~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1412. Wealth and poverty of nations...

  

„Jest taki świat, gdzie nie znają takich słów: pieniądze na życie, czynsz, rata, emerytura. Jest taki świat, gdzie ludzie wsiadają w lecie na swój własny jacht tak obojętnie, jak człowiek naszego pokroju nakłada kalosze, gdy pada deszcz”

                   [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

To nie mój świat, ja nie wygrywam w Totalizatorze nawet trójki. Ujawnia nagle się 400-złotowa niedopłata za energię za ostatnie warszawskie półrocze. Mam ledwie połowę tej kwoty, o resztę muszę poprosić rodziców (jeszcze bardziej się od nich uzależnić, być tym, którego trzeba wspierać, który musi być grzeczniejszy, im posłuszny). A jeszcze wisi sprawa wody za cały mój pobyt w stolicy – właścicielka mieszkania wciąż się zastanawia, ile mi odpuścić z tysiąca ośmiuset. Ile by nie wyszło, powinienem chyba się szykować na zaistnienie w rejestrze dłużników. Wciąż marzę o Warszawie, większość wysyłanych aplikacji jej dotyczy, ale nie mam szans na powrót ze względu na koszty. Przy pensji poniżej minimalnej i kosmicznych cenach za wynajem byle nory nie dam tam rady sam przeżyć. Głodując od stycznia straciłem na wadze parę kilo; być może ta kapitulacja ratuje mi resztki zdrowia, rujnując jednak psyche. Jacek Żakowski pisze w „POLITYCE” o nędzy i beznadziei emerytów. Ja muszę się z tym godzić już obecnie, mając się w sile wieku za miernotę, doprowadziwszy się do starczej ruiny, bezradności. Nie stać mnie, by się ubrać, ostrzyc, spotykać z kimś, zabawić gdzieś, planować. Mężczyzna bez pieniędzy to impotent; impotent bez pieniędzy – już emeryt…

 

„Kiedy masz 1436 zł lub mniej, nie stać cię na nic poza walką o podtrzymanie swojej egzystencji. Boisz się nawet pójść do sklepu. Wkładasz rzeczy do koszyka, uważnie kontrolując ceny, pilnujesz, żeby brać tylko to, co najtańsze i najpotrzebniejsze, a i tak przy kasie kilka razy przeliczasz zawartość portmonetki i odkładasz to, na co ci nie starcza. Kasjerki na szczęście są zwykle wyrozumiałe, ale wstydu to nie niweluje. (…)

Jeżeli masz 80 albo 90 lat, doskonale wiesz, że to się nie zmieni. Nie liczysz na awans i podwyżkę, nie marzysz o zrobieniu kariery, o lepszej pracy ani o interesie życia. Nie liczysz miesięcy do końca studiów czy stażu, kiedy zaczniesz normalnie zarabiać. Liczysz tylko dni do pierwszego, do wizyty w przychodni, do czynszu. Niby w kieszeni masz z grubsza tyle, co stażysta, ale w głowie masz mniej. Nie możesz żyć mrzonkami, jak 20-, 30-, 40-latki. Nie przeżyjesz skoku adrenaliny na widok chłopaka, który patrzy na ciebie z pożądaniem, albo gdy umawiasz się z dziewczyną na wino. Nie liczysz nie tylko na seks, ale też na miłe muśnięcia, na pocałunki ani na obiecujące spojrzenie. To się już nie zdarzy. Nikt cię nie chce dotykać. Przez lata nikt nie popatrzy na ciebie z afirmującym zainteresowaniem. Sam tak na siebie nie patrzysz.

(…) Bardzo mocno czujesz, że jesteś na wiecznym zesłaniu do krainy nędzy, wyrzeczeń i upokorzeń. Dla 99 proc. skazanych na takie życie 1600 to taka bezludna wyspa, na której jest absolutnie pewne, że żaden statek nigdy nie przypłynie.

Jesteś z tym całkiem sam”

                [Jacek Żakowski, Pokolenie 1600, „Polityka” 2014, nr 30].

  

piątek, 25 lipca 2014, alexanderson
Marai_Sandor,praca,Warszawa