|
Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia
niedziela, 29 stycznia 2012
1061. Koloseum (II)...
Poprzednia moja wizyta na
Stadionie Narodowym (por. 1006)
musiała się ograniczyć jedynie do dolnej trybuny – obiekt był jeszcze zagraconym
placem budowy, choć wszystkie ówczesne niedostatki rekompensowały kilkakrotne,
zapierające dech pokazy rozkładania i zamykania dachu. Dziś już Wielkie Otwarcie
– mimo że nawet oko laika dostrzeże konieczność kolejnych miesięcy wykańczania
i sprzątania. Jest za to wreszcie górny poziom, schody i płyta pod murawę, na
której seria koncertów… Pieruńsko zimno – dlatego nie dotrwałem do imponujących
ponoć sztucznych ogni. Ale w ogóle sobie odpuścić też nie mogłem…
I jeszcze jedno na deser, nie moje już, niestety:
sobota, 28 stycznia 2012
1060. Aimless...
Żadnych sensownych działań, od początku; bez sensu, bez ukierunkowania. Po nic – bez planu, marzeń, wyobrażeń, jak ma wyglądać owa przyszłość, jaką bym chciał, by była. Jałowe trwanie, bierne i samotne – nikt nigdy przy mnie, a i ja wciąż – nikim. Żadne kariery i kredyty, dzieci, dorobek, spełnienie albo rozwój. Emotional intelligence zerowa, poglądy nieukształtowane, ciało martwe. Lektury przypadkowe, zapomniane; pracy, co tak niezbędna, by tu przetrwać, nie ma… Sam sobie obojętny od tak dawna, że aż ciekawy, jaką się katastrofą wszystko skończy… „(…) o zbyt wielu rzeczach myślę. Sieję rozmaite ziarno i żadne nie przynosi mi obfitych plonów. Moim przekleństwem są wielorakie zainteresowania i brak określonych, ukierunkowanych zdolności. Zajmuję się malarstwem i muzyką, literaturą klasyczną, średniowieczną i współczesną. Podfruwam tu i tam, ale w żadnym kierunku nie mogę rozwinąć skrzydeł. – Ale to jednak szczęście mieć
tak różnorakie upodobania, cieszyć się tyloma pięknymi rzeczami i móc po nie
sięgać – mówiła Madzia w zamyśleniu. – Jednokierunkowe zdolności wydawały mi
się zawsze czymś w rodzaju uczonej głupoty. (…). – Różnorodność upodobań mogłaby
dać mi szczęście, gdybym był jak inni mężczyźni – odparł gorzko Filip. –
Mógłbym wówczas osiągnąć siłę i znaczenie dzięki zwykłej przeciętności, tak jak
oni. Miałbym przynajmniej te poślednie satysfakcje, które pozwalają człowiekowi
obywać się bez wielkich sukcesów. (…) Lecz nic nie sprawi, by życie warte było
dla mnie bólu, jaki za nie płacę – nic prócz jakichś umiejętności, które
wyniosą mnie ponad martwy poziom prowincjonalnego bytowania. Jest jeszcze jedna
rzecz: namiętność może być równie wiele warta jak talent. Madzia nie dosłyszała ostatniego
zdania: walczyła z wrażeniem, że słowa Filipa znowu obudziły nurtujące ją dawniej
niezadowolenie z życia” [George
Eliot, Młyn nad Flossą. Przeł.
A. Przedpełska-Trzeciakowska].
czwartek, 26 stycznia 2012
wtorek, 24 stycznia 2012
1058. Repetitio...
Pierwszy w Warszawie raz (czyt.: w życiu) ujrzani chłopcy beztrosko trzymający się za ręce. Ta wyjątkowa chwila, gdy wiadomo (bo wszystko, co tyczy płci i seksu, takie obce). I jeszcze jeden pan (już ładny, nie wyczuty) w załodze punktu ksero gdzieś przy Tamce. Z rodzaju tych, co to na Ciebie nigdy nawet i nie spojrzą. Swobodny taki, wypieszczony, a Ty spięty… Wydrukowano mi tam w końcu ten życiorys. Potem godziny na ulicach, w śniegu, w bramach – w strachu, by wejść, zapytać, złożyć, porozmawiać. Obłęd, paraliż jakiś autodestrukcyjny, atak paniki wzmocniony ciągnącym się dni (?) kilka (?) załamaniem. Kołowrót lęku i rozpaczy, bez nadziei. Wczorajsze ogłoszenie w Internecie, jedna z ostatnich może szans na kiepską pracę. I nie, gdy się zdołałem wreszcie przemóc – ktoś przyjęty. Tak właśnie się to miało skończyć – wciąż tak samo…
„Niektóre rzeczy jesteśmy w stanie zrobić, inne wydają się zbyt trudne. Stopniowo wszystko wydaje się zbyt trudne; życie na ogół sprowadza się właśnie do tego” [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].
