~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1137. Koko Euro spoko...

  

Już po wielkim finale (od początku mistrzostw widziałem w nim Niemców, wczoraj kibicowałem Włochom, a wygrali zasłużenie Hiszpanie – błysnął mój ulubieniec Fernando Torres, więc też mogę się cieszyć razem z nimi) – i koniec tej zabawy. Jak teraz żyć, przyzwyczajając się do dominacji w informacjach polityki, a nie sportu. Na długo zapamiętam ostatnie trzy tygodnie – te emocje w telewizji, na ulicach i codzienną dumę z Polski-współorganizatora wspaniałej imprezy. Dla mnie to doświadczenie generacyjne, największe przeżycie pokoleniowe („policzyliśmy się” w radości, a nie, jak w 2005 i 2010, w traumie) – cudownie, że mogłem obserwować je na żywo…

  

„Ludzie wyszli z domów. Setki tysięcy Pola­ków wypeł­niło sta­diony, strefy kibica, cen­tra miast, prze­by­wa­jąc tam przez wiele godzin, w dzień i w nocy, w słońce i w deszcz. To jest pierw­sza wielka fie­sta wol­nej Pol­ski, jak rów­nież jakiś spe­cy­ficzny coming out poko­le­nia uro­dzo­nego już w III RP, bez kom­plek­sów porozumiewających się z mło­dzieżą europejską, uży­wa­ją­cych tego samego kodu kultu­ro­wego i oby­czajowego. To naprawdę nowi ludzie, któ­rych na początku roku można było zoba­czyć w wer­sji »obu­rzo­nej«, jako prze­ciw­ni­ków regu­la­cji ACTA, a teraz w wer­sji zaba­wo­wej. Szcze­gól­nie widocz­ne było to pod­czas spo­tka­nia z przegra­ną już osta­tecz­nie pol­ską repre­zen­ta­cją w war­szaw­skiej stre­fie kibica.

W sta­rym rycie do takiego spo­tka­nia nie powinno w ogóle dojść, a jeżeli już, to z gwizdami i szyder­stwami. A jed­nak kilka tysięcy prze­waż­nie mło­dych ludzi biło brawo, zbie­rało auto­grafy, dzię­ko­wało. I nie cho­dziło, jak twier­dzą niektó­rzy, o infan­tylne dostrze­ga­nie suk­cesu w braku sukcesu, ale raczej o dystans, zro­zu­mie­nie, jaki rodzaj emocji przy­stoi zaba­wie, jaką w isto­cie jest sport. Że ten sport już niczego innego nie załatwia, nie jest w zamian, nie leczy naro­do­wych ran, bo nie musi, bo normalniejemy. (…)

Mło­dzi zawłasz­czyli prze­strzeń nie tylko w sen­sie dosłow­nym, ale także kul­tu­ro­wym i publicz­nym: to oni fero­wali wyroki, oce­niali, sto­so­wali wła­sną skalę war­to­ści, gdzie sportowy wynik, choć ważny, stra­cił swój nad­mierny cię­żar, jakiś pseu­do­tra­giczny wymiar nada­wany dotąd przez starszych. Chyba po raz pierw­szy zbio­rowa psy­chika mło­dych Pola­ków ujaw­niła się tak wyraź­nie, można było zoba­czyć inną twarz kraju, inne hie­rar­chie war­to­ści, ten luz, brak cha­rak­te­ry­stycz­nego pol­skiego spię­cia, abso­lu­ty­zo­wa­nia, surowości. 

Nawet kibi­cow­skie stroje o tym świad­czyły: cza­sami dzi­waczne, takie niegodnościowe (kro­ko­dyle, dino­zaury, cza­peczki klauna, peruki), które jesz­cze kilka, kil­ka­na­ście lat temu młody Polak bałby się przy­wdziać w oba­wie nara­że­nia się na śmiesz­ność. Ale teraz tej katego­rii śmiesz­no­ści już nie ma, jest zabawa, umow­ność, kon­wen­cja, auto­iro­nia. Widoczne też były setki mło­dych kobiet, któ­re nie­mal jak roc­kowe grup­pies feto­wały piłka­rzy, kibi­co­wały na sta­dio­nach, ale też nie zapa­dały w depre­sję przy nie­po­wo­dze­niach. Jakby świa­do­mość, że to tylko gra, świetna zabawa, czas świeckiego święta, była im szcze­gól­nie bliska.

Tym bar­dziej na tym tle ponure eksce­sy kiboli wyglą­dały na wyczyny przyby­szy z obcej pla­nety. Ter­ror, nie­chwy­ta­ją­cych nowego stylu. Nigdy dotąd kibole nie wyglą­dali tak anachro­nicz­nie i beznadziejnie; zostali powszech­nie potępie­ni i wyszydzeni.

Do tej pory pol­skie tłumy miały prze­ważnie cha­rak­ter religijno-martyrologiczny. Wiel­kie masy ludzi koja­rzyły się z jaki­miś prze­ło­mo­wymi, czę­sto dra­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami, jak poli­tyczne zmiany, wiel­kie żałoby, papie­skie wizyty czy ostat­nio, w przy­padku kata­strofy smo­leń­skiej, kiedy obja­wił się lud smo­leń­ski. Teraz nagle wyrósł euro­lud, amor­ficzna społecz­nie wspól­nota, owi­nięta w naro­dowe sym­bole, niepoddająca się żad­nym jednoznacz­nym socjo­lo­gicz­nym defi­ni­cjom. I zmieszana z przy­by­szami z Europy, któ­rzy dotąd w takich dużych, nie­jako zor­ga­ni­zo­wa­nych grupach, nie przy­jeżdżali. Była to więc także spo­sob­ność poczu­cia wspól­no­to­wo­ści euro­pej­skiej, nie tej na papie­rze czy wyrażanej w do­tacjach, ale real­nej bliskości.

Ude­rza opty­mizm tych zbio­ro­wo­ści i ich afir­ma­cyjny cha­rak­ter. Nie jest to tłum ani za czymś, ani prze­ciw cze­muś, nie­słu­żący ani Tuskowi, ani Kaczyń­skiemu, jest to tłum zasad­ni­czo na »tak«. Obja­wiło się spo­łe­czeń­stwo w sta­nie czy­stym, zbio­ro­wość ludzi mających wła­sne bio­gra­fie, histo­rie i pro­blemy, ale szu­ka­ją­cych doświad­cze­nia spontanicznej wspól­noty, umie­ją­cych się bawić i cieszyć dorob­kiem nie tylko wła­snym, ale – po raz pierw­szy tak wy­raźnie – zbiorowym.

No i zmie­nia się sce­no­gra­fia. Z oka­zji mistrzostw sku­mu­lo­wało się setki inwe­stycji w jednym czasie. To, co wcze­śniej dzięki pomocy unij­nej było budo­wane i remon­to­wane, przez swoją dekoncen­trację nie było tak widoczne, teraz nagle się ujaw­niło – nawet przy wszyst­kich niedostatkach. Nowe auto­strady i inne dro­gi, dworce, hotele, lot­ni­ska, linie kolejo­we czy pomniejsza infra­struk­tura, przez sku­pie­nie w pew­nych stre­fach, stały się nową jako­ścią, zaczęły odgry­wać rolę wy­znacznika cywi­li­za­cyj­nego awansu i stały się tego awansu dowo­dem. Na dal­szy plan zeszły w tym momen­cie wysiłki, finanse, trud­no­ści, jakie się z tymi inwe­sty­cjami wią­zały. Zaczął się liczyć widoczny efekt. To był finał, poprzedza­jące go roz­grywki prze­stały się liczyć.

Uży­wa­jąc ter­mi­no­lo­gii pił­kar­skiej, in­westycje wyszły z grupy. Może naj­bar­dziej spektakularne było otwar­cie w ostat­niej chwili auto­strady A2, pod­łą­cza­ją­cej War­szawę do reszty Europy, co miało rangę sym­bolu i spo­wo­do­wało, że wiele osób posta­no­wiło prze­je­chać się tą trasą z cie­kawości, niejako turystycznie.

