~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1185. Szkice z podróży na zachód...

  

Dwa pełne dni u rodziców – i dwa w podróży there and back. Nie chciałem, lecz wypadało – nie byłem wszak przed rokiem i na pogrzebie babci. Długie kolejki staczy na Centralnym w środę (choć można bilet szybciej, w Punkcie Obsługi Klienta Intercity – siedząc), a jednak pustki przedziałowe w czwartek – pociąg-widmo. Pan naprzeciwko, obgryzający tłuste kości z mięsa; ja z zapasami „Polityk” sprzed miesięcy – dwa typy w pierwszej klasie.

  

                 „[1952] Snobs i plebs. Pięć liter. I takie samo znaczenie”

                       [Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska].

 

Dorosły chłopak, ojca całusem witający w Piotrkowie Trybunalskim. Lekka szarówka, spowijająca wciąż niedoszlifowany klejnot – Wrocław Główny; opóźniam nieco dalszą jazdę, żeby się przyjrzeć zmianom tego, co tak znane. A po przyjeździe szybko obiad, błotne brnięcie na cmentarz, śliczny tam modny chłopiec, chłód i ciemność…

W domu, jak zwykle, coś nowego, odkąd pieniądze przestały być problemem. Szafa na wymiar w przedpokoju, gustowny czajnik, lustrzanka ojca – trzeci już raz dziedziczę jego poprzedni sprzęt (Nikon P500); trochę siedzimy razem – niech mama się nacieszy. Piątek, sobota – odpoczynek: tort i książka. Męczy noblista tegoroczny: pierwszy z wydanych dotąd w Polsce dwóch tytułów – bez wartości. Podobnie „Ogród Luizy” (Polska’2007; reż. Maciej Wojtyszko) jeszcze w świąteczny wieczór – dobre intencje, same klisze i zero reżyserii… Spacer na stację, prom przez Odrę, z kontuzji wyleczone kopie wersalskich figur. I łabędzie. Przygnębiający obraz ruder, bloków, kiepskich trzydziestu lat, straconych szans i lęków. Pamiętaj, skąd uciekłeś, od czego nie uwolnisz…

  

         Nigdy nie przychodźcie do miejsca, w którym niegdyś umieraliście”

             [Jurij Andruchowycz, Dwanaście kręgów. Przeł. K. Kotyńska].

 

Dzisiaj już tłumniej na kolei, więcej patrzenia w okno (trudno się skupić na lekturze – sąsiedzi od Lublińca ględzą). Kot w sadzie, bażant w polu i plafon z chmur na niebie. Na jakimś murze „Kocham Cię, Kuleczko” – też Ciebie w myślach tak nazywam. Bezbiletowe Romki (?) w Brzegu na Opolszczyźnie – przekleństwa, wyszarpywany z wagonu wózek z dzieckiem, plucie… W torbie zapas bigosu, więc kilka dni bez głodu. Jutro do pracy… Jestem.

  

niedziela, 04 listopada 2012, alexanderson
Marai_Sandor,homo,rodzina,Wrocław,Andruchowycz_Jurij,filmy,książki
Komentarze
2012/12/04 15:33:35
Jaki fajny wpis.
-
2012/12/05 00:12:29
Rzeczywiście, udał się... ;-)