niedziela, 22 stycznia 2012
1057. Capitale de la douleur...
Drugie (por. 1011) spotkanie z M. I drugie śniadanie w oknie naprzeciw świętego Aleksandra. Przesympatyczny jest to chłopiec, o wielkich oczach i całkowicie odmiennych doświadczeniach (im bardziej życiowe tematy, tyczące wszystkich ludzi – tym większą są dla mnie abstrakcją, nie budzą myśli, uczuć). Być może się przeniesie, szukając swojej szansy, do Warszawy. Być może ja, po zmarnowaniu własnej, z niej wyjadę… Przez całe popołudnie, wieczór wciąż płyną łzy po szybach…
piątek, 20 stycznia 2012
1056. El hombre solo...
„[29 V 1965] Człowiek istnieje
tylko przez relacje, przez związki, w które wchodzi. Osiąga relacje przez
działanie. Więc istnieje najpierw poprzez innych. (…) Jak wiadomo, moje »poprzez
innych« jest prawie żadne. Zajmuje mi tylko mniejszą część. Co się dzieje z
resztą, czy idzie na marne, czy mało mnie jest? Więc wymyśliłem, że człowiek ma
relacje także ze sobą. Działa na siebie. Człowiek zamknięty w pokoju,
odczuwający tylko ciepło albo zimno, przyjemność albo nieprzyjemność, istnieje
mało. Ale człowiek o pewnej aktywności wobec siebie czy nie istnieje więcej?
Czy, mówiąc inaczej, nie istnieje także działalność wewnętrzna? Nawet istniejąc
poprzez innych, czy chociaż na chwilę człowiek jest wolny od stosunków wobec
siebie? Od relacji do siebie? To jest moja racja stanu” [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].
wtorek, 17 stycznia 2012
1055. Extra-ordinary...
Pierwszy bodajże raz w tym roku w
Centrum (fotki w poprzedniej notce jeszcze z grudnia). Wyrwanie się nareszcie, skoro słońce. Zdjęcia Pałacu Krasińskich
w scenerii zimy (udane, choć nadciągające chmury mocno skróciły sesję) – bo przyszła, w połowie stycznia, choć na nią nie czekałem. Szósty (a czwarty warszawski) spacerownik od „Wyborczej”.
Ambasadorowie na Placu Piłsudskiego (rocznica wyzwolenia). Chłopiec o urodzie (i włosach) Brada Pitta z „Wywiadu z wampirem” w tramwaju na
sąsiednim torze (jak ciastko na wystawie cukierni, lecz za podwójną szybą). I
obezwładniająca senność po powrocie… Dzień zwyczajny – w swej banalności tak
satysfakcjonująco wyjątkowy…
niedziela, 15 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
1053. Bloodlands...
Po kilka tytułów naraz, zakładki
w pięciu tomach jednocześnie – nowa praktyka, mająca ułatwić powrót do
czytania. Raczej bez prozy (choć 2012 zacząłem z ostatnim Houellebecqiem), którą
lepiej od razu, całościowo. Dzienniki, opracowania historyczne, biografie i
dzieje kultury. Już teraz wiem, że wśród najważniejszych moich lektur tego roku
znajdzie się z pewnością książka Skrwawione
ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem Timothy’ego Snydera. Niezwykle
wartościowa, a w pewnych punktach odkrywcza też pozycja, przywracająca twarze
Zamienionym W Wielką Liczbę…
„W połowie XX wieku w środku
Europy reżimy nazistowski oraz sowiecki wymordowały około czternastu milionów
ludzi. Skrwawione ziemie – obszar, gdzie zginęły wszystkie ofiary – rozciągają
się od środkowej Polski po zachód Rosji poprzez Ukrainę, Białoruś i kraje
bałtyckie. W okresie konsolidacji narodowego socjalizmu i stalinizmu (1933-1938),
wspólnej niemiecko-sowieckiej okupacji Polski (1939-1941) oraz wreszcie wojny
niemiecko-sowieckiej (1941-1945) region ten dotknęła przemoc na skalę nieznaną
wcześniej w dziejach. Jej ofiarami padły przede wszystkim narody zamieszkujące
omawiane tereny: Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Rosjanie i Bałtowie.
