~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
720. Les neiges d’antan...

  

Przez dni kilka, w zimne ranki, śnieg przyjemnie chrzęści pod nogami, mróz różowi nosy, szczypie w uszy, okutuje dzieci w czapki z pomponami i na sznurku rękawiczki. Śmieszne to, a mnie się dodatkowo przypomina – zapadanie w śnieżnym puchu po kolana to najstarszy obraz w mej pamięci. Nie pisałem o tym już przed rokiem, dwoma laty? Wciąż powracam do tych dni przedszkolnych i nie mogę odżałować, że minęły, że tak różne od nich było to, co przyszło potem. Kiepskie musi być to moje bytowanie, skoro trzeba cofnąć się o lat dwadzieścia ponad, by odnaleźć w sobie ślad radości…

  

„(…) potrzeba czystej, mocnej, szczerej, niewinnej fantazji, niezachwianej i niezmąconej strachem fantazji owego szczęśliwego wieku, w którym życie oszczędza nas jeszcze, nie śmie nałożyć na nas obowiązku ani winy, gdy wolno nam widzieć, słyszeć, śmiać się, dziwić i marzyć, nie oddając światu usług… gdy niecierpliwość tych, których wszakże chcielibyśmy kochać, nie domaga się jeszcze od nas oznak ani pierwszych dowodów, że jesteśmy gotowi gorliwie spełniać owe usługi… Ach, już niezadługo, jakże ciężko i przemożnie zwali się na nas wszystko, by nas opanować, ćwiczyć, ukrócać, wyprostowywać, niszczyć”

             [Thomas Mann, Buddenbrookowie. Przeł. E. Librowiczowa].

  

Wczorajszy jeszcze wieczór rogiem prawie zjedzonego już księżyca przeszywa lodowato mi policzki, a już dzisiaj odwilż, ciapa, plucha – i wyraźnie cieplej. „Lecz gdzież są niegdysiejsze śniegi?”…

  

wtorek, 22 grudnia 2009, alexanderson
Mann_Thomas,dzieciństwo