~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
889. Les Liaisons dangereuses...

  

Powoli wracam do czytania – ubiegły rok był w tej materii wprost rekordowo skąpy. A przecież nie wolno mi marnować najmniejszej okazji, jeśli w perspektywie już kilku miesięcy chciałbym (? – muszę!) opuścić „dom mój: cztery ściany wiersza”. Jak drobny procent z tego półtora tysiąca tytułów ugryzłem? – nie zdążę za nic. I co się z nimi później stanie?... Jak ja się odnajdę bez sycenia oczu przemyślnie ustawionymi grzbietami i piętrami półek, bez szorstkiej pieszczoty obwolut, lakierowanych okładek, białych stronic. Czyż w istocie nie miałem więcej niż wszyscy kochanków? I czy nie były to przypadkiem zbyt niebezpieczne związki?…

Od niechcenia na razie opowiadania Maraia, Nabokova, Mishimy, z niezaspokojoną nadzieją „Norwegian Wood” Murakamiego. No i filmy. Zwłaszcza „Pod dobrą gwiazdą” (Saturno contro, 2007; reż. Ferzan Ozpetek) zostawia dobre wrażenie. Ładnie się toczy i zwalnia ta historia (i ładnie Krzysztof Świrek w recenzji w „Kinie” 2008, nr 6 pisze, że nie chodzi tu już o tolerancję wobec homoseksualnej odmienności, ale o współodczuwanie, wyjście poza etykietkę „inności”). Coraz bardziej hipnotyczna także w miarę seansu „Samarytanka” (2004) Kim Ki-duka. W zakończeniu dopatruję się trawestacji ofiary Abrahama. Za to „Maria Antonina” (2006; reż. Sofia Coppola) zawodzi na całej linii – bez pomysłu, bez jakiejkolwiek emocji. Byłem święcie przekonany, że finał uratuje cały obraz (tak jak Los w ostatnim roku życia pomógł się zrehabilitować bohaterce) i, zaskoczony, nie mogłem uwierzyć w koniec przed najważniejszym. Cała para w gwizdek zatem: w koafiury, pantofelki z kokardkami i atłasy. Ta wydmuszka tylko dzięki temu daje się oglądać – bo ja wielbię osiemnastowieczny zbytek, pióra, kapelusze, surduty w kwiatuszki… Chciałem kiedyś Stawroginem, Pieczorinem zostać, chciałem też bardzo Valmontem…

  

piątek, 07 stycznia 2011, alexanderson
Tuwim_Julian,filmy,książki
Komentarze
Gość: saul, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/08 09:15:26
Ofiara Abrahama to była zapowiedź ofiary Chrystusa.
-
Gość: sotion, *.04-315-70697410.cust.bredbandsbolaget.se
2011/01/08 10:55:26
też ostatnio miałem okazje obejrzeć "Marie Antoninę" i też byłem zawiedziony
-
Gość: taki.jeden.ludź, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/09 01:00:09
...de Valmontem Ci się zachciewa?? Ty, skromnA, zahukanA chłopczynA... ;-)) marzysz o roli zepsutego do szpiku kości... cynicznego buhaja w kostiumach z epoki?! o te furkoczące żaboty Ci chodzi...?! :D :D :P

ja bardzo lubię tę powieść i nawet postać hrabiego de Valmonta momentami wydawała mi się pociągająca, ale wcielić się w niego bym nie chciał...

pociągający mi się wydawał zagrany przez pewnych aktorów i w pewnych ekranizacjach, które mi się bardzo spodobały... konkretnie: grany przez Collina Firth'a (ze świetną Annette Bening jako markizą de Marteuil) w filmie Milosa Formana "Valmont" oraz w mało znanym fantastycznie zrobionym filmie "Game of Seduction" ("Wierna Żona"), w którym zło mieni się niczym uwodzicielski swoim blaskiem brylant w pięknej oprawie... :D - to film Rogera Vadima z boskim (niegdyś... ;-) Jon'em Finch'em, siostrą Alana Delona w roli markizy i Sylvią Kristel jako uosobieniem niewinności zbrukanej przez Valmonta... (to ta sama, która grała także w znanej kiedyś szeroko erotycznej opowiastce "Emmanuelle", tak popularnej, że powstały potem nawet następne części... ;-))

przy tym "Game of Seduction"... "Niebezpieczne Związki" w najbardziej chyba popularnej wersji Stephen'a Frears'a z Malkovich'em i Glenn Close wysiadają, moim zdaniem... bo są zrobione zbyt dosłownie i bez uroku - zło zaserwowane bez stosownej zwodniczej oprawy i umiejętnego przesłonięcia woalką... ;-)) przestaje być pociągające...
-
2011/01/09 19:15:25
Zaskoczyłeś mnie - widziałem "Niebezpieczne związki" Vadima z 1960 (tam grał Gerard Philipe) i nawet nie wiedziałem, że ten reżyser po latach zabrał się ponownie do tej powieści. Ale ja filmy Vadima trawię raczej z trudem - zaś adaptacje Formana i Frearsa bardzo mi smakowały. I tak jak napisałem w notce - urzeka mnie zwłaszcza cały ten perukowo-koronkowy anturaż...
-
Gość: taki.jeden.ludź, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/09 20:11:12
a ja wersji z Gerardem Philipem nie widziałem...

za to... (uwaga, uwaga - teraz będzie sensacja! ;)) znałem kiedyś brytyjskiego aktora i reżysera, który twierdził, że w latach swej młodości, kiedy studiował w Paryżu zdarzyło mu się z Gerardem Philipem... to i owo... ;-) :D (znałem go blisko i nigdy nie przyłapałem na kłamstwie... :-)
-
2011/01/09 20:16:31
To akurat żadna sensacja - o ile pamiętam, w jednym ze swoich felietonów w "POLITYCE" Zygmunt Kałużyński sugerował, że Philipe przystawiał się do niego podczas jakiegoś festiwalu w Moskwie około 1960...
-
Gość: taki.jeden.ludź, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/09 20:24:30
ha... szkoda, że to nie do mnie! (się przystawiał)
ale mnie jeszcze wtedy... nie było - więc pewnie chciał, ale nie mógł... ;-))