~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1206. Cyrulik z Dyhernfurthu...

  

Pan Witek i jego zakład fryzjerski na Rynku. Starsi panowie przychodzą nie tyle nawet obciąć się, ile posiedzieć, poczekać na swoją kolej, porozmawiać. Mijają lata, a tu wciąż ten sam klimat prowincji ze schyłkowego PRL-u, wystrój daleki od modnych dziś salonów. Czeszą może kiepsko, ale tną porządnie – na karku tradycyjną brzytwą. Stawka zawsze ta sama – Pan Witek nie ma serca brać więcej niż 12 zł. Korzystam z okazji, skoro pobyt i tak przedłuża się o dni kolejne, a moje włosy nie widziały nożyczek od czterech miesięcy. W miasteczku cisza, senność, szarość. Rodzice karmią, dogadzają, nie bardzo chcą wypuścić. Lecz pewien pomysł na warszawski pierwszy dzień nowego roku (oryginalny dość, by wcześniej przespać to, jak inni spać nie będą) nie daje dłużej zwlekać i obietnicą mami, wyjechać jutro każe stąd, „w niedzielę, gdy ludzie popołudnie spędzają w domach, a na Rynek i ulice wypełza bezwład i materia jawi się w najpierwotniejszej, gnuśnej postaci, wypełnia wszystkie dziury i szczeliny, wypierając z nich światło, powietrze, ludzkie ślady, wypierając nawet czas na te kilka przedwieczornych godzin, zanim zaludnią się knajpy, bo w domach popołudnie podeszło mężczyznom do gardła” [Andrzej Stasiuk, Dukla]…

   

sobota, 29 grudnia 2012, alexanderson
Stasiuk_Andrzej,rodzina