~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
671. O tym, że nie...

  

Warto żyć?

– Dla pierwszej młodości, na pewno.

Co w niej jest?

– Zdolność do przerabiania wszystkiego na przyjemność. Nie tylko tego, co jest przyjemne z natury czy w powszechnym rozumieniu tego słowa, ale nawet ciężkiej pracy, która na przykład w moim wieku może być udręką. Jest w niej zmysłowość, te wszystkie nic niekosztujące rozkosze młodej, niezawodnej biologii, sensualizm połączony z nadziejami na wszystko.

Jest w niej prawo do każdego wyobrażenia o sobie. Do oddawania się marzeniom, których spełnienie nie jest nawet prawdopodobne. W wieku 30 lat, jeśli się nie jest idiotą, to do pewnych marzeń nie ma się już prawa.

Wtedy zaczyna się druga młodość mężczyzny?

– I wbrew pozorom wcale nie jest dobrym okresem. To czas lęków, pierwszych porażek, nietrafionych uczuć, już pełnej odpowiedzialności za siebie i czasami za bliskich, której nie zawsze jesteśmy w stanie sprostać, decyzji, których już nie możemy odwlekać, bilansu wstępnego, w którym winien i ma najczęściej się nie równoważy. W pierwszej młodości mamy prawo żyć złudzeniami, w drugiej już nie.

Co było porażką?

– Strata czasu już nie do odrobienia. Mam to w genach. I życie na marginesie życia. Jakbym się nie starał, życie wymiatało mnie z centrum na peryferie. Nigdy nie byłem w ogniu wydarzeń, cokolwiek i gdziekolwiek by się działo. (…)

A wiek dojrzały?

– Owszem, rozświetlają go pasje, namiętności i czasami idee, ale nie w moim przypadku. Wpadłem wtedy w okres mizantropii, niespełnienia i – jakkolwiek by się przed tym słowem bronić – pustki. (...)

Dźwignęła mnie próba pisania. I przypadek. (…) W ogóle jak patrzę wstecz na swoje życie, to ono było nieudane tylko tam, gdzie zależało ode mnie; gdy zależało od okoliczności, miałem się dobrze.

Jest pan spełniony?

– W moim wieku?! Pani żartuje.

Dlaczego miałabym?

– Starość zaczyna się (...) po sześćdziesiątce i nie niesie sama w sobie żadnych lub prawie żadnych wartości. Irytuje mnie gadanie, że młodość ma swoje zalety, a starość swoje. Tak mówią ci, którzy jej jeszcze nie zakosztowali, lub tacy, którzy uważają, że każde ludzkie doświadczenie, nawet ostatnie stadium raka, nas uszlachetnia i wzbogaca. To nonsens biorący się czasami z najlepszych intencji. (...)

Nie, nie widzę żadnego sensu, piękna ani żadnej prawdy w starości, chorobie, przemijaniu, biedzie, jaka się do nich dołącza. Nie potrafię w niej dostrzec niczego poza nieodległym i przewidywalnym końcem, który jest zawsze katastrofą. W tym kontekście rozpatrywanie spełnienia czy niespełnienia jest ponurą ironią. (...)

Piękno jest tylko domeną młodości?

– Duchowe w żadnym wypadku, fizyczne złożone z miary, proporcji, kolorytu, wdzięku, blasku – chyba tak.

Nie wierzę, że naprawdę kres piękna młodości uważa pan za »apokaliptyczną tragedię«.

– Zgadzam się, to arogancki pogląd. (...) nazywanie tragedią pierwszej zmarszczki nawet na najpiękniejszej twarzy jest nieprzyzwoite. Dlatego pogląd ten skrywam głęboko, ale jak pani słyszy, czasami bez powodzenia.

Bo pan tak czuje.

– No, niestety. (...)

Jest pan mężczyzną czułym?

