~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1293. Un giorno da cicerone...

  

Pogoda dopisuje, lato wciąż trwa, krótkie spodenki cieszą, a Wrocław – tak przecież ubogi w zestawieniu z Warszawą – wciąż przyciąga. Namawiam rodziców na całodniową wycieczkę, służąc za przewodnika, pokazując nieznane. Najpierw ogród Ossolineum (tam kiedyś pierwsze chwile z Anią), następnie uniwersyteckie to-co-w-piątek. Obiad jemy w studenckiej Bazylii, potem Wyspa Słodowa (na kładce mama niemal skręca nogę, kolejne dni będzie utykać) i bulwar Włostowica – patrzymy na statek z napędem łopatkowym. Ogród Papieskiego Wydziału Teologicznego, uliczka Kanonia i Ogród Botaniczny. Wróbelki przysiadają na oparciach foteli, gdy zatrzymujemy się, by ojciec wypił kawę; w płyciznach oczek wodnych wygrzewają się żaby. Przez kręcących się ludzi znów nie udaje mi się zrobić zdjęcia statuy von Eichendorffa. W lodziarni Amorino obok Rynku pijemy truskawkowe musy, potem jeszcze na chwilę do Sephory (mama chce wykorzystać jakiś rabat – wydaje prawie 500 zł, a młody człowiek, co z nią tak grzecznie czeka dostaje próbki najnowszych zapachów męskich od Burberry, Chanel i Hermèsa), no i powrót…

Oprowadzać kogoś, wodzić, opowiadać; pokazywać miejsca swoje, obce zaś drugiej stronie. Jedna z naprawdę niewielu sytuacji, gdy czuję przewagę…

  

niedziela, 08 września 2013, alexanderson
Wrocław,rodzina