~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
857. Płomienie...

   

Ciągłe ataki szału, kolejne błędy popełniane w pracy, coraz dziwniejsze moje zachowania. I jeszcze ona – dyrygująca wszystkim, rozstawiająca po kątach jak przedmiot… Wychodzę, wracam, bo zapomniałem aparatu i nie mam odwagi wziąć go na jej oczach. Lęki, paraliżujące zawstydzenie, narastający obłęd… Spędzam najdłuższy dzień wrocławski na zakupach, do upadłego, do wieczora krążę po sklepach, po ulicach (i nawet do Magnolii na piechotę) – byle nie wracać tylko, byle ten jeden dzień – nie w domu. Który niech diabli, niech ognie piekielne…

 

Niesamowity jest ten efekt, kiedy pożółkłą połać drzew rozświetla słońce – brzozy jak na rosyjskich filmach. Wrzosy porastające nasyp kolejowy, wiszące nad polami myszołowy. Czerwone liście bluszczu liżą ściany niczym języki ognia… W ten moment tuż przed śmiercią, snem zimowym, natura eksploduje pełną krasą…

  

Nareszcie mam pseudoskórzaną czarną kurtkę. Za to kolejny rok, próbując kupić buty, muszę przekonać się, że mam niemęski rozmiar. Fizyczność skazuje na samotność i na marznące stopy. Choć nie – sprawiono mi dziś bez pytania dwa obrzydliwe trepy. Już ona dopilnuje, bym je nosił...

  

sobota, 23 października 2010, alexanderson
Wrocław,rodzina