– Tak. Do przesady. Ale (...) w czułości nie ma nic optymistycznego i w istocie zdrowego. Element niepewności, smutku i bezsilności wobec bezprawia istnienia jest rdzeniem, samą naturą czułości. (…) Zdarza mi się obdarzać czułością, nie współczuciem, a czułością właśnie, kogoś, kogo przez chwilę widzę na tramwajowym przystanku, kiedy mijam go autem. W ułamku sekundy, bo przecież nie trwa to dłużej, wyczuwam w tym człowieku jakiś smutek, bezbronność, opresję, lub on mnie o tym zawiadamia. Fizyczny ból atakujący mnie, kiedy na światłach zatrzymuję się obok lory po krawędzie wypełnionej poranionymi końmi wiezionymi do włoskich rzeźni, jest czułością tym bezsilniejszą, im mniej mogę dla nich zrobić. Uważam, że czułość, uczucie wyższe i daleko głębsze niż współczucie, jest jednym z najważniejszych ludzkich doświadczeń, większości niedostępne. Może i dobrze.

Dlaczego?

– Po co się tak sublimować. Wspólne istnienie stałoby się nie do zniesienia, gdyby każdy miał wrażliwość mimozy, dni spędzał na rozmyślaniach o istocie bytu, a fakt, że żyje w kręgu niemożliwych do rozwikłania zagadek, doprowadzał go do białej gorączki. (...) jeśli głupotę rozumiemy nie jako naiwność, łatwowierność czy defensywność, ale brak wyobraźni i proste postrzeganie świata, »że dom, że koń, że Stasiek, że drzewo«, to życie staje się łatwe i w najelementarniejszym znaczeniu – udane. Jest robota, kobita, dzieciaki. W telewizji zobaczy się mecz, w niedzielę rozpali grilla… Wystarczy.

A jeśli nie wystarczy?

– To zostaje bunt. Czytała pani »Dżumę«?

To najważniejsza książka w pana życiu.

– Bo najdumniejsza.

Pierwszy raz, wiele lat temu, spotkałem się z pisarzem, który uwiarygodnił moje podejrzenia, że mam prawo nie akceptować tego świata. Nie godzić się na wojny, przemoc, obłędne ideologie, bezduszne religie, chaos, na cierpienie, choroby, przemijanie, śmierć i cały absurd istnienia. Bez względu na to, kim lub czym jest Stwórca, mamy prawo powiedzieć, że nie podoba nam się życie, które nam zaprojektował. I podobnie jak Albert Camus przyznaję sobie prawo sądzenia tego Absolutu, nawet jeżeli za nim kryje się tylko milcząca kosmiczna pustka. Upoważniam się do wywrzaskiwania swoich pretensji nawet wobec nicości.

Co ten wrzask zmienia?

– Niezgoda zmienia na tyle, na ile zmienia nas każdy bunt, czyli czyni nas dumniejszymi. To tylko tyle i aż tyle. W praktyce nic nie zmienia, ale mierzymy się z tym, który nas na taką opresję skazał. Mamy być wojownikami bez wiary i żołnierzami bez nadziei, ale mamy nimi być! To czyni nasz los i życie ponadludzkimi.

Szlag mnie trafia na te nasze wszystkie niby mądre, olimpijskie zgody; cóż, takie jest życie, co nam los niesie, to niesie, przemijanie jest nieuchronne, śmierci nie zawrócisz, taka jest wola Boga, nie wojujmy z opatrznością. Nie wojujmy? A to niby czemu? (...)

A dziś co oznacza pana niezgoda?

– W teorii konsekwentne nieprzejednanie, w praktyce (...) naprawianie świata w miarę własnych możliwości. Powiedziałem sobie, że powinienem pomagać istotom poszkodowanym przez życie na tyle, na ile jestem w stanie i w takiej przestrzeni, którą realnie mogę ogarnąć. (…)

Nie lubi pan świata?

