|
Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia
Blog > Komentarze do wpisu
1078. Perditissima Respublica (II) - Iure et gladio...
„Nie brak prawa zgubił obyczaje, ale brak władzy,
nie brak sankcyj karnych, ale brak ich wykonania. Wiemy, że prawa były
dorywcze, niedostateczne, niestanowcze, niejasne i pełne niekonsekwencyj, ale
to było mniejsze złe, stokroć gorszym było to, że były bezsilne, że istniejąc, a nie działając,
już samym tym martwym swoim istnieniem robiły niekiedy więcej szkody, niż gdyby
ich wcale nie było, niż gdyby bieg spraw społecznych pozostawiony był samym
instynktom moralnym ludzi, przyrodzonemu ich sumieniu i wyrabiającym się z
społecznej konieczności zwyczajom. Bo przychodziło do tego, że kto chciał, aby prawo było wykonane, sam je
wykonywać musiał, a wtedy nie mogło być inaczej, jak tylko, że prawa stawały
się pozorem, legalnym tytułem występków, narzędziem gwałtu, środkiem przemocy,
sankcją samowoli. Dwa kardynalne warunki
społecznego bytu: bezpieczeństwo życia i bezpieczeństwo mienia były zachwiane;
ani jedno, ani drugie nie miało dostatecznej opieki. Zabijano otwarcie i
skrycie, po domach, po drogach i rynkach miejskich, na sejmikach, zjazdach,
bankietach, a nawet i sądach, zabijano o co bądź, a zabijano bezkarnie. (…) A przecież istniały prawa przeciw
mężobójcom. Były one bardzo łagodne, bo nikt prawie prócz chłopa nie dawał
głowy za głowę, nie płacił życiem za życie, (…) bywały pory (…), w których
trzeba było szczególnego nieszczęścia lub wielkiej osobistej pokory i
dobrowolnej skruchy, aby ulec karze w rzeczywistym jej rygorze. (…) Niestety
kryminałów ustawicznie nie sądzono. Sprawy cywilne szły do trybunału, sprawy
wybitnie kryminalne na sądy królewskie, czyli sejmowe. Sejm zwoływany był raz
co dwa lata i trwać miał sześć tygodni, a i w tych odstępach czasu często nie
dochodził; jakżeż można było myśleć, aby wszystkie sprawy kryminalne,
nagromadzone przez dwa lata, mogły być osądzone w tak krótkim czasie i to przy
nawale spraw sejmowych? »Sprawiedliwości nie masz przez sejm cały. Ledwie
osądzim ze dwa kryminały« – powiada poeta Grochowski (…). Za tym poszło, że o
sprawy stanowczo kryminalne, jak np. zajazdy połączone z gwałtami i
zabójstwami, nie pozywano criminaliter,
ale civiliter, aby tym sposobem rzecz
przyspieszyć i przecież doczekać się nareszcie wyroku. Ale gdyby nawet sądy odbywały się
i częściej, i dłużej, gdyby nawet były czynne stale, szybkiemu wymiarowi
sprawiedliwości stanęłaby na zawadzie owa nietykalna zasada, palladium i smutna
chluba szlacheckiej wolności: Neminem
captivabimus nisi iure victum, która nie pozwalała pojmać osiadłego
szlachcica nawet po spełnieniu najoczywistszej zbrodni, chyba na gorącym
uczynku, in recenti, co się bardzo
rzadko zdarzało, zwłaszcza gdy gwałtownikiem był możniejszy szlachcic, otoczony
zawsze zgrają zbrojnej czeladzi, i co zresztą w razie możliwości takiego
pojmania było rzeczą o tyle utrudnioną, że starostowie przyjmowali do więzienia
pojmanych prywatnie złoczyńców tylko pod warunkiem, że utrzymywani będą
kosztem, wiktem i pod strażą (…) tego, który ich pojmał i dostawił. (…) Dalszą niemniej zgubną dla
publicznego bezpieczeństwa zasadą było: Nemine
instigante reus absolvitur [gdy nikt nie wniesie oskarżenia, podejrzanego
uwalnia się od winy – alex.]. Nie
było właściwie władzy, która by ścigała zbrodnie z urzędu (…) – ściganie takie
było wprost niedozwolone. (…) Gdzie nie było delatora [powoda – alex.], tam nie było pozwu, ścigania,
dochodzenia, tam jakby nie było zbrodni, choć zbrodnia się stała otwarta, oczywista,
wszystkim i samej władzy wiadoma, o pomstę wołająca. (…) Prawo nakładało
obowiązek delatorstwa i pozywania zabójcy na krewnych zabitego (…) pod rygorem
tej samej kary, jakiej podlegał sam zabójca. Miało to zapobiegać bezkarności,
ale akta grodzkie tych czasów, o których piszemy, zawierają niestety dowody, że
tak nie było, że umiano obchodzić i to na pozór tak stanowcze i surowe prawo.