Wspomniane czternaście milionów wymordowano w ciągu zaledwie dwunastu lat, od
1933 do 1945 roku, gdy władzę sprawowali jednocześnie Hitler i Stalin. Chociaż
w połowie opisywanego okresu ich ojczyzny ogarnęła pożoga, ludzi tych należy
bez wyjątku zaliczyć do ofiar morderczej polityki, nie zaś działań wojennych.
Druga wojna światowa rozwinęła się w najbardziej śmiercionośny konflikt w
historii, a co drugi z żołnierzy, którzy polegli na polach bitewnych całego
świata, padł właśnie tu – na skrwawionych ziemiach. Nikt spośród tych
czternastu milionów zabitych nie był jednak żołnierzem służby czynnej.
Większość stanowili kobiety, dzieci i starcy, wszyscy bezbronni; wielu z nich
pozbawiono wcześniej dobytku z ubraniami włącznie. (…) Zbrodnie Stalina kojarzy się
często z Rosją, a Hitlera – z Niemcami, lecz najstraszliwsze wydarzenia w
Związku Radzieckim rozegrały się na jego nierosyjskich peryferiach, a naziści
generalnie zabijali poza terytorium Niemiec. Za symbol okropności XX wieku
uważa się obozy, a jednak większość ofiar narodowego socjalizmu i stalinizmu
nie zginęła w obozach koncentracyjnych. Te nieporozumienia co do lokalizacji i
metod masowych mordów przesłaniają nam rzeczywisty obraz okropności XX wieku. (…)
Sama liczba ofiar może nam
utrudnić wyobrażenie sobie każdej z osobna. »Imiona ich zawsze bym chciała
pamiętać – pisała rosyjska poetka Anna Achmatowa w swoim Requiem – spisałam je wszystkie, lecz spis mi odjęto« [przeł. E.
Siemaszkiewicz]. (…) Znacznie łatwiejszą do
przełknięcia opcją (…) jest identyfikowanie się z ofiarami zamiast zrozumienia
warunków historycznych, które dzieliły one ze sprawcami i gapiami na
skrwawionych ziemiach. Identyfikacja z ofiarą oznacza radykalne odseparowanie
się od sprawcy. Strażnik w Treblince, który zapuszcza silnik, lub oficer NKWD,
który pociąga za spust, nie jest mną – jest osobą zabijającą kogoś takiego jak
ja. Trudno jednak powiedzieć, czy ta identyfikacja z ofiarami niesie dodatkową
wiedzę, lub czy ten rodzaj dystansowania się od mordercy jest postawą etyczną.
Nie jest wcale oczywiste, czy redukując historię do moralitetu, stajemy się
moralni. Przypisanie sobie roli ofiary nie
prowadzi niestety samo w sobie do właściwych wyborów moralnych. (…) Każda
wielka wojna i masowy mord w XX wieku rozpoczynały się tak samo: napastnicy lub
sprawcy twierdzili najpierw, że są niewinni i dzieje im się krzywda. (…) Ofiary były ludźmi i prawdziwa
identyfikacja z nimi musi polegać na uchwyceniu ich życia, nie zaś ich śmierci.