– Świat doszedł do ściany. Mam wrażenie jego opresyjnego przepełnienia rzeczami, informacją, gadżetami, ludźmi. Jest za dużo, za głośno, za agresywnie. Boję się, że zabraknie powietrza, wody, miejsca. Widzę w nim wiele gorszącego braku, ale jeszcze więcej nadmiaru, tego cholernego rozpasania nierównowagi. (…)

A dostrzega pan coś pozytywnego?

– Tak. (…) od zawsze dostrzegam niebywałe, uwodzicielskie piękno świata. Bezużyteczne, ale chroniące przed nihilizmem.

Czy w życiu mężczyzny ważne jest ryzyko?

– Prawie niezbędne. Ja sam nigdy nie zanurzyłem się w życiu na całego. Taką mam, niestety, naturę. Ale z pewnością, żeby poczuć życie, trzeba mieć odwagę podejmowania ryzykownych decyzji, głównie wobec siebie. (…)

Bywa pan szczęśliwy?

– Pochlebiam sobie, że nigdy mi się to nie zdarzyło. Zadowolenie z życia bierze się z sumy przyjemności, jakich potrafimy doświadczyć, od tych najdosadniejszych, jak seks czy dobre jedzenie, do najsubtelniejszych, jak przeżywanie sztuki. Szczęście natomiast to poczucie spełnienia w życiu i niezmącona wiara w jego sens i celowość, jak również bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata. W moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Pochlebiam sobie, że nie wchodzi w rachubę

[Wywiad Doroty Wodeckiej z Eustachym Rylskim, „Gazeta Wyborcza” 10 VII 2009].

  

wtorek, 08 września 2009, alexanderson
Komentarze
2009/09/09 21:30:58
Interesujący wywiad. Chyba zainteresuję się autorem. Kilka zdań wręcz doskonałych.

Na przykład lapidarne "Jest robota, kobita, dzieciaki. W telewizji zobaczy się mecz, w niedzielę rozpali grilla Wystarczy.".

A jednak "i tak warto żyć" - ośmielę się nie zgodzić z tym zbiciem tytułu z pierwszym pytaniem. I sam Rylski przecież napisał, że dostrzega "niebywałe, uwodzicielskie piękno świata. Bezużyteczne, ale chroniące przed nihilizmem." - czyli jakiś powód, by jednak pętli nie skręcać.
-
Gość: s., *.cable.ubr07.newt.blueyonder.co.uk
2009/09/09 21:54:38
Jeżeli 65-latek nie nabył "niezmąconej wiary w sens i celowość życia" to dla mnie jest żałosny. Przepraszam za szczerość.
-
2009/09/09 22:01:06
kn0ot:
Przyznam, że nie zwróciłem uwagi na ową ciekawą zbitkę - tytuł miał odnosić się do możliwości szczęścia i postawy niezgody...
s.:
Dla mnie "żałosna" jest właśnie "niezmącona wiara" - w cokolwiek. Bo istotą człowieczeństwa są dla mnie wątpliwości, pytania, sprzeciw...
-
2009/09/09 22:21:18
Dla mnie "żałosna" jest właśnie "niezmącona wiara" - w cokolwiek. Bo istotą człowieczeństwa są dla mnie wątpliwości, pytania, sprzeciw...

