~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1053. Bloodlands...

  

Po kilka tytułów naraz, zakładki w pięciu tomach jednocześnie – nowa praktyka, mająca ułatwić powrót do czytania. Raczej bez prozy (choć 2012 zacząłem z ostatnim Houellebecqiem), którą lepiej od razu, całościowo. Dzienniki, opracowania historyczne, biografie i dzieje kultury. Już teraz wiem, że wśród najważniejszych moich lektur tego roku znajdzie się z pewnością książka Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem Timothy’ego Snydera. Niezwykle wartościowa, a w pewnych punktach odkrywcza też pozycja, przywracająca twarze Zamienionym W Wielką Liczbę…

    

„W połowie XX wieku w środku Europy reżimy nazistowski oraz sowiecki wymordowały około czternastu milionów ludzi. Skrwawione ziemie – obszar, gdzie zginęły wszystkie ofiary – rozciągają się od środkowej Polski po zachód Rosji poprzez Ukrainę, Białoruś i kraje bałtyckie. W okresie konsolidacji narodowego socjalizmu i stalinizmu (1933-1938), wspólnej niemiecko-sowieckiej okupacji Polski (1939-1941) oraz wreszcie wojny niemiecko-sowieckiej (1941-1945) region ten dotknęła przemoc na skalę nieznaną wcześniej w dziejach. Jej ofiarami padły przede wszystkim narody zamieszkujące omawiane tereny: Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Rosjanie i Bałtowie. Wspomniane czternaście milionów wymordowano w ciągu zaledwie dwunastu lat, od 1933 do 1945 roku, gdy władzę sprawowali jednocześnie Hitler i Stalin. Chociaż w połowie opisywanego okresu ich ojczyzny ogarnęła pożoga, ludzi tych należy bez wyjątku zaliczyć do ofiar morderczej polityki, nie zaś działań wojennych. Druga wojna światowa rozwinęła się w najbardziej śmiercionośny konflikt w historii, a co drugi z żołnierzy, którzy polegli na polach bitewnych całego świata, padł właśnie tu – na skrwawionych ziemiach. Nikt spośród tych czternastu milionów zabitych nie był jednak żołnierzem służby czynnej. Większość stanowili kobiety, dzieci i starcy, wszyscy bezbronni; wielu z nich pozbawiono wcześniej dobytku z ubraniami włącznie.

(…) Zbrodnie Stalina kojarzy się często z Rosją, a Hitlera – z Niemcami, lecz najstraszliwsze wydarzenia w Związku Radzieckim rozegrały się na jego nierosyjskich peryferiach, a naziści generalnie zabijali poza terytorium Niemiec. Za symbol okropności XX wieku uważa się obozy, a jednak większość ofiar narodowego socjalizmu i stalinizmu nie zginęła w obozach koncentracyjnych. Te nieporozumienia co do lokalizacji i metod masowych mordów przesłaniają nam rzeczywisty obraz okropności XX wieku. (…)

Sama liczba ofiar może nam utrudnić wyobrażenie sobie każdej z osobna. »Imiona ich zawsze bym chciała pamiętać – pisała rosyjska poetka Anna Achmatowa w swoim Requiem – spisałam je wszystkie, lecz spis mi odjęto« [przeł. E. Siemaszkiewicz].

(…) Znacznie łatwiejszą do przełknięcia opcją (…) jest identyfikowanie się z ofiarami zamiast zrozumienia warunków historycznych, które dzieliły one ze sprawcami i gapiami na skrwawionych ziemiach. Identyfikacja z ofiarą oznacza radykalne odseparowanie się od sprawcy. Strażnik w Treblince, który zapuszcza silnik, lub oficer NKWD, który pociąga za spust, nie jest mną – jest osobą zabijającą kogoś takiego jak ja. Trudno jednak powiedzieć, czy ta identyfikacja z ofiarami niesie dodatkową wiedzę, lub czy ten rodzaj dystansowania się od mordercy jest postawą etyczną. Nie jest wcale oczywiste, czy redukując historię do moralitetu, stajemy się moralni.

Przypisanie sobie roli ofiary nie prowadzi niestety samo w sobie do właściwych wyborów moralnych. (…) Każda wielka wojna i masowy mord w XX wieku rozpoczynały się tak samo: napastnicy lub sprawcy twierdzili najpierw, że są niewinni i dzieje im się krzywda. (…)

Ofiary były ludźmi i prawdziwa identyfikacja z nimi musi polegać na uchwyceniu ich życia, nie zaś ich śmierci. Ofiary z definicji nie żyją i nie mogą się bronić przed sposobem, w jaki inni wykorzystują ich śmierć. Łatwo jest uświęcać politykę lub tożsamość śmiercią ofiar. Mniej przyjemne, lecz ważniejsze moralnie jest zrozumienie działań sprawców. Zagrożenie moralne nie polega wszak na tym, że moglibyśmy stać się ofiarą, lecz na tym, że moglibyśmy być sprawcą albo gapiem. Kusi stwierdzenie, że nazistowski morderca wymyka się próbom zrozumienia. (…) Odmówienie człowiekowi natury ludzkiej uniemożliwia jednak stosowanie etyki.

Poddanie się tej pokusie – uznanie innych ludzi za pozbawionych człowieczeństwa – oznacza zbliżenie się do stanowiska nazistów, nie zaś zdystansowanie się od nich. Uznanie, że nie możemy innych poznać, równa się porzuceniu prób zrozumienia, a tym samym rezygnacji z historii. (…)

Nasza współczesna kultura upamiętniania przyjmuje za oczywistość, że pamięć zapobiega mordom. Nęcąca jest koncepcja, że jeżeli ludzie umierali tak licznie, musieli oddać życie za jakąś wartość najwyższą, którą można ukazać, rozwinąć i zachować, upamiętniając ją politycznie we właściwy sposób. Na następnym etapie tą wartością najwyższą okazuje się naród. Miliony ofiar musiały paść, by Związek Radziecki mógł wygrać Wielką Wojnę Ojczyźnianą lub Ameryka swoją »dobrą wojnę« (»good war«). Europa musiała odebrać lekcję pacyfizmu, Polska musiała zyskać legendę wolności, Ukraina – swoich bohaterów, Białoruś musiała dowieść swoich cnót, a Żydzi – wypełnić syjonistyczne przeznaczenie. Wszystkie te późniejsze racjonalizacje, choć przekazują nam ważne prawdy na temat polityki i psychologii narodowej, mają jednak niewiele wspólnego z pamięcią jako taką. O zabitych się pamięta, lecz zabici nie pamiętają. Władzę sprawował ktoś inny i ktoś inny zadecydował o tym, jak umarli. Później ktoś jeszcze inny decyduje, dlaczego. Gdy sensu szukamy w zabijaniu, pojawia się ryzyko, że więcej zabijania przyniesie więcej sensu.

Tutaj tkwi być może cel historii – gdzieś pomiędzy odnotowywaniem śmierci a jej nieustanną reinterpretacją. Jedynie historia masowego zabijania może połączyć w jedno liczby ze wspomnieniami. Bez historii wspomnienia stają się prywatne, co oznacza dzisiaj – narodowe, a liczby stają się publiczne, czyli służą za instrument międzynarodowej rywalizacji o tytuł męczenników. (…) Po zakończeniu II wojny światowej i ponownie po upadku komunizmu nacjonaliści na skrwawionych ziemiach (i poza nimi) popuścili cugle fantazji w opisie rozmiaru doznanych krzywd, roszcząc sobie w ten sposób prawo do niewinności. (…)

Poza Polską nie docenia się rozmiaru polskich cierpień. Nawet polscy historycy rzadko wspominają o Polakach z ZSRR, których zamorzono głodem w sowieckim Kazachstanie i na sowieckiej Ukrainie na początku lat trzydziestych lub zastrzelono podczas stalinowskiego wielkiego terroru końca lat trzydziestych. Nikt nie dostrzega, że Polacy w Związku Radzieckim ucierpieli w latach trzydziestych bardziej niż jakakolwiek inna europejska mniejszość narodowa. Nieczęsto przywołuje się uderzający fakt, iż w 1940 roku sowieckie NKWD dokonało na okupowanych ziemiach wschodnich Polski większej liczby aresztowań niż na reszcie terytorium Związku Radzieckiego. Wskutek bombardowania Warszawy w 1939 roku zginęło mniej więcej tylu Polaków, ilu Niemców w nalocie na Drezno w 1945 roku. Dla Polaków bombardowanie to oznaczało zaledwie początek jednej z najkrwawszych okupacji wojny, podczas której Niemcy zabili miliony polskich obywateli. W czasie samego powstania warszawskiego liczba polskich ofiar przekroczyła liczbę Japończyków zabitych wskutek zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Mieszkający w 1933 roku w Warszawie Polak niebędący Żydem miał mniej więcej takie same szanse dożycia 1945 roku jak mieszkający w 1933 roku w Niemczech Żyd. Podczas wojny zamordowano niemal tylu niebędących Żydami Polaków, ilu w Auschwitz zagazowano europejskich Żydów. W Auschwitz zginęło zresztą więcej Polaków niebędących Żydami niż Żydów z dowolnego kraju europejskiego z wyjątkiem dwóch: Węgier oraz samej Polski.