Ofiary z definicji nie żyją i nie mogą się bronić przed sposobem, w jaki inni
wykorzystują ich śmierć. Łatwo jest uświęcać politykę lub tożsamość śmiercią
ofiar. Mniej przyjemne, lecz ważniejsze moralnie jest zrozumienie działań
sprawców. Zagrożenie moralne nie polega wszak na tym, że moglibyśmy stać się
ofiarą, lecz na tym, że moglibyśmy być sprawcą albo gapiem. Kusi stwierdzenie,
że nazistowski morderca wymyka się próbom zrozumienia. (…) Odmówienie
człowiekowi natury ludzkiej uniemożliwia jednak stosowanie etyki. Poddanie się tej pokusie –
uznanie innych ludzi za pozbawionych człowieczeństwa – oznacza zbliżenie się do
stanowiska nazistów, nie zaś zdystansowanie się od nich. Uznanie, że nie możemy
innych poznać, równa się porzuceniu prób zrozumienia, a tym samym rezygnacji z
historii. (…) Nasza współczesna kultura
upamiętniania przyjmuje za oczywistość, że pamięć zapobiega mordom. Nęcąca jest
koncepcja, że jeżeli ludzie umierali tak licznie, musieli oddać życie za jakąś
wartość najwyższą, którą można ukazać, rozwinąć i zachować, upamiętniając ją
politycznie we właściwy sposób. Na następnym etapie tą wartością najwyższą
okazuje się naród. Miliony ofiar musiały paść, by Związek Radziecki mógł wygrać
Wielką Wojnę Ojczyźnianą lub Ameryka swoją »dobrą wojnę« (»good war«). Europa
musiała odebrać lekcję pacyfizmu, Polska musiała zyskać legendę wolności,
Ukraina – swoich bohaterów, Białoruś musiała dowieść swoich cnót, a Żydzi – wypełnić
syjonistyczne przeznaczenie. Wszystkie te późniejsze racjonalizacje, choć
przekazują nam ważne prawdy na temat polityki i psychologii narodowej, mają
jednak niewiele wspólnego z pamięcią jako taką. O zabitych się pamięta, lecz
zabici nie pamiętają. Władzę sprawował ktoś inny i ktoś inny zadecydował o tym,
jak umarli. Później ktoś jeszcze inny decyduje, dlaczego. Gdy sensu szukamy w zabijaniu,
pojawia się ryzyko, że więcej zabijania przyniesie więcej sensu. Tutaj tkwi być może cel historii –
gdzieś pomiędzy odnotowywaniem śmierci a jej nieustanną reinterpretacją.
Jedynie historia masowego zabijania może połączyć w jedno liczby ze
wspomnieniami. Bez historii wspomnienia stają się prywatne, co oznacza dzisiaj –
narodowe, a liczby stają się publiczne, czyli służą za instrument
międzynarodowej rywalizacji o tytuł męczenników. (…) Po zakończeniu II wojny
światowej i ponownie po upadku komunizmu nacjonaliści na skrwawionych ziemiach
(i poza nimi) popuścili cugle fantazji w opisie rozmiaru doznanych krzywd,
roszcząc sobie w ten sposób prawo do niewinności. (…) Poza Polską nie docenia się
rozmiaru polskich cierpień. Nawet polscy historycy rzadko wspominają o Polakach
z ZSRR, których zamorzono głodem w sowieckim Kazachstanie i na sowieckiej
Ukrainie na początku lat trzydziestych lub zastrzelono podczas stalinowskiego
wielkiego terroru końca lat trzydziestych. Nikt nie dostrzega, że Polacy w
Związku Radzieckim ucierpieli w latach trzydziestych bardziej niż jakakolwiek
inna europejska mniejszość narodowa. Nieczęsto przywołuje się uderzający fakt, iż
w 1940 roku sowieckie NKWD dokonało na okupowanych ziemiach wschodnich Polski
większej liczby aresztowań niż na reszcie terytorium Związku Radzieckiego.
Wskutek bombardowania Warszawy w 1939 roku zginęło mniej więcej tylu Polaków, ilu
Niemców w nalocie na Drezno w 1945 roku. Dla Polaków bombardowanie to oznaczało
zaledwie początek jednej z najkrwawszych okupacji wojny, podczas której Niemcy
zabili miliony polskich obywateli. W czasie samego powstania warszawskiego
liczba polskich ofiar przekroczyła liczbę Japończyków zabitych wskutek
zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Mieszkający w 1933 roku w
Warszawie Polak niebędący Żydem miał mniej więcej takie same szanse dożycia
1945 roku jak mieszkający w 1933 roku w Niemczech Żyd. Podczas wojny zamordowano
niemal tylu niebędących Żydami Polaków, ilu w Auschwitz zagazowano europejskich
Żydów. W Auschwitz zginęło zresztą więcej Polaków niebędących Żydami niż Żydów
z dowolnego kraju europejskiego z wyjątkiem dwóch: Węgier oraz samej Polski. (…) Pomimo zaiste straszliwych
strat Polska jest kolejnym przykładem polityki zawyżania doznanych krzywd. (…)
Polacy niebędący Żydami musieli znosić niewyobrażalne trudności w porównaniu z
ludnością pod okupacją niemiecką w Europie Zachodniej. Pomimo to Żydowi w
Polsce zadana z premedytacją śmierć groziła podczas wojny piętnastokrotnie
częściej niż Polakowi nie-Żydowi. W ciągu dwunastu lat obydwa reżimy
wymordowały celowo czternaście milionów ludzi. To moment, który ledwie
zaczynamy rozumieć, nie wspominając o całkowitym jego ogarnięciu. Powtarzając zawyżone
liczby, Europejczycy uwalniają miliony duchów ludzi, którzy nigdy nie żyli.
