilknięcie.

Ponieważ prawdziwe życie nigdy nie zaspokoi tej tęsknoty, musi ona na zawsze pozostać w sferze marzeń. To, że powieściowy Hippe ma trzynaście lat, oznacza, że Hans (Tomasz) kocha nie w szczytowym okresie dojrzewania, lecz tuż przed nim, co w pewnej mierze czyni miłość aseksualną, ma znaczenie w tym sensie, że realizacja marzeń seksualnych może się odbyć dzięki kobiecie − Kławdii Chauchat. Wobec tego pożyczenie ołówka jest wczesnym przeczuciem, że zaspokojenie można znaleźć dopiero w stosunku z kobietą. Fakt, że w powieści ołówek pożyczony zostaje nie od szesnasto-, siedemnastolatka, lecz od trzynastolatka, ma zapobiec podejrzeniom, iż znajomość Hansa i Hippego podszyta była seksualnością. Tomasz Mann nie prowadził podwójnego życia. Nie łaził ukradkiem za młodymi chłopcami i nie robił rzeczy niedozwolonych. Był na to zbyt nieśmiały. „Nie mógłbym pójść do łóżka nawet z samym Apollem Belwederskim” [do Kuno Fiedlera, 11 XI 1954]. Niezależnie od rzeczywistości królestwo marzeń i ich spełnienie w wyobraźni było dla niego ważniejsze od zawsze niedoskonałej konfrontacji z rzeczywistością. „Jak można sypiać z mężczyznami” [Dziennik, 24 XI 1950]. Jeśli nie będziemy każdego źródła podejrzewać na wstępie o wypieranie „właściwych skłonności”, to okaże się, że Tomasz Mann miał seksualne doświadczenia (poza sporadycznym onanizowaniem się i spontanicznymi nocnymi polucjami, co za każdym razem zostało zaprotokołowane w dzienniku z komiczną pedanterią) wyłącznie z kobietami, nawet jeśli zawsze fantazjował na temat młodych chłopców.

Czy jest to w ogóle możliwe? Widocznie tak. Czyż inaczej małżeństwo z Katią Pringsheim mogłoby przetrwać tyle lat. W świecie Tomasza Manna seksualność nie należała do dziedziny nieziemskich rozkoszy, lecz raczej do świata szorstkiej rzeczywistości obowiązku. Rozkosz to sfera marzeń. Seksualność nie jest królestwem wolności, zatraceniem się i spełnieniem, lecz melanżem obowiązku i rzadkich fascynacji, podszytych obawą przed impotencją, lękiem, że się nie sprosta, przez co akt seksualny znajduje się pod stałą kontrolą i trzeźwą samoobserwacją. Znane od wieków tristitia post coitum opisuje także odczucia Tomasza Manna, który uważa następujący po nim „stan żalu i pauperyzacji” za charakterystyczną cechę aktu płciowego [Dostojewski − z umiarem, 1954]. Wszystko, co niespełnione w akcie rzeczywistym, czego zresztą w ogóle nie da się spełnić w pełnej ograniczeń rzeczywistości, znajdowało ujście w homoerotycznym świecie marzeń. Zresztą Mann nie tęskni do rzeczywistości, nie potrzebuje jej.

W Szkicu autobiograficznym [1930] Tomasz Mann mówi o „późno rozbudzonej i gwałtownie wybuchłej seksualności” i dodaje, że stało się to w wieku około dwudziestu lat. Mieszkał już wówczas w Monachium. Jego szkolne miłości w Lubece są wtedy tak czasowo odległe, że nie mogą mieć z tym nic wspólnego«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

piątek, 15 maja 2009, alexanderson
Tagi: homo
homo