Już nie tylko War­szawa ma prawo mieć porządne lot­ni­sko czy sta­dion, ale też inne metropo­lie. Ujaw­niła się wy­raźnie, wła­śnie przy oka­zji mistrzostw, lokalna duma, prowincja prze­staje być dawną pro­win­cją, chwali się osiągnięcia­mi. I to było prze­cież wcze­śniej, ale teraz nastą­piło zwieńcze­nie; dało się ujrzeć, że ta Pol­ska lokalna, samorządowa, przy wszyst­kich zna­nych bra­kach i ułom­nościach, też ma swoje osią­gnię­cia, że tere­nowi poli­tycy, urzęd­nicy, działa­cze i po pro­stu entu­zja­ści cze­goś doko­nali, potra­fią ugo­ścić z klasą spor­tow­ców i kibi­ców, radzą sobie. Zero kompleksów.

(…) To niby żadna nowość, ale trzeba cza­sami jakie­goś kata­li­za­tora, wyostrze­nia obrazu, aby dostrzec i doce­nić to, co się w Pol­sce przez ostat­nie lata stało. Euro było takim zwieńcze­niem pierw­szego etapu prze­mian, fie­stą, umow­nym cza­sem wol­nym, aby się z tego cie­szyć. 

(…) Znowu poja­wiła się – sil­nie obecna w latach 90., a potem przytłu­miona przez smutę »moral­nej odnowy« w poło­wie poprzed­niej dekady – tęsknota za »nor­mal­nym, europejskim kra­jem«, gdzie wszystko działa i wygląda jak należy. Duma z tego, co już jest, prze­wa­żała nad uty­ski­wa­niem, czego jesz­cze nie ma. Można powiedzieć, że Euro było świę­tem szklanki do połowy peł­nej, to był kar­na­wał zado­wo­lo­nych. Niekoniecz­nie ze szcze­gó­łów, a nawet nie ze swo­jej poje­dyn­czej kon­dy­cji – cho­dzi o specy­ficzne, zbio­rowe zado­wo­le­nie obywatel­skie. Wcze­śniej zmiany w kraju były »obcho­dzone« indy­wi­du­al­nie, przy sła­wet­nych gril­lach, w wąskich gro­nach, na zagra­nicz­nych wyciecz­kach, teraz nastąpiły obchody gromadne.

Jest czas święta i czas powsze­dni. Lu­dzie w końcu powrócą do domów. Za­cznie się znowu polityczna łomo­ta­nina, zresztą już powraca. Ale ta mani­fe­sta­cja opty­mi­zmu i dumy jest nie do zlekcewa­żenia. Można z dużą dozą pew­no­ści za­łożyć, że to nie tyle Euro 2012 spowodo­wało tę nie­sa­mo­witą atmos­ferę, ile było oka­zją do jej ujaw­nie­nia się.

Polacy w ogóle rzadko wycho­dzą na ulicę, żeby coś zama­ni­fe­sto­wać, podob­nie jak niezbyt chęt­nie cho­dzą na wybory – to znany socjo­lo­giczny fakt (…). Jeśli już, to na ulicach widać niezadowolonych i obu­rzo­nych. Poli­tycy zaś, zwłasz­cza opo­zy­cji, leją na oby­wa­teli wia­dra pesymizmu i bez­nadziei. Kraj w tej wizji jawi się jako twór pokraczny, zde­pra­wo­wany, na gra­nicy kata­strofy albo już poza nią. Zadowo­lonych specjal­nie nie widać, ujaw­niają się jedy­nie pota­jem­nie, przy kolej­nych wybo­rach, kiedy nie dają dojść do wła­dzy »praw­dzi­wym patrio­tom« wieszczą­cym apokalipsę.

(…) Euro pozwo­liło poka­zać ludziom przy­wią­za­nie bar­dziej do kraju niż do poli­tycz­nego pań­stwa koja­rzą­cego się z kon­kretną wła­dzą. (…) To kraj, z jego nową urodą, budowlami, insta­la­cjami, udogod­nie­niami, lepiej nadaje się na wspólny mia­now­nik niż insty­tu­cja pań­stwa, zawsze nego­wana przez tych, których poli­tyczni fawory­ci nie rzą­dzą. W odróż­nie­niu od świąt pań­stwo­wych, Euro 2012 było – trochę podob­nie jak akcje Wielkiej Orkie­stry Owsiaka – świę­tem kra­jo­wym. Bar­dzo bra­kuje takich zdarzeń.

Można się było cie­szyć, nawet PiS na to pozwo­lił, choć tylko do czasu odpad­nięcia polskich piłkarzy z imprezy. Potem ruszyli zawo­dowi pesy­mi­ści. Ale nastroju fie­sty nie udało się zbu­rzyć. Nie było wyda­wa­nia kon­ce­sji na patrio­tyzm, a kry­tyka »nieautoryzowanych« kibi­cow­skich stro­jów i gestów wyglą­dała kurio­zal­nie. Impreza odebrała samo­zwań­czym straż­nikom świę­tego ognia mono­pol na miłość do kraju. Patriotyzm został zde­cen­tra­li­zo­wany i odpar­tyj­niony – a raczej okazało się, że tak jest od dawna, tylko nie było tego dobrze wcze­śniej widać. I nie było oka­zji pokazać.

Zoba­czy­li­śmy wresz­cie Pol­skę przy­rządzoną nie na smutno, ale na wesoło. Wydaje się, jakby zasko­czyło to nas sa­mych. Cze­goś sami o sobie naj­wy­raź­niej nie wie­dzie­li­śmy. Przypo­mina się słynna kra­kow­ska wystawa sprzed lat »Pola­ków por­tret wła­sny«, gdzie tłumy odwiedza­jących ze zdu­mie­niem odkry­wały obli­cza przod­ków, a tym samym także swoją toż­sa­mość. Tamta wystawa doty­czyła prze­szło­ści. Euro 2012 poka­zało por­tret teraź­niej­szo­ści: ludzi wol­nych, nieskrę­powanych histo­rią, indy­wi­du­ali­stów, spo­łecz­ni­ków chęt­nych do pomocy, życz­li­wych. Do tego stop­nia, że wysłan­nicy zagra­nicz­nych gazet zaczęli pisać rzewne kawałki o wspa­nia­łej Pol­sce, jakby pierwszy raz ją zoba­czyli na oczy. Ale nie można się za bar­dzo dzi­wić – my też ją na nowo zobaczy­li­śmy. Przy takich zbiorowych zja­wi­skach trzeba uwa­żać, aby nie popaść w ilu­zje, w nadmierne uogól­nie­nia, ale obrazy z tych mistrzostw były tak suge­stywne, że wyraź­nie przekraczały poziom ulot­nej impresji.

Euro 2012 nie roz­wiąże bez­po­śred­nio żad­nej waż­nej sprawy pań­stwa, być może nawet stwo­rzy później dodat­kowe proble­my. Po mistrzo­stwach obu­dzimy się z tą samą służbą zdro­wia, szko­łami i zadłuże­niem pań­stwa. Mal­kon­tenci już stają w blo­kach star­to­wych. Znów będzie roz­py­lana smoleń­ska mgła, ode­zwą się woła­nia o try­bunały stanu i komi­sje śled­cze. Będzie pró­ba reinterpretacji tych zbio­ro­wych emo­cji, obró­ce­nie ich w jakieś ponure Wyda­rze­nia Czerw­cowe. Zacznie się wiel­kie odkła­my­wa­nie Euro 2012, które okażą się jedną gigan­tyczną aferą. Ale widać, jak ta impreza była Pola­kom potrzebna, logika święta jest inna. Oby­wa­tele III RP mogli się pooglądać. Wie­dzą o sobie więcej”

            [Mariusz Janicki, Święto euroludu, „POLITYKA” 2012, nr 26].

  

      

  

poniedziałek, 02 lipca 2012, alexanderson
Tagi: fotografie
fotografie
Komentarze
2012/07/03 14:33:30
Napisałeś o "dumie z Polski-współorganizatora wspaniałej imprezy" i wyraziłeś tym też moje odczucia. Doszło do tego, że się jednego dnia poryczałam, oglądając na YT jakieś fragmenty, pokazujące radosne kibicowanie, śpiewy, zabawę, stadiony etc. Byłam też dwukrotnie w Strefie Kibica, a po czwartkowym półfinale (kibicowałam Niemcom), dołączyłam do kolorowego tłumu na Nowym Świecie. Do domu dotarłam o czwartej. :D To Euro wyzwoliło we mnie takie pokłady patriotyzmu, o jakie się nawet nie podejrzewałam. :)