(…) Pomimo zaiste straszliwych strat Polska jest kolejnym przykładem polityki zawyżania doznanych krzywd. (…) Polacy niebędący Żydami musieli znosić niewyobrażalne trudności w porównaniu z ludnością pod okupacją niemiecką w Europie Zachodniej. Pomimo to Żydowi w Polsce zadana z premedytacją śmierć groziła podczas wojny piętnastokrotnie częściej niż Polakowi nie-Żydowi.

W ciągu dwunastu lat obydwa reżimy wymordowały celowo czternaście milionów ludzi. To moment, który ledwie zaczynamy rozumieć, nie wspominając o całkowitym jego ogarnięciu. Powtarzając zawyżone liczby, Europejczycy uwalniają miliony duchów ludzi, którzy nigdy nie żyli. Takie widma mają niestety siłę. To, co zaczyna się jako rywalizacja na polu martyrologii, może kończyć się jako martyrologiczny imperializm. (…) Gdy z równania usuniemy historię, liczby pną się w górę, a pamięć zamyka w sobie; stanowi to zagrożenie dla nas wszystkich. (…)

Ofiary pozostawiły po sobie żałobników. Zabójcy pozostawili liczby. Dołączenie po śmierci do wielkiej liczby oznacza rozpłynięcie się w strumieniu anonimowości. Pośmiertny zaciąg do rywalizujących stronnictw pamięci narodowej umacnianej liczbami, do których zaliczono czyjeś życie, oznacza utratę indywidualności. Równa się zapomnieniu przez historię, która wychodzi z założenia, że każde istnienie ludzkie jest nieredukowalne. W całej swojej złożoności historia jest tym, co wszyscy mamy, i tym, czym możemy się wszyscy dzielić. Nawet więc, gdy znamy poprawne liczby, musimy dołożyć wszelkiej staranności. Prawidłowa liczba nie wystarcza.

Każdy zapis śmierci sugeruje niepowtarzalne życie, nie może go jednak zastąpić. Musimy potrafić nie tylko określić liczbę zabitych, lecz wyliczyć z osobna każdą ofiarę jako człowieka. Spośród wielkich liczb jedną, która ostaje się przy dokładnej analizie, jest ta dotycząca Holocaustu: 5,7 miliona zabitych Żydów, z tego 5,4 miliona z ręki Niemców. Tę liczbę, podobnie jak wszystkie inne, trzeba jednak postrzegać nie jako 5,7 miliona, a więc abstrakcję, którą niewielu zdoła ogarnąć, lecz jako 5,7 miliona razy jeden. Nie oznacza to uogólnionego obrazu Żyda, którego 5,7 miliona razy spotyka abstrakcyjna śmierć. Oznacza to niezliczone jednostki, które trzeba niemniej policzyć, pośrodku ich życia (…).

Obchody pamięci organizuje się wokół okrągłych liczb – dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. (…)

Jeżeli chodzi o historię masowego zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion (razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenia, 3,1 miliona (razy jeden) różnych jeńców sowieckich zgładzonych przez Niemców w latach 1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie (…).

Każdy z 681 692 ludzi zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał własną, inną historię (…). Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. (…)

Reżimy nazistowski i sowiecki zamieniły ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określić te liczby i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z powrotem ludzki wymiar”

                [Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Przeł. B. Pietrzyk].

  

piątek, 13 stycznia 2012, alexanderson
Achmatowa_Anna,książki