Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia
Blog > Komentarze do wpisu
1079. Perditissima Respublica (III)...

 

„Zagony tatarskie to chroniczna plaga i klęska, to nieszczęście i hańba zarazem całej Polski, a w najpierwszym rzędzie tych ziem, o których mówimy. (…) Nawet przy uwzględnieniu wszystkich niedostatków organizacji państwowej w Polsce nie podobna prawie dziś zrozumieć, że naród tak bitny i waleczny, a który w sztuce wojennej nie ustępował innym współczesnym w Europie, że naród Tarnowskich, Żółkiewskich, Chodkiewiczów, Koniecpolskich, Czarnieckich, Sobieskich mógł znosić te bezustanne zagony hord nieregularnych, źle uzbrojonych i łatwych do pobicia, jak tego tyle mamy dowodów (…) – nie podobna prawie zrozumieć, że warstwy rządzące nie miały tyle rozumu, tyle energii, tyle ambicji, powiedzmy otwarcie: tyle wstydu, aby jeżeli już nie zdobyć się, jak to przecież uczyniła sąsiednia Rosja na zdeptanie zbójeckiego wroga w samym jego gnieździe, to przynajmniej czujnością, odporem, zorganizowaną stale obroną granic ubezwładnić jego najazdy. »Przedmurzem« chrześcijaństwa byliśmy niestety także w biernym znaczeniu tego frazesu (…) – bo na co się zdało myśleć o chrześcijaństwie, skoro nie umieliśmy myśleć o sobie.

(…) prawie regularnie co dwa lata najeżdżali Tatarzy Polskę ordą wielką, nie licząc małych i krótkich zagonów! [A mimo to – alex.] Napady tatarskie miały prawie zawsze cechę nagłego zaskoczenia – w ostatniej chwili dopiero alarmowano ludność, palono ognie, bito z dział po zameczkach; szlachta uciekała do miast lub do zamków, lud do lasów. Król rozsyła wprawdzie uniwersały przestrzegające o niebezpieczeństwie (…) – ale nim starosta roześle je między szlachtę, Tatarzy już siedzą na karku ludności. Wojewoda wzywa szlachtę do zbrojnego oporu, ale zawsze albo za późno, albo kiedy dość jeszcze wcześnie, to nadaremnie. Z błagalnego tonu wojewodzińskich uniwersałów, z zaklęć, do jakich się one uciekają, widać, jak trudno było skłonić szlachtę do zorganizowania obrony. (…) Szlachta najczęściej pozostawała głucha na te nawoływania. Te zagony tatarskie tak często się powtarzały, próby obrony były zawsze tak słabe i bezskuteczne, trwoga tak się ustaliła w sercach i tak ją dziedziczyły pokolenia od pokoleń, że nareszcie przyjść musiało do tego, iż odpór stał się niejako psychologicznym niepodobieństwem, że nauczono się najazdy pogańskie uważać za złe konieczne, nieuchronne, które pada jak piorun z niebios za wolą Bożą i nie da się odwrócić ręką ludzką (…).

Zaraz po Tatarzynie szedł żołnierz swawolny, lepszy od Tatarzyna chyba tym, że wsi nie palił i jeńców nie brał. Pod względem wojskowym nie było chyba kraju, w którym by się tak ścierały ostateczności, jak w Polsce. Nie miała stałej armii, a miała najdotkliwszy ucisk żołnierski, nie miała żołnierza dla siebie, a miała go na eksport zagraniczny, miała go na eksport zagraniczny, a sama importowała go z Węgier, z Wołoch, z Niemiec. W tych czasach i w tych ziemiach, o których piszemy, żołnierz swawolny był ciężką a nieustającą plagą, i nie masz takiego roku, w którym by akta województwa ruskiego nie były przepełnione protestacjami i pozwami przeciw rotmistrzom swawolnych chorągwi lub nieskończenie długimi wykazami szkód i gwałtów dokonanych przez nich nie tylko w dobrach królewskich i duchownych, ale nawet i w nietykalnych szlacheckich. Najsrożej cierpiał lud, wydany na pastwę zdzierczego żołnierstwa i jego tzw. stacyj. (…)

