~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1256. Dni i noce...

 

Weekend wprost wymarzony, doskonały, spacerowo i zdjęciowo intensywny. Sobotni poranek pod Muzeum Historii Żydów Polskich i bunkrem Anielewicza na Miłej, w południe Ufficio Primo, gdzie kolejna edycja Art Yard Sale (na stronie internetowej imprezy filmik sprzed roku, gdzie pojawiam się ok. 1.20) – znów bardziej niż młoda sztuka (przy stoisku swojej znajomej córka Jolanty Fajkowskiej – Maria Niklińska, prześliczna dziewczyna w fatalnym makijażu) interesuje mnie budynek: udaje się zakraść na górne kondygnacje, skąd wyraźniej prezentuje się „Spirala: Tribute to Leykam”, instalacja w hołdzie twórcy obiektu. No i spotykam koleżankę z pracy, którą namówiłem na odwiedzenie tego miejsca…

    

      

  

      

  

Mijam Marsz dla Jezusa, a po obiedzie (naleśniki z serem) na Bednarskiej kolejka do Belwederu w ramach Nocy Muzeów – oganianie się od meszek i komarów, przy powitaniu na osłodę krówki prezydenckie, a potem piękne klasycystyczne wnętrza i pamiątki po Józefie Piłsudskim. Bronisława Komorowskiego udaje się zobaczyć, gdy opuszcza rezydencję w drodze na Krakowskie Przedmieście – po zakończeniu zaś zwiedzania przetrzymują nieco nas, bo właśnie wrócił.

W niedzielę trafia się (nareszcie!) brak samochodów przed kościołem ewangelicko-reformowanym – miły pan z parafii zaprasza mnie do środka i oprowadza po wspaniałym neogotyckim wnętrzu, pokazując nawet plebanię i opowiadając o swojej konfesji. Padają nazwiska zasłużonych dla warszawskiej wspólnoty, które znam już (satysfakcja spora) z moich częstych wizyt na cmentarzu kalwińskim na Żytniej. Spieszę do Łazienek na inaugurację koncertów przy pomniku Chopina – wśród słuchaczy są także prezydent Komorowski z małżonką, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Waldemar Dąbrowski i Małgorzata Niezabitowska. Gra Anna Maria Stańczyk – świetnie dobrany repertuar (przy nokturnie cis-moll op. posth. wzruszyłem się do łez) i takież wykonanie. Brawa. Do palącego słońca na czystym niebie stopniowo dołączają ogromne cumulusy – wraz z muzyką tworzy się niezapomniany spektakl. Następnie nieco zdjęć kościoła św. Aleksandra (komunijnie przystrojone wnętrze), pierogi z jagodami (znów Bednarska), manifestacja w obronie Telewizji Trwam przed Zamkiem, zaułki Starego i Nowego Miasta...

Wszystko piechotą i niespiesznie, z rękami w kieszeniach jak ocean, „powoli chodzę i rozglądam się”. Zadowolenie z samopoczucia i tego, jak wyglądam. Z czasu nie w pracy, pogody i Warszawy – te trzy czynniki składają się na szczęście (w wersji exclusive jest jeszcze Ania i pieniądze – nie wiem, co bardziej niemożliwe). Na co dzień mam tylko stolicę – co będzie, jeśli i ją stracę? Dramat zaczyna się z końcem każdego spaceru...

  

„Na dworze dzień już przygasa. John wlecze się przez Great Russell Street do Tottenham Court Road, a potem skręca na południe w stronę Charing Cross. W ulicznym tłumie przeważają młodzi. Ściśle mówiąc, są to jego rówieśnicy, ale on wcale tego nie czuje. Ma wrażenie, że jest już w sile wieku, przedwcześnie postarzały: dołączył do grona bezkrwistych, znużonych naukowców o wysokich czołach i łuszczącej się przy najlżejszym dotyku skórze. W głębi duszy pozostał jednak dzieckiem, nieznającym swojego miejsca w świecie, wystraszonym, niezdecydowanym. Cóż robi w tym ogromnym, zimnym mieście, w którym już choćby po to, żeby w ogóle przeżyć, trzeba przez cały czas mocno się trzymać i wystrzegać upadku?

Księgarnie na Charing Cross otwarte są do szóstej. Ma więc gdzie się podziać, póki nie wybije szósta. Potem wpadnie w tłum poszukiwaczy sobotnich uciech. Przez pewien czas może płynąć z prądem, udając, że tak jak inni szuka rozrywek, ma dokąd pójść i z kim się spotkać, lecz prędzej czy później będzie musiał się poddać, pojechać metrem do stacji Archway i wrócić do swojego samotniczego pokoju”

                [John Maxwell Coetzee, Młodość. Przeł. M. Kłobukowski].

   

niedziela, 19 maja 2013, alexanderson
fotografie,Warszawa,Coetzee_John Maxwell