Tu się zgodzę z Alexandersonem - tylko ujmę to dobitniej: niezmącona wiara cechuje zazwyczaj głupców.
-
Gość: s., *.cable.ubr07.newt.blueyonder.co.uk
2009/09/09 23:04:50
Obawiam się, że szukanie sensu życia przez cały okres jego trwania cechuje głównie (jeśli nie wyłącznie) bohaterów literackich :)
-
Gość: s., *.cable.ubr07.newt.blueyonder.co.uk
2009/09/09 23:20:59
i jeszcze do aleksa: dla mnie istotą człowieczeństwa są myślenie, uczucie, wola,wolność, działanie i cierpienie. Takie bardziej korczakowskie podejście. Ale nie będę się już wdawał w w filozoficzne rozważania nad tym, czy głupszy ten, kto do śmierci nie znalazł sensu życia, czy ten, który twierdzi, że tak.
-
2009/09/10 03:47:55
@s.
A jeśli nie istnieje coś takiego jak sens życia? Myślę, że szukanie tego sensu, to działanie właśnie sensu pozbawione. Celem życia może być najwyżej przekazanie części genów kolejnemu pokoleniu. Inna rzecz nadawanie życiu sensu. To jest uzasadnione i może nawet konieczne.
Co do starości natomiast - obawiam się, że ucieczka od chorób, bólu i świadomości nieuchronnej śmierci - czającej się za winklem miesięcy, a może i tygodni - przyćmiewa mniej absorbujące problemy, jak zmaganie się z bezsensem codzienności.
-
Gość: Alinoe, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/09/11 16:27:50
"do pewnych marzeń nie ma się już prawa" - właśnie się zastanawiam czy słusznie zrobiłem odbierając sobie to prawo. Trudno powiedzieć, czy lepiej żyć fałszywą nadzieją, która nieuchronnie kończy się rozczarowaniem, czy raczej zdać sobie sprawę z faktów, jak to czynię teraz i popaść w apatię wiedząc, że robienie czegokolwiek nie ma sensu, bo wszelkie działania są z góry skazane na niepowodzenie.
Do s.: czuję się zatem żałosny (i czułem się tak przed przeczytaniem tego komentarza). Choć do 65 lat mi daleko, to nic nie wskazuje na to żebym do tego czasu ów sens odnalazł. Tacy żałośni jak ja żyją na tym świecie i chyba nie mają na co liczyć.
-
Gość: Gerontion, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/09/11 22:42:12
Jest taki esej, ciekawy zresztą, profesora Bocheńskiego ( obecnie ś.p. ), który w całkiem zręczny porusza kwestię szcześcia i sensu życia. Tyle, że odpowiedź jest dość banalna, a my chyba nie możemy przyjąć myśli, że sens życia jest czymś ordynarnym, że nie ma jakiejś świętej misji, którą trzeba odkryć, ideału który trzeba osiągnąć...

przytoczę fragment:

"Zastanawiając się nad hawelizmem i jego ogromnym powodzeniem, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w jego kontekście nazywa się marnością" brak szczęścia bezwzględnego. To znaczy, że wszystko co nie przynosi owego stuprocentowego zadowolenia, jest marne.

Tylko, że to samo słówko marność" sugeruje coś innego jeszcze: że o rzeczy, które nie są Absolutem nie należy się troszczyć, że nie trzeba zabiegać o ich uzyskanie ani ich używać. Że nie ma sensu rozkoszować się przemijającą chwilą. Ale to jest właśnie, tak mi się przynajmniej wydaje, wierutne i złowrogie głupstwo. Głupstwo, bo nikt nie może żyć według tej recepty. Złowrogie, bo kto by mimo wszystko urzeczywistnił ten ideał, pozbawimy się praktycznie wszystkiego, co normalnie nadaje życiu piękno i wartość.

Płytka i mała filozofia, powie mi ktoś. Zapewne. Tylko że, ona mi się wydaje prawdziwa, podczas gdy głębokie" i wielkie" filozofie są fałszywe. Co gorzej, sądzę, że były powodem wielu nieszczęść wielu ludzi. Podczas gdy ta mała filozofia, która jest bodaj mądrością zwykłych ludzi, może dać człowiekowi to trochę
szczęścia, jakie jest w ogóle na tym świecie możliwe."
-
2009/09/17 10:11:00
Zabawne - kilka tygodni temu, kiedy przeczytałam ten wywiad, miałam zacytować jego urywki na swoim blogu. :) Bardzo mnie poruszył. Sposób patrzenia Rylskiego na życie jest zbieżny z moimi spostrzeżeniami, które staram się nieudolnie przekazać, a on zrobił to tak lekko, trafnie i czytelnie. Zwłaszcza uderzyła mnie ta "bezduszna odporność na cierpienia otaczającego nas świata"...