~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1159. Begins - Falls - Rises...

   

Sprawiam sobie w weekend odwlekany wciąż ostatnio prezent – trzecie (por. 1067, 1069), pewnie już ostatnie tego roku kino. Żeby zakosztować technologii IMAX, jadę aż na Powsińską (do Sadyba Best Mall, gdzie robiłem zakupy trzy lata temu, mieszkając wówczas trzy tygodnie przy Burgaskiej) – decyduję się jednak na wyprawę nieco późno, docieram więc w ostatniej chwili (trwają już reklamy) i w kasie szybko (a potem po omacku, potykając się na schodach w zaciemnionej sali) wybieram miejsce w ostatnim rzędzie, który nie w pełni zapewnia oszołomienie ogromem ekranu. Ale rzeczywiście: takiego jeszcze nie widziałem, podobnie jak równie wyraźnych napisów bez żadnej literówki. Lecz i tak najważniejszy był w tym wszystkim film, którego zwiastun oglądałem niemal każdego dnia już od tygodni…

  

Spośród wszystkich superbohaterów amerykańskiej popkultury tylko jeden od dzieciństwa budził moją fascynację – pewnie dlatego, że pozbawiony ponadludzkich mocy. Nigdy nie zetknąłem się z graficznymi opowieściami o nim, ale wciąż miło wspominam mroczne intro animowanej serii i dwa filmy Tima Burtona (na kolejne dwa, Joela Schumachera, spuszczam litościwie zasłonę przemilczenia). Podskórnie jednak oczekiwałem czegoś jeszcze, czując, że w tej historii zawiera się większy potencjał, choć nie umiałem go dokładnie nazwać. Chciałem chyba tragedii, nie komiksu. Dopiero trylogia Christophera Nolana („Batman – Początek” 2005; „Mroczny rycerz” 2008; „Mroczny rycerz powstaje” 2012) przyniosła spełnienie moich wyobrażeń o Batmanie. Na nowo odczytane wątki, urealnienie świata i pogłębienie psychologii postaci, aktualne dylematy naszych czasów, wydobycie Bruce’a Wayne’a spoza maski Człowieka-Nietoperza pozwoliły – przy całej spektakularnej widowiskowości tych trzech filmów – stworzyć coś więcej niż tylko błahe kino rozrywkowe. Nawet jeśli trzecia część nie ma już tego posmaku nowości, co „jedynka” i nie przebija mistrzowskiego epizodu środkowego, to przecież stanowi przyzwoite ukoronowanie i zamknięcie cyklu – przyjemnie było patrzeć, jak powracają w niej pewne zdania (Why do we fall?), a znane już sceny zyskują dopełnienie. Trudno mi nawet nie myśleć teraz o trylogii jak o jednej całości…

  

      

  

Ujmuje mnie jej swoisty patos: nieutulony ból przeszłości, anonimowe poświęcenie, maska przesłaniająca prawdziwe „ja” – a może wydobywająca je dopiero na powierzchnię (there is something out there in the darkness, something terrifying, something that will not stop until it gets revenge... Me), odkrywanie w sobie tego, z czym pragnęło walczyć (I see now what I have to become to stop men like him), strach, jaki trzeba w sobie przełamać, a potem na nowo wzbudzić, dosięgnięcie dna i „powstanie z martwych”, siła zbiorowej nadziei, nawet jeśli opiera się na kłamstwie (Sometimes the truth isn’t good enough, sometimes people deserve more. Sometimes people deserve to have their faith rewarded...) i powszechna potrzeba symbolu, w który można by wierzyć (if you make yourself more than just a man, if you devote yourself to an ideal, and if they can’t stop you, then you become something else entirely. A legend, Mr. Wayne). Cena, jaką się płaci za swoje wybory (You either die a hero or you live long enough to see yourself become the villain), droga, z której już nie da się zawrócić (Bruce, don’t make me your only hope for a normal life), utrata tych, których chciało ochronić i kochało. Jak to człowieka łamie. Samotność, na jaką samemu się skazuje…

 

– There’s nothing out there for me.
And that’s the problem. You hung up your cape and your cowl, but you didn’t move on, you never went to find a life, to find someone...

– Alfred... I did find someone.

– I know, and you lost her. But that’s all part of living, sir. But you’re not living. You’re just waiting, hoping for things to go bad again.

  
poniedziałek, 27 sierpnia 2012, alexanderson
samotność,kobiety,filmy