Takie widma mają niestety siłę. To, co zaczyna się jako rywalizacja na polu
martyrologii, może kończyć się jako martyrologiczny imperializm. (…) Gdy z
równania usuniemy historię, liczby pną się w górę, a pamięć zamyka w sobie;
stanowi to zagrożenie dla nas wszystkich. (…) Ofiary pozostawiły po sobie
żałobników. Zabójcy pozostawili liczby. Dołączenie po śmierci do wielkiej
liczby oznacza rozpłynięcie się w strumieniu anonimowości. Pośmiertny zaciąg do
rywalizujących stronnictw pamięci narodowej umacnianej liczbami, do których
zaliczono czyjeś życie, oznacza utratę indywidualności. Równa się zapomnieniu
przez historię, która wychodzi z założenia, że każde istnienie ludzkie jest nieredukowalne.
W całej swojej złożoności historia jest tym, co wszyscy mamy, i tym, czym
możemy się wszyscy dzielić. Nawet więc, gdy znamy poprawne liczby, musimy
dołożyć wszelkiej staranności. Prawidłowa liczba nie wystarcza. Każdy zapis śmierci sugeruje
niepowtarzalne życie, nie może go jednak zastąpić. Musimy potrafić nie tylko
określić liczbę zabitych, lecz wyliczyć z osobna każdą ofiarę jako człowieka.
Spośród wielkich liczb jedną, która ostaje się przy dokładnej analizie, jest ta
dotycząca Holocaustu: 5,7 miliona zabitych Żydów, z tego 5,4 miliona z ręki
Niemców. Tę liczbę, podobnie jak wszystkie inne, trzeba jednak postrzegać nie
jako 5,7 miliona, a więc abstrakcję, którą niewielu zdoła ogarnąć, lecz jako
5,7 miliona razy jeden. Nie oznacza to uogólnionego obrazu Żyda, którego 5,7
miliona razy spotyka abstrakcyjna śmierć. Oznacza to niezliczone jednostki,
które trzeba niemniej policzyć, pośrodku ich życia (…). Obchody pamięci organizuje się
wokół okrągłych liczb – dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest
jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. (…) Jeżeli chodzi o historię masowego
zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion
(razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenia, 3,1 miliona
(razy jeden) różnych jeńców sowieckich zgładzonych przez Niemców w latach
1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów
ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych
liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie (…). Każdy z 681 692 ludzi
zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał
własną, inną historię (…). Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych
rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. (…) Reżimy nazistowski i sowiecki
zamieniły ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część
umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określić te liczby
i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z
powrotem ludzki wymiar” [Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Przeł. B. Pietrzyk].
Tagi:
Achmatowa_Anna
książki
23:59, alexanderson ,
Polityka / Historia / Polska
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 stycznia 2012
1052. Images and imaginations...
„Senność” (Polska’2008; reż. Magdalena Piekorz) i „Tetro” (USA / Argentyna / Hiszpania / Włochy’2009; reż. Francis Ford Coppola) – szelest papieru w każdej scenie, w każdym dialogu. Sama wykoncypowana literackość – co w tym przypadku znaczy: zero kina / życia. Pretensje do bycia czymś. Napisy końcowe jak przebudzenie po męczącej nocy… A właśnie – ocknąłem się po ósmej, już wiedząc, że tym razem nie usnę; nie byłem tak wymordowany, tak bezsilny jak dotychczas (a przecież położyłem się, jak zwykle, tuż przed trzecią) – niemal od razu mogłem wstać, być w formie. Czyżbym więc (zaraz pojawia się nadzieja) po tylu miesiącach nagle się wyleczył? Ot, tak – niczym Fiodor Michajłowicz z hazardu (że katar przeszedł, skoro minęło siedem dni, nie trzeba chyba pisać)? A skoro porównanie do obsesji – zakup kolejnych butów. Dziś przyjechały, trzewiczki ocieplane od Riekera – poprzednie zdzierałem bodaj pół dekady. Nie tyle pragnienie więc tym razem, co konieczność (ale w odkrytej tak niedawno, już ulubionej zajefajnej marce wyprzedaże, więc byłaby na czasie jakaś wygrana w Totka – jak dotąd tylko trójki: dwadzieścia cztery złote)… W snach także wciąż bez żądz – jakieś fabuły sensacyjne, mocno filmowe nawet (rosyjscy szpiedzy w Turcji? pościgi, strzelaniny). Lecz mnie w nich nie ma raczej. A tej, z którą rozmawiam nim zapadnie ciemność – już na pewno…
„Oto, kochana, przymykam powieki, słyszysz ich szelest – ku tobie znak, słyszysz, podnoszę je ruchem tak lekkim… …Ale czemu ciebie tu brak” [Rainer Maria Rilke, Cisza. Przeł. J. Brzostowska].