Bliższy lub dalszy krewny zabitego oskarżał, tj. zanosił protestację w grodzie
i wytaczał pozew, czyniąc tym zadość prawu, następnie zaś godził się z zabójcą,
brał pieniądze i procesu nie było, bo oskarżyciel nie stawał na terminy, nie
domagał się śledztwa, czyli tzw. scrutinium,
nie prezentował świadków itp., zgoła pozwalał na to, aby rzecz ugrzęzła na
zawsze. (…) Zapada wreszcie wyrok prawomocny.
A więc według stopnia przewinienia: miecz, wieża, banicja, infamia. Kto miał
wyrok wykonać, kto miał pojmać winowajcę i zniewolić go do ekspiacji, skoro
władzy wykonawczej, silnej, trwałej, zorganizowanej tak jakby nie było? Kara
śmierci bardzo rzadko zdarzała się w Polsce – oczywiście mowa tu o szlachcie,
bo chłop szedł za byle kradzież wołu na szubienicę, a miasta nadużywały miecza
na mocy swego okrutnego prawa magdeburskiego – chyba że winny ścigany był
prawem przez bardzo możnego oskarżyciela, chyba że był bardzo mizernym,
nieosiadłym szlachetką i należał do warstwy herbowej »zgołoconej i obdartej«
(…) albo gdy podpalał i rozbijał, a pojmany był in recenti (…). Jakże chcieć, aby przy takim
poniżeniu i przy takiej bezsilności władzy, która miała być strażą
sprawiedliwości i bezpieczeństwa, nie wyrabiał się w społeczeństwie instynkt
brutalnej »samopomocy«, nie ustalał się zwyczaj dochodzenia prawa bezprawiem,
ścigania winy prywatną zemstą? Burzliwsi uciekali się do szabli, spokojniejsi
do rozjemstw przyjacielskich, polubownych. (…) Więcej ufano naciskowi
prywatnemu niż urzędowej egzekucji. (…) Procesy nie miały końca. Szły
w fatalnym spadku z pradziada na prawnuka, bywały dziedziczną klątwą rodzin.
Nikt, chyba jakiś specjalny znawca starodawnego polskiego prawa, nie zorientuje
się w tym labiryncie (…), aby się w nim zaraz na wstępie nie zgubić. Nie
podobna według aktów zorientować się w tym chaosie pozwów, terminów, astycyj,
kontrawersyj, dekretów i nareszcie intromisyj, które mają kończyć sprawę, a
zaczynają ją ab ovo. Taka niejasna,
powikłana, ciężka i leniwa procedura musiała przy wrodzonej szlachcie
skłonności do pieniactwa wywołać liczną klasę zawodowych prawników, tzw.
prokuratorów, którzy dla zysku włóczyli biednego klienta przez ten ciemny
labirynt procesowy, podniecali waśnie rodzinne, budzili najgorsze instynkta
napaści i chciwości, odwodzili od zgody, podejmowali się spraw najniesłuszniejszych
i bogacili się ruiną swoich ofiar. (…) Takim zawodowym prawnikom,
wierutnym szynkarzom moralnego alkoholu, którym dosłownie rozpajali swych
klientów aż do szału pieniactwa, zależało nie tylko na tym, aby sprawę
powierzoną sobie wikłać, jątrzyć, przewlekać, ale także na tym, aby z drobnej
rzeczy zrobić wielką, z małego zajścia srogi gwałt, z drobnego przewinienia
zbrodnię. (…) Najdziksza (…) przesada panuje w protestacjach i pozwach,
spisywanych przez prawnych rabulistów owego czasu w imieniu strony pozywającej.
Niekiedy protestacja cała jest zmyśleniem, zuchwałym kłamstwem co do joty.
Nazywało się to robić ex causa mentali
realem, ex civili criminalem [ze sprawy zmyślonej rzeczywistą, z cywilnej
karną – alex.]; chodziło o prostą
napaść, o zastraszenie słabszych i lękliwszych, o ekstorsję, czyli jak to zwano
o usilstwo, czasem o sam paszkwil, tylko bez dalszych konsekwencyj. Wyrobił się
osobny styl w tych pozwach i protestacjach; przesadny, napuszysty, pełny
fałszywego akcentu tragiczności i niesmacznej, a czasem komicznej tautologii,
która miała sam fakt podnieść, uwydatnić i jak najjaskrawiej oświetlić, a
zasypywała go raczej sieczką słów niepotrzebnych. Wyrządził ktoś komuś małą
szkodę w lesie, to sakramentalną formułką pozwu było, że »1000 drzew
rodzajnych, ogromnych, budulcowych, masztowych wyrębał«, nigdy mniej i nigdy
więcej; naruszył ktoś komuś uprawne pole, to już je »spustoszył, zniszczył,
zniósł i wniwecz obrócił«; dopuściła się służba czyjaś burdy na własną rękę, o
czym służbodawca nie wiedział i nie słyszał, to stało się to przecież »za jego
sprawą, wolą, wiedzą, mandatem, zmową i rozkazaniem«; a zabił ktoś kogoś w
zwadzie, to nie zabił go krótko i węzłowato, ale »ważył się zabić, zamordować,
uśmiercić i z żywego nieżywym uczynić, jakoż i zabił, zamordował, uśmiercił i z
żywego nieżywym uczynił«. Wobec tego wszystkiego nie dziw, że sprawy cywilne z powodu swojej przewlekłości wyczerpują cierpliwość przeciwników i przechodzą w sprawy kryminalne. (…) Pomagano sobie gwałtem; urosła owa nieszczęsna praktyka dochodzenia swoich pretensyj »prawem i lewem«, trybunałem i kryminałem. »Prawem i lewem« weszło w zwyczaj i w codzienny słownik szlachecki – iure et gladio nazywano to po łacinie już w pierwszej połowie XV wieku – i odtąd aż w głąb XVIII stulecia ani słowo, ani rzecz nie wychodzi z użycia. (…) Nie można było dojść końca »prawem«, dochodziło się go »lewem«. Następował zbrojny zajazd – co miało być aktem sprawiedliwości, zmieniało się w akt prywatnego gwałtu. (…) inequitatio – po polsku zajazd, była pierwotnie aktem prawnego objęcia w posiadanie rzeczy, przyznanej wyrokiem sądowym. Wykonywać się miała całkiem legalnie za interwencją organu urzędowego, a w razie oporu pokonanej strony następować miała egzekucja z ramienia króla. Ale gdy tym organem był (…) woźny wraz z swymi dwoma szlachcicami [którzy asystować mu mieli w każdej czynności – alex.], a władza egzekucyjna istniała tylko z imienia, więc po całym szeregu intromisyj, nie dopuszczonych przez dłużnika (…) zniecierpliwiony wierzyciel wykonywał zajazd zbrojny i zajmował przemocą majątek strony pokonanej prawem. Niekiedy gwałtowny taki zajazd maskowany był pozorami egzekucji prawnej; ten, który go urządzał, przybierał sobie wicesregensa i woźnego, najczęściej jednak i bez tego się obchodziło. W takim stanie rzeczy zrobiły się zajazdy rozbójniczymi napadami, a jeśli strona przeciwna miała środki po temu i pomyślała o obronie, przychodziło do krwawych bitew, do zabójstw i spustoszeń całych majątków. Zajazdami obejmowali zaraz po śmierci czyjejś – niekiedy nawet jeszcze praesente cadavere [w obecności trupa – alex.] – spadkobiercy pozostawiony majątek, rugowano w ten sposób dzierżawców, zajmowano przemocą sporne grunta itp. Zajazdy bywały tak częste, w porze przez nas traktowanej tak weszły w obyczaj, zresztą wobec niemocy władz bywały niekiedy tak konieczne, że wyrobiła się klasa specjalistów, którzy fachowo trudnili się ich organizacją i dostawą potrzebnych szabel. Udawano się do nich z zamówieniami, godzono się z nimi stosownie do trudności i niebezpieczeństwa wyprawy. I nie mogło być inaczej: jak był specjalista-prawnik do prawa, tak musiał być specjalista-rębacz do »lewa«.
(…) Osobliwością w swoim rodzaju
bywały zajazdy, że tak powiemy rolnicze, w których chodziło o gwałtowne odjęcie
zbiorów, o wykonanie prawa używania pewnej spornej przestrzeni roli. Pod silną
eskortą zbrojną wyjeżdżano w setkę pługów i orano rolę, spędzano setki żeńców i
zaraz wywożono snopy. (…). Zajazdem obejmowano schedę po zmarłych, zajazdem
wchodzono w posiadanie nadanego przez króla starostwa. (…) Zajazdy uważane były za rzecz zwyczajną, za malum necessarium [zło konieczne – alex.], i nie obruszały sumienia publicznego, chyba kiedy dokonane były z niezwykłym okrucieństwem lub kiedy ofiarą zajazdu padła jakaś osobistość szczególnie szanowna lub między szlachtą bardzo popularna” [Władysław Łoziński, Prawem i lewem. Obyczaje
na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku].
sobota, 03 marca 2012, alexanderson
Tagi:
książki
książki
|
|