~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
990. A Space Odyssey: 2011...

  

Z półtorej godziny chyba przebierałem się przed wyjściem, w efekcie zaś ledwie zdążyłem dojechać do Centrum i dobiec do kina Luna na czas. A w planach były jeszcze zdjęcia wzdłuż Marszałkowskiej, obiad gdzieś w okolicach Placu Zbawiciela, szukanie jakichś wąskich spodni do moich (dwóch już!) par wysokich butów – zbyt letnio ubrany jednakże wrócić musiałem zmarznięty do domu zaraz po seansie „Drzewa życia” (USA’2011; reż. Terrence Malick)…

Po czterech arcydziełach reżyserowi zaczął zgrzytać nieco ów płynny styl, który dotychczas był jego największą siłą, a dla mnie (zwłaszcza w „Cienkiej czerwonej linii”, „Podróży do Nowej Ziemi” – por. 583) kwintesencją kina. Zabrakło czegoś z dotychczasowej szczerości, emocji, muzyczności, strumieni świadomości bohaterów, doskonałości narracji i montażu. A jednak mnóstwo przecież przejmujących kadrów z życia rodziny, spojrzeń, gestów, pytań – i nigdy „Lacrimosa” Zbigniewa Preisnera nie brzmiała równie mocno jak przy sekwencji stwarzania świata

Gdyby zamierzyć mniej, może by dało się osiągnąć jeszcze więcej?...

  

      

  

„Kręcone w wielkiej tajemnicy przez trzy lata dzieło Malicka to zuchwały eksperyment, niemający odpowiednika w amerykańskim ani światowym kinie. Opowieść o rodzinnej tragedii (utracie dziecka) została przez reżysera potraktowana jako punkt wyjścia do głębinowych rozważań o istocie naszych relacji z Bogiem, kierunku ewolucji Wszechświata, zawartości mitologicznej pamięci i o tym, co po nas, jako gatunku, zostanie. Już sama skala i rozmach tematyczny filmu, nie mówiąc o patosie stawianych pytań, budzą wątpliwości. No bo jak traktować serio reżysera, który podejmuje się zebrać i streścić w skromnych dwóch i pół godzinach projekcji odwieczną mądrość filozofów?

A jednak, co by nie mówić, Malick wychodzi zwycięsko z tej próby. W karkołomny intelektualnie sposób, za to imponująco wizualnie – udaje mu się skonfrontować ogień z wodą. Łączy żarliwość religijnego spojrzenia z darwinizmem. Ludzkie cierpienie z teorią Wielkiego Wybuchu. Zwątpienie z cudem rajskiego dzieciństwa. Okrucieństwo natury z jej niewysłowionym pięknem. Bezgraniczną miłość matki z buntem i pierworodnym grzechem. Montowany jak esej, w formie swobodnego strumienia świadomości film pomija zupełnie realistyczne kwestie psychologiczne, przechodząc z marszu w sferę symboliczną i do stawiania pytań metafizycznych.

Rozpoczyna się od przypomnienia cytatu. Bóg pyta wiernego i sprawiedliwego Hioba: »Gdzie byłeś, kiedy ja ustanawiałem prawo na Ziemi? Odpowiedz, jeśli chcesz zrozumieć«. Echem tych słów jest żal matki, która tracąc w niewyjaśnionych okolicznościach swego kilkuletniego syna pyta Boga: dlaczego? Gdzie byłeś? Czy wiedziałeś? Ilustracją jej lamentu są olśniewająco piękne widoki wybuchów na Słońcu, wulkanicznego dymu, podziału komórkowego, czarnych dziur i majaczących na odległym horyzoncie galaktyk. Obrazy układają się w długi, prawie półgodzinny medytacyjny ciąg robiący równie szokujące wrażenie co słynna, finałowa sekwencja »2001: Odysei Kosmicznej«.

Kubrick strącał osobowego Boga z piedestału, zastępując go kosmicznym, czarnym monolitem. Agresji i ciągle udoskonalanej sztuce zabijania przypisywał kluczową rolę w procesie ewolucji. Malick, panteista, świadomie i bardzo przewrotnie nawiązujący do filmu Kubricka – odwrotnie. Zachowuje postawę Hioba: wierzy w miłosiernego Boga, mimo lawiny nieszczęść, spadającej na głowy jego bohaterów. »Szukam cię, Boże« – to zdanie często powraca w »The Tree of Life«. Kołem napędowym ewolucji, przyspieszającym narodziny homo sapiens jest u niego moment zaistnienia bezinteresownego dobra w przyrodzie. Dlatego pojawiają się w filmie drapieżne dinozaury, które zamiast dopaść bezbronną ofiarę, nie atakują jej tylko się wycofują.

Brad Pitt gra ojca rodziny, wychowującego z żoną trzech synów na prowincji (w latach 50. XX wieku). Ma tam wspaniały dom i ogród. Jest czuły, wyrozumiały, troskliwy z drugiej strony – surowy, bezwzględny, domagający się posłuszeństwa i nieznoszący sprzeciwu. Przypomina starotestamentowego Jahwe. Wyznaczając niewidoczną granicę na trawniku stwarza i niszczy rajską idyllę dzieciństwa chłopców. Pasuje do tej roli, wierzy mu się w każdym geście. Seana Penna jest zdecydowanie mniej. Pojawia się na ekranie zaledwie w kilku krótkich scenach. Gra jednego z synów już w wieku dorosłym, który jak duch tropi wspomnienia, odwiedza zapamiętane miejsca i spotyka rodziców w marszu śmierci ku nieznanej przyszłości”

          [Janusz Wróblewski, relacja z Cannes dla Polityka.pl, 17 V 2011].

  

środa, 31 sierpnia 2011, alexanderson
filmy,fotografie,religia