~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
Blog > Komentarze do wpisu
1598. Lonely in a crowd...

Przyjęcie na osiemnaście osób w restauracji (siedemdziesiąte urodziny jednej z ciotek) – większość rodziny ze strony mojej mamy. Nie bywam zasadniczo – tym razem się nie dało. Mniej picia niż można było się spodziewać (mały kieliszek wódki sączę na cztery raty, do tego większy wina domowej roboty – ten tylko alkohol mi smakuje); jedzenia nadto, dobre. Córka jednej z kuzynek, już maturzystka (jestem aż taki stary?), piękniejsza niż pamiętam – bardzo mi przypomina Keirę Knightley. „Nawet pedały mi nie przeszkadzają, o ile nie dobierają się do mojej dupy”, mówi jej ojciec na dowód tolerancji, kiedy rozmowa schodzi na napięcia narodowościowe (to przekonanie heteroseksualnych mężczyzn, że gej to tylko czyha, by na nich wręcz się rzucić). Siedzę przez siedem godzin – nie umiem się przywitać ni pożegnać (ktoś tam wyciąga rękę, ktoś całuje – ta sztuczność ocierania się policzkiem), milczę przez cały czas (wypowiedziałem może kilka krótkich zdań). Obcy, nieprzystający, wrogi. Będzie mi jeszcze kiedyś potrzebna ta rodzina, ale już teraz żyjąc w pustce, mieć nigdy jej nie będę…

„Lęk egzystencjalny na dzień dzisiejszy: jestem na oko rzecz biorąc najzdrowszy ze wszystkich krewnych i przyjaciół. Mam szansę przeżyć (…) wszystkich i dogorywać w kompletnej izolacji” [Zdzisław Beksiński].

poniedziałek, 14 listopada 2016, alexanderson
rodzina,samotność