~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
929. Rocznica (II) - Polifonia...

  

Katastrofa smoleńska stała się tematem roku. Była źródłem głębokich, szlachetnych przeżyć, ale i zacietrzewienia, kanwą setek domysłów, hipotez i oskarżeń. Mieszały się bez ładu i składu sprawy techniczne, polityczne, ideowe, symboliczne i bez mała metafizyczne. Ta mieszanka musiała w końcu doprowadzić do poznawczego chaosu, stanu, w którym zaginęła racjonalna hierarchia ważności spraw i przyczyn.

Zupełnie serio zaczęto rozważać, że nie doszłoby do katastrofy, gdyby nie dwie wizyty, gdyby nie wojna polsko-polska, szkalowanie prezydenta Kaczyńskiego, którego rzeczywista wielkość ukazała się po śmierci. Nieważna stała się mgła, chyba że z rosyjskich agregatów, nieistotne złe decyzje w powietrzu i na ziemi, chyba że rosyjskich kontrolerów. Trwała licytacja na lepszą i gorszą pamięć, o to, kto dłużej smuci się po przyjaciołach. Zaistniał wymuszony i nieprawdziwy podział na – jakkolwiek by to przykro zabrzmiało – wdowy rządowe i opozycyjne, na wrażliwych i nieczułych, na spłakanych i szyderców, na obrońców krzyża i barbarzyńców.

Te wszystkie kwalifikacje były i są sztuczne, podszyte polityczną, wyborczą walką, oderwane od pierwotnych uczuć, jakie towarzyszyły tragedii przez pierwsze dni po 10 kwietnia zeszłego roku. Niesamowita, kamienna, a zarazem dobrotliwa twarz Jarosława Kaczyńskiego, przejmujący cichy dramat córki zmarłego prezydenta, niezwykle poruszający przejazd karawanów z trumnami Lecha i Marii Kaczyńskich przez Warszawę, wzruszające słowa Tuska na lotnisku: »długo na was czekaliśmy, nie tak mieliście wrócić« – to jeszcze było wspólne przeżycie, wszyscy mieli kod dostępu.

Ale PiS szybko zaczęło wydawać licencję na smutek. Kto nie chciał uczestniczyć w symbolicznej przesadzie, w spiskowym szaleństwie, stawał się zdrajcą, człowiekiem na usługach Moskwy. Nie miało się prawa do przeżywania, jeśli nie podobał się film »Solidarni 2010«, jeśli nie akceptowało się hasła o krwi na rękach władzy, jeśli miało się choć chwilę wahania przy Wawelu. Rozeszły się zupełnie poziomy wrażliwości, poczucia smaku i przyzwoitości. Znowu ujawniły się dwa plemiona, oba polskie, ale sobie obce. Zaczęły się dyskusje, jak wielki ma być pomnik i w jakim miejscu postawiony jest w stanie oddać ogrom odczuć po tragedii, ile pamiątkowych tablic po zmarłych zaspokoi potrzeby żyjących. I wreszcie niekonsekwentne szukanie winnych: tylko po stronie rosyjskiej, aby Polacy pozostali czyści, ale nie wszyscy, bo obecna władza jest w gruncie rzeczy niepolska. Zawinili wszyscy, tylko nie ci, którzy lecieli – tak można streścić ten osobliwy pogląd.

To był ogólniejszy trend. Miesiąc po miesiącu katastrofa oddalała się od lasu koło lotniska Siewiernyj i przenosiła do polskiego piekła. Padło sakramentalne pytanie, kto zaczął tę wojnę, kto kogo pierwszy obraził i zbezcześcił. Wrak symbolicznie utknął przy Krakowskim Przedmieściu. Po czczeniu zmarłych nastała żałoba drugiego stopnia. Zaczęto czcić czczenie, wzruszać się tamtym pierwotnym wzruszeniem, upamiętniać pamięć. Miejsce przed prezydenckim pałacem stało się symboliczne podwójnie: jako wspomnienie po prezydencie, ale także po zabranym stamtąd krzyżu, po usuwanych zniczach. Pojawiały się – w opinii prawidłowo zasmuconych – kolejne warstwy zaprzaństwa. Narodziła się mitologia smoleńska, w której emocje były ważniejsze od faktów, a patriotyczne i religijne uniesienia, często na zasadzie moralnego szantażu, miały wzmacniać jedną, obowiązującą prawdziwego Polaka, wersję prawdy.

(…) Wiele wskazuje na to, że pierwsza rocznica katastrofy będzie emocjonalną kulminacją w wymiarze zbiorowym”

    [Mariusz Janicki, Jakie przyczyny, czyje winy, „POLITYKA” 2011, nr 15].

  

niedziela, 10 kwietnia 2011, alexanderson