~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1409. Hic est corpus meum...

  

Ostatni dzień swobody, ponownie sam w tym domu będę najwcześniej latem przyszłego roku. Pogoda nie pozwoliła nacieszyć się tym w pełni – przez tydzień ledwie kilka godzin słońca, przechadzek nonszalanckich, opalania. Dzisiaj, chcąc pomóc nieco ojcu, odwiedzam działkę, by zająć się wszystkimi trawnikami. Był mocno zaskoczony, gdy już wrócili i zajrzał tam wieczorem. Dla mnie taki wysiłek jest równie nietypowy, co przyjemny…

   

„To dziwne, jak często ostatnimi czasy tak właśnie siebie widzę, to znaczy z dystansu, jakbym był kimś innym, przy pracach, które mógłby wykonać tylko ktoś inny. Ja i koszenie trawy, doprawdy”

                          [John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

 

W Warszawie zakładałem, że już nie będę się rozbierał – wstydziłem się patykowatych rąk tak bardzo, że nawet do krótkich spodenek od kwietnia nosiłem marynarkę (bodaj tylko podczas spotkania z Dianą w Konstancinie zrobiłem wyjątek). A jednak bardzo kusi, więc sobie tu pozwalam – jedyna dla mnie z seksualnych przyjemności. Świadomość ciała skłania do odmiennego nań spojrzenia, wracam (kolejny raz w ramach swych krótkich zrywów) do intensywnych ćwiczeń. Bo, mimo wszystko, efekty zaczynają być widoczne. Nie skoryguje się już niektórych dysproporcji, ale podoba się to, co można ujrzeć w lustrze po zdjęciu koszulki, zmęczenie daje, paradoksalnie, power – w tym życiu, w którym nie ma już żadnej aktywności…

  

„[20 X 1964] Dobraliśmy się doskonale. Ja z moim ciałem. Siedzi tu właśnie ono koło mnie, a dupa go boli na skutek ze trzydziestu lat siedzenia na niej. Wyżej głowa, ogłupiała od niedomagania oczu, co od dzieciństwa słabe i właśnie do dupy. W środku rodzaj brzucha, który powoli się zarysowuje, tym ohydniejszy, że będzie to brzuch człowieka raczej chudego, najohydniejszy więc, tak zwany piłkarski. Wewnątrz zaś, poza wnętrznościami, przekonanie, że nic się nie stało i do niczego się nie doszło, że w kasie znowu zadźwięczało i znowu ogromne zero wyszło, jak zawsze. Tylko jeżeli się ma mniej lat, kiedy zero wychodzi, to wtedy tak nie przeraża, bo jest nadzieja, co tam nadzieja, pewność, że czasu jest jeszcze wiele i że to zero wcale nie jest ostateczne, że jeszcze wszystko się nadrobi. Tymczasem bardzo trudno już teraz mieć takie przekonanie, bo wcale czasu tyle już nie ma i nie będzie, coraz mniej będzie czasu. A ten, co jest, to się marnuje, jak teraz na przykład, kiedy zamiast zająć się robotą, której tyle, to się tu siedzi i pisze głupstwa, o których wie każde dziecko, które przekroczyło trzydziestkę. Czy nie lepiej zająć się czym innym, innym rodzajem umierania, bardziej pożytecznym, co by jakieś pieniądze przyniósł przynajmniej?”

                      [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969].

   

niedziela, 13 lipca 2014, alexanderson
homo,Banville_John,rodzina,Mrożek_Sławomir