~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
825. Hamburg...

  

Ponownie wyprawa pociągiem, tym razem już bezpośrednim – i bodaj pierwszy tu dzień, kiedy chmury dominują nad słońcem. Z wielkiego Hauptbahnhof idziemy wspaniałym bulwarem Mönckebergstraße, wstępując na chwilę do Hauptkirche Sankt Petri, gdzie uwagę przykuwają ozdobne kołatki w formie lwich głów na drzwiach wejściowych – nieopatrznie fotografuję XIX-wieczną replikę zamiast oryginału na sąsiednim skrzydle drzwi, najstarszego dzieła sztuki w mieście. Zaraz obok przeogromny, zjawiskowy, nierzeczywisty niemal w swojej ozdobności Rathaus

  

      

  

      

  

Krążymy kolejnymi ulicami, zachwycają mnie kanały, poziom tutejszej architektury – jej prostota, a zarazem klasa. Z Gänsemarkt zawracamy na południe; akurat gdy zaczyna się mżawka, wjeżdżamy windą na wieżę zrujnowanego Ehemalige Hauptkirche Sankt Nikolai – panorama miasta z wysokości 75,3 metrów robi duże wrażenie, choć porywy chłodnego wiatru odczuwa się bardzo dotkliwie…

  

      

  

      

  

Znowu na zachód, znowu ceglane i szklane budynki wyrastające wprost z wody. Każdy zakręt, nowa perspektywa, następny kwartał miasta każą mi wydawać okrzyki podziwu. Nie chce się w to wszystko wierzyć, a przecież nie widziałem jeszcze najlepszego. Deszcz się nasila, idziemy skuleni pod jednym parasolem, wreszcie chronimy w cudownym, barokowym wnętrzu Hauptkirche Sankt Michaelis

  

      

  

      

  

Rozpogadza się, zaczynają największe atrakcje. Gigantyczne magazyny w Speicherstadt, harmonijnie łączące się z nimi współczesne biurowce i wiszące nad wodą apartamentowce; mostki spinające kanałowe brzegi, kładki przerzucone ponad ulicami – mój ideał miasta istnieje naprawdę!...

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

Powoli wracamy, pod Chilehaus znowu nas łapie ulewa – czekamy w bramie sąsiedniego budynku, obok uroczy młody chłopiec z doprawdy rozkosznym noskiem. Miałem wrażenie, że nieustannie zerka w moją stronę, ale po paru minutach przychodzi jego dziewczyna…

  

      

  

Przed powrotem na dworzec jeszcze kawa, czekolada, ciastka gdzieś na Gerhart Hauptmann-Platz bodajże i spojrzenie na ratusz poprzez wody Binnenalster – późno już, zabrakło typowego ujęcia z pocztówek z Lombardsbrücke, lecz i tak by widok psuło mnóstwo dźwigów…

Wszystko, co widziałem, wprawia mnie w euforię – polskie miasta są jak szary, tani, brudny i tandetny burdel; Hamburg zaś to nieustanny, przejmujący dreszczem, luksusowy orgazm…

  

      

  

poniedziałek, 09 sierpnia 2010, alexanderson
fotografie,kobiety
Komentarze
2010/08/16 11:33:13
Piękne zdjęcia :) Zazdroszczę wyprawy :).