~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
896. Le Salaire de la peur...

 

Im więcej poznajemy szczegółów katastrofy smoleńskiej z 10 IV 2010, tym wyraźniej zalega nad nią widmo strachu. Bało się środowisko polityczne prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które miast odwodzić go od organizowania drugich uroczystości w Katyniu ledwie trzy dni po przełomowym spotkaniu tam premierów Tuska i Putina, podsycało tylko jego ambicjonalną hurrapatriotyczną tromtadrację, w której przemówienie nad grobami polskich oficerów miało być symbolicznym początkiem osobistej kampanii wyborczej. Bał się dowódca załogi samolotu, pomny nagonki, jaką urządzono na załogę lotu z 12 VIII 2008, kiedy to odmówiono prezydenckim żądaniom lądowania w Tbilisi, a podczas którego on sam pełnił funkcję drugiego pilota. Bali się doraźnie ściągnięci na prowincjonalne, w istocie niefunkcjonujące lotnisko w Smoleńsku kontrolerzy rosyjscy, którzy w fatalnych warunkach pogodowych i bez odpowiedniej infrastruktury mieli oto przyjmować lądowanie głowy sąsiedniego państwa. Bali się ich przełożeni i decydenci w Moskwie, świadomi, że odmowa zgody na takie lądowanie oznaczać będzie międzynarodowy skandal dyplomatyczny (ci sami, którzy oskarżają dziś Rosjan o niezamknięcie lotniska, krzyczeliby z oburzeniem równie głośno, gdyby owo zamknięcie jednak nastąpiło). Bał się też sam prezydent Kaczyński, który do ostatniej chwili nie był zdolny podjąć decyzji o skierowaniu maszyny na inne lotnisko, co oznaczałoby jego nieobecność na uroczystościach w Katyniu wskutek zbyt późnego wylotu z Warszawy. Wreszcie zaś, już po dokonaniu się tragedii, na etapie śledztw czterech – polskich i rosyjskich – komisji lotniczych i prokuratur, władze polskie uznały, że najlepszą strategią będzie bierne czekanie: na zakończenie wszystkich tych postępowań (co wobec fatalnej polityki informacyjnej doprowadziło do rozplenienia się najbardziej fantastycznych teorii spiskowych dotyczących przyczyn katastrofy), na samoistne rozładowanie się wielotygodniowej awantury wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim (który to krzyż, przeniesiony wreszcie do kościoła św. Anny jakoś nagle przestał być obiektem kultu i nie gromadzi już swoich czcicieli), na zdolność Rosjan do przyznania się do własnego niedbalstwa (jakby tej odwagi i nam samym nie brakowało, na co wskazują histeryczne reakcje po ogłoszeniu raportu MAK; jakby błędy stawały się mniejsze, gdy ich autorami okazują się Polacy, bo to ktoś inny, z zewnątrz, musi być głównym sprawcą – inaczej to „hańba dla honoru ojczyzny”)… Ten decyzyjny paraliż na każdym szczeblu, bałagan, taktyka „jakoś to będzie”, „może się uda”, brawura, nieumiejętność wyciągania wniosków z historii (vide: rozbicie się wojskowej CASY 23 I 2008 i śmierć elity polskiego lotnictwa) – to jest w tym wszystkim najboleśniejsze, obnażające słabość Państwa, z którą musimy się mierzyć i w wielu innych, bardziej przyziemnych sferach życia…

Bo jest jeszcze jeden strach, lęk społeczeństwa i mediów, by powiedzieć wreszcie: dosyć tego jałowego cyrku! Są jeszcze dziesiątki innych istotnych wyzwań i problemów, z jakimi musimy się teraz mierzyć! Przerwijmy wreszcie tę polską fascynację śmiercią, fatalistycznymi katastrofami narodowymi i kult straceńczych idiotów, który blokuje nasz rozwój i tłamsi społecznego ducha!...

  

sobota, 22 stycznia 2011, alexanderson
Komentarze
Gość: taki.jeden.ludź, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/01/23 02:03:18
zgadzam się z jednym, a mianowicie że w sumie biorąc, jeśli chodzi o tę ostatnią smoleńską tragedię, to to wszystko co się wokół tego kręci w nieskończoność faktycznie można nazwać jałowym cyrkiem...

a tak generalnie, to mnie ten temat w ogóle nie bierze, bo mam w życiu fajniejsze rzeczy do roboty... :-) obawiam się tylko, że w którymś momencie któryś cymbał może coś tak w tych sprawach narozrabiać, że mogą powstać jakieś poważniejsze międzynarodowe konsekwencje dla Polski...