Najemne, dla służby obcej w Polsce zwerbowane chorągwie, ciągnąc za granicę, pustoszyły wszystko, co leżało na ich szlaku, dopuszczały się najzuchwalszych gwałtów i rabunków (…). Mimo najgorszych doświadczeń, mimo klęsk, jakie sprowadzały na kraj takie roty wracające z obczyzny, gdzie się nauczyły żyć przeważnie łupem wojennym – nie zdobyto się w Polsce nigdy na tyle energii, aby postawić kres takim zaciągom. Werbowano polskiego żołnierza do Niemiec, do Wołoch, do Węgier; a czy to idąc w obcą służbę, czy z niej wracając, chorągwie takie rozpisywały sobie samowolnie stacje, uciskały, lud, łupiły miasta. Szczytem rozpasania żołnierskiego była swawola lisowczyków, których niesłychanej drapieżności dorównywała chyba tylko niesłychana także ich waleczność. Lisowczycy, kwiat i szumowina zarazem fantazji polskiej, kipiący ferment szlacheckiego temperamentu, rycerze bez trwogi i bez honoru, bohaterowie i łotry zarazem, których »Bóg nie chciał, a diabeł się bał«, sława i niesława szabli polskiej w całej Europie – to zjawisko naszej przeszłości, na którym się można uczyć, jak najwyższe zalety skojarzyć się mogą z najniższymi instynktami, jeżeli pierwszych od drugich nie przegradza mur sumienia i karności. Przyszło do tego, że ci, co cały świat napełnili rozgłosem swojej niezrównanej waleczności, przed których czarno-czerwonymi sztandarami drżał najwyborowszy, najbardziej ćwiczony żołnierz europejski – zarobili sobie w Niemczech na nazwę Teufel und Bluthunde [diabły i krwiożercze psy – alex.], a w ojczyźnie homo Lissovianus był synonimem opryszka i wyrzutka społeczeństwa, którego gdy zabił infamis, w nagrodę za to powracał do czci. (…)

Objaw to bolesny naszej przeszłości, że nikomu się ani nie śni o usunięciu instytucji jawnie szkodliwych, anormalności prawnych i administracyjnych, wydających społeczeństwo na pastwę nierządu i samowoli – ale kiedy zaczyna upadać instytucja jakaś wysoce pożyteczna, a to nie brakiem własnej żywotności, ale niedołęstwem, egoizmem i karygodnym niedbalstwem tych, którzy pielęgnować ją i czuwać nad nią byli powinni, zaraz zgoda na to, aby ją znieść i usunąć, bo to radykalny środek pozbycia się raz na zawsze kłopotu i obowiązku.  (…)

Na sejmiki zjeżdżano się chętnie i tłumnie, bo tam rozprawiać było można de omnibus rebus et quibusdam aliis [o wszystkich rzeczach i niektórych innych – alex.], tam się wyszumiano na króla i na senatorów, regulowano stosunki Europy, wypowiadano wojny i zawierano traktaty, wywodzono gravamina [oskarżenia – alex.], a co ważniejsza uchwalano petita [prośby – alex.] o wakansy, o myta, o donacje, o nagrody za urojone i nieurojone zasługi – ale już na doroczne okazowania, na ten popis zbrojny, który miał stwierdzać pogotowie obronne szlachty i być demonstracją jej rycerskiego zawołania, a zatem powinien był reprezentować godnie zasadę i obowiązek stanu, szlachta przybywała nielicznie, z lada jakim pocztem lub bez pocztu. Znamienitsi ziemianie najczęściej nie stawili się osobiście, zasłaniając się pierwszą lepszą wymówką i przysyłali tylko poczty ze służby złożone. (…) Nie brak wprawdzie na sejmikach i zjazdach patriotycznego bombasu, bohaterskich frazesów, rycerskich ślubowań, ale tą wielką gębą małe przemawia serce. (…) między tą cnotą w uściech a egoizmem w duszach leży przepaść cała, przewiązana girlandami frazesów obywatelskich i patriotycznych, pokryta pomostem nie tyle może istotnej obłudy, co pysznej, bałwochwalczej wiary w samego siebie, przekonania, że to, co się robi dla własnej glorii i dla własnej prywaty, musi być eo ipso dziełem obywatelskim i patriotycznym. L’état c’est moi, to hasło Ludwika XIV, było hasłem polskiego możnowładcy. (…)

Możny szlachcic polski, a cóż dopiero magnat, był prawie udzielnym władcą, a miarą tej udzielności swojej zbliżał się bardzo do małych suwerenów europejskich. Posiadał wielkie obszary ziemi, miał w nich miasta i warowne zamki, utrzymywał własne wojsko, wybierał cła i myta, z poddanych swoich ściągał czynsze i daniny, miał prawo życia i śmierci nad chłopem, urządzał na własną rękę wyprawy wojenne na sąsiednie kraje – dość tu przypomnieć wołoskie kampanie (…) – znosił się z zagranicznymi dworami, prowadził formalne wojny z równie możnym sąsiadem, wypowiadał je nawet własnemu królowi. (…)

Jeśli po stronie szlachty wina upadku, to po jej stronie także zasługa minionej chwały, jeśli zespoliła się z najsmutniejszymi chwilami przeszłości, to i najświetniejsze jej były dziełem. Nie godzi się zapomnieć, że cała tragiczność losów przede wszystkim w jej ugodziła piersi i że ona to po upadku przechowała żywot narodu, a nowy świat polski z jej dłoni bierze dorobek narodowy i historyczny. (…)

Było to zawsze cechą Polski, że więcej w niej ważył człowiek niż instytucja, więcej znaczyła moc osobistości niż moc społecznych urządzeń. Wypływało to zapewne z bujności indywidualizmu w naturach polskich, które niełatwo dawały się uskromnić rozkazem prawa, ale łatwo ulegały żywej, bezpośredniej sugestii, czy też przewadze silniejszej, energiczniejszej, wyższej duszy

                              [Władysław Łoziński, Prawem i lewem.

            Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku].

  

niedziela, 04 marca 2012, alexanderson
Tagi: książki
książki