~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
625. "Niespełnienie jako strategia życiowa" (II) - czyli Po raz czwarty o Nim...

 

»Pan Friedemann, kaleki garbus, przyzwyczaił się już do swojej cichej egzystencji pozbawionej doznań erotycznych, gdy wtem w jego życie wkracza Gerda von Rinnlingen z wpiętą w błyszczące włosy „rozkwitłą różą Marshalla − Niela” [przeł. L. Staff], która (…) niszczy jego starannie wypielęgnowaną harmonię. Uznanemu artyście, Gustawowi von Aschenbachowi, który do tej pory sublimował swe popędy w sztukę, przez nierozsądną miłość do pięknego chłopca Tadzia wali się cały świat. Żona Putyfara wiodła zakonne wręcz życie u boku swego wykastrowanego męża do chwili, kiedy w jej życiu pojawił się Józef, a jej opanowanie i wyniosłość legły w gruzach, chociaż − jak mówi Biblia − to on nie chciał jej ulec.

Ulubionym kwiatem Tomasza Manna była właśnie róża Marshalla − Niel. To on „jest” panem Friedemannem, ascetą oddanym lekturze i grze na skrzypcach (…) Jego życie i praca polega głównie na walce z namiętnościami, żyje w ciągłym lęku, że jego pieczołowicie chroniona równowaga może się zachwiać, w lęku, że to, co z takim trudem wyparł, powróci, zamieniając w gruzy kunsztowny gmach życia. (…) Zwycięstwo czystości nad miłością jest tylko pozorne. Bojaźń, dobre wychowanie, cnotliwy wstręt, trwożna potrzeba czystości tłumią miłość, trzymając ją w mroku. Zwycięstwo to jest jednak pyrrusowym zwycięstwem, bo nakazy miłości nie dają się spętać ani zdusić, a stłumiona miłość nie umiera, lecz żyje w ciemności i w głębokim ukryciu nadal dąży do spełnienia, kruszy więzy czystości i pojawia się znowu, nawet jeśli pod inną postacią…

(…) Jego kunsztowny gmach nie runął, nie w życiu, lecz wciąż na nowo zawala się w twórczości. Nękający go przez całe życie lęk przed nawiedzeniem jest w każdym razie zasadniczym motywem przewijającym się wymownie przez całe jego życie i dzieło. Jego historie o nawiedzeniu są arcydziełami. W każdym z nich osobowość bohatera rozpada się pod naporem tego, co wyparte. W każdym dziele, od najwcześniejszego do najpóźniejszego to, co ukryte, zostaje boleśnie zdemaskowane. (…)

  

Pokusę w życiu Tomasza Manna stanowili głównie chłopcy i młodzi mężczyźni. Tak więc nie obawiał się seksualności jako takiej, ile raczej homoseksualności. Nie znaczy to jednak, że cały urok tych historii polega na opisywaniu tej specyficznej obawy. Wprawdzie lęk przed wykluczeniem, obawa stygmatyka przed rozpoznaniem i wyklęciem, naznaczyły całe życie Tomasza Manna, lecz z pewnością to nie wszystko. U podstaw twórczości wybrańca leży wprawdzie ów lęk, ale jego pisarstwo nie jest jednotorowe, lecz wznosi się ku metafizyce i religijności, czyniąc ze słabości siłę. W przetworzonej postaci lęk ten jest pędem ku wolności, ku niezależnej od rzeczywistości krainie marzeń dzieciństwa, ku uwolnieniu się od popędowości, od „grzechu”. Dla wyznawcy filozofii Schopenhauera są dwie drogi do zdjęcia kajdan płciowości: sztuka i świętość. Sztuka czyni wolnym od płci, dopóki świat, obserwowany na chłodno, oferuje doniosłe widowiska. Świętość polega na bezinteresownym oglądzie, gdzie kończy się wola, a koło ixion przestaje się kręcić. Artysta musi być ascetą. (…)

  

Wielkie dzieło jest czymś więcej niż samą tylko rejestracją własnych przeżyć. Obawa przed nawiedzeniem mogła sobie być w osobistym życiu Tomasza Manna obawą przed homoerotyzmem. Lecz my, czytelnicy, mamy prawo także do innych interpretacji. Zalęknieni homoseksualiści są wprawdzie ważną grupą czytelników, wiemy o tym na przykład od Kuno Fiedlera, który napisał jednoznaczny i wymowny list [28 XI 1954]: „Możliwe, że wielu, bardzo wielu ludzi jest Panu wdzięcznych z całego serca za swego rodzaju przyzwolenie − a szczególnie zaś za to, że po prostu nie zmusza ich Pan do jednoznacznego opowiedzenia się za tym, na co Pan przyzwolił”. Lecz przecież nie jest to jedyna grupa czytelników. Wszelkiej maści asceci poczują się (…) przy Tomaszu Mannie jak u siebie w domu. I to nie tylko ci o ścisłej regule, lecz także wszyscy ci, którzy czegokolwiek się wyrzekają. Każdy z nas doświadczył ostatecznie, czym jest rezygnacja z zaspokojenia popędu, a nawroty tego, co kiedyś zostało stłumione, odbywają się również poza murami klinik psychiatrycznych. Każdy z nas dąży do uporządkowania napierającego zewsząd chaosu, każdy z nas ma swoje tajemnice, boi się zdemaskowania, każdy zna te napady lęku, że straci kontrolę nad sobą i zatraci siebie, każdy, jednym słowem, obawia się dezintegracji osobowości, być może bardziej labilnej i kruchej niż wtedy, kiedy mieszczańsko sztywny podział na role dawał schronienie niestabilnemu wiecznie „Ja”. Wzniesienie kunsztownego gmachu życia, dochowanie przez całe życie wierności jednemu wydawnictwu i jednej żonie, nieustanna rezygnacja z zaspokojenia skrywanych namiętności i trwanie przy pedantycznie określonym porządku: zbyt małostkowe byłoby redukowanie tego do stłumienia. O ileż bardziej owocne może być dostrzeżenie w tym dzieła sztuki, zaczarowanie cierpienia i namiętności w wielkie dzieło. Nie powstałoby wielkie dzieło, gdyby Tomasz Mann oddał się nieokiełznanej namiętności do ślicznych kelnerzyków. Także neuroza „jest kosztowną częścią duszy” [C. G. Jung cytowany w Dzienniku 16 III 1935].

  

Swoje życie Tomasz Mann traktował równie bezwzględnie, jak życie innych. Poświęcał innych, lecz poświęcał także siebie. (…) W Lotcie z Weimaru Tomasz Mann obszernie scharakteryzuje i opisze to, z czego robiono mu zarzut przez całe życie: że jest zimnokrwistym artystą wykorzystującym swoich bliskich, nadużywającym ich zaufania i bezlitośnie ich ośmieszającym.

(…) Tomasz Mann jest artystą radykalnym. „Pragnąłbym widzieć dzieło sztuki jako absolut, jako coś, co nie nadaje się do mieszczańskiej dyskusji” [do Kurta Martensa, 28 III 1906]. Rezygnowanie z puenty w imię ochrony prywatnych interesów przychodziło mu niezwykle ciężko. (…) Właśnie jego radykalizmowi zawdzięczamy całą galerię dosadnych typów. Zaglądał w głąb rzeczy, „aż tam, gdzie stają się skomplikowane i smutne” [Tonio Kröger. Przeł. L. Staff]. Inaczej się nie dało. W pewnym sensie nie oszczędzał swoich bliskich, lecz przecież nie z powodu prywatnej niechęci, a w imię sztuki. (…) Przez całe życie brakowało mu zrozumienia dla cierpień, jakich przysporzył innym, portretując ich naprawdę lub tylko w domyśle. (…)

  

Stałem się takim, jaki jestem − rzekł w końcu, a głos jego brzmiał wzruszeniem − gdyż nie chciałem zostać takim jak ty. Jeśli cię wewnętrznie unikałem, to było tak dlatego, że muszę się przed tobą strzec, że cały twój sposób życia jest dla mnie niebezpieczeństwem… mówię prawdę” [Buddenbrookowie. Przeł. E. Librowiczowa].

Słowa te padają z ust Tomasza Buddenbrooka na koniec gwałtownej kłótni z bratem Chrystianem. Sprzeczka ta mogłaby się równie dobrze odbyć między Tomaszem a Henrykiem Mannem. (…) Kiedy Chrystian zadaje się z kobietami z półświatka, to stoi za tym nie tylko Henryk ze swoimi prostytutkami, lecz także pogarda Tomasza-ascety dla tych, którzy ulegają swoim chuciom. Kiedy Chrystian Buddenbrook, mimo swych wiecznych dolegliwości, przeżywa swego brata Tomasza, jest to w rzeczywistości wyraz lęków Tomasza Manna, że kurczowe trzymanie się nienagannych życiowych zasad jest, być może, bardziej niezdrowe niż zwykłe folgowanie sobie.

(…) Niezwykle wrażliwy, potrzebujący miłości Tomasz był bezbronny wobec bezlitosnej pychy brata. To, że był słabszy, podrażniało jego literacką dumę. W literaturze zemści się za to, co wycierpiał w życiu. (…) Konflikt z „Henrykiem” nie zawsze jest konfliktem z rzeczywistą osobą imieniem Henryk. Ma w sobie wiele z imaginacji i projekcji. „Henryk” to szyfr dla możliwości i lęków tkwiących w samym Tomaszu. „Henryk” to postać w sztuce, w której Tomasz okopuje się przed roszczeniami rzeczywistości. (…)

  

[W dramacie Fiorenza] moralizm ascety Savonaroli odnosi zwycięstwo nad kultem piękna śmiertelnie chorego Lorenzo de Medici, zwanego Wspaniałym. Lorenzo nazywa mnicha bratem. (…) Savonarola daje mu odprawę, jaką mógłby dać sam Tomasz Mann: „Nie chcę być bratem Pana. Nie jestem bratem Pana”. Chce wrogości, chce rywalizacji: „Nie chcę, by Pan mnie podziwiał, chcę żeby Pan mnie nienawidził!” Tomasz nienawidził. „Nienawidzi się tego, gdy to, czym się pogardza, dochodzi do władzy”, notuje w siódmym notesie. Nienawiść ascety zwraca się także przeciwko człowiekowi bardziej doświadczonemu w sprawach erotyki. Mroczną tajemnicą Savonaroli jest bowiem jego stara, nieodwzajemniona namiętność do wielkiej kurtyzany, Fiore. Lorenzo natomiast ją posiadł. Ascetyzm mnicha jest więc w istocie sprzeczny. Bierze się on nie z rzeczywistego uwolnienia się spod władzy popędów, lecz z odrzucenia, z niemożności osiągnięcia obiektu pożądania. Savonarola nie jest aniołem, lecz grzesznikiem. „Każde ciało jest zbrukane. Grzech trzeba znać, czuć, pojąć, by go znienawidzić. Anioły nie mogą nienawidzić grzechu, bo go nie znają”. Tomasz Mann jednak nienawidzi tak, jakby go znał«

  [Hermann Kurzke, Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki. Przeł. E. Kowynia].

  

niedziela, 31 maja 2009, alexanderson
samotność,homo