niedziela, 08 stycznia 2012
1051. Zaopiekuj się mną...
Mrozów i śniegu ciągle nie ma, lecz wystarczyło raz
zasiedzieć się wieczorem w jednej bluzce. I oto w moim magicznym domu coś złapałem, się przyplątało jakieś
leciutkie przeziębienie. Może grzejniki miałem zakręcone, gdy je jesienią
napełniano wodą – i teraz grzeją nie dość mocno, w mieszkaniu dziewiętnaście
stopni lub poniżej. W efekcie w todze z koca przychodzi spędzać mi te dni
ostatnie, kichając wciąż, smarkając; w lekturze nowy Houellebecq, oglądam „Wszystkich
innych” (Niemcy’2009; reż. Maren Ade – gorzkie) i „Króla Lwa” (USA’1994 –
klasyczny jeszcze Disney, tuż sprzed rewolucyjnych obrazów Pixara i DreamWorksu
– które wolę). Jako lekarstwa jedynie Ibupromy, sok malinowy do herbaty i
jabłuszka. Na szczęście bez gorączek, dreszczy, osłabienia – bez kogoś, kto zrobiłby
rosołek i podał do łóżeczka. Mężczyzną chorującym trzeba się opiekować niczym
bezbronnym dzieckiem, a ja świetnie się czuję w roli małego chłopca…
piątek, 06 stycznia 2012
wtorek, 03 stycznia 2012
1049. New Year’s Resolutions...
Z ubiegłorocznych postanowień (por. 887)
udało się jedynie najmniej efektowne, codzienne, skrupulatne, dzięki któremu-m
tutaj. I teraz też tak – miłość zbyt boli, seks jest niemożliwy, praca to
kwestia szczęścia, więc tylko powrót do czytania; każdego dnia fragmencik,
rozdział, artykulik. I nie kłaść się tak późno. Jeść. Ćwiczyć. Sprzątać.
Wychodzić, by spotykać… „[7 XI 1963] Może mnie uratować tylko porządek dzienny,
dyscyplina. (…) trzeba stosować szkołę angielską, golenie i herbata o piątej
bez względu na okoliczności. Należy sobie stwarzać małą stałość, stałość i
trwałość jakąkolwiek, kiedy wszystko jest niestałe, właściwie już niebyłe. (…) [12 VIII 1964] Żeby już wyłoniła się jakaś praca. Sama się
nie wyłoni. (…) [4 XII 1964] Alleluja. Nowy dzień, nowe nadzieje, nowe
zachcenia, nowe klęski i nowe kładzenie się spać wieczorem, kiedy znowu nic się
nie udało. (…) [29 XII 1964] Powiedzmy, od Nowego Roku. (…) Co najmniej, żeby wstawać nie o dwunastej w południe. Życie
hrabiego. (…) [1 I 1965] Z Nowym Rokiem nic nie mam sobie ani innym do
powiedzenia. Nikomu nie mam nic do powiedzenia. Jest to na pewno bardziej
uciążliwa forma samotności niż ta, która polega na tym, że nikt do nas się nie
odzywa” [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].
niedziela, 01 stycznia 2012
1048. Big Bang...
Pomysł, by w tę wyjątkową ponoć noc – zamiast samotnego
siedzenia w domu – pójść na górkę w Parku Moczydło, okazał się lepszy, niż
mogłem przypuszczać. Zgromadził się tam nawet pokaźny tłum z potężnymi zapasami
materiałów pirotechnicznych, a o północy (czy raczej: już na pięć minut przed) tuż
nad naszymi głowami i wszędzie wokół nad bliższymi i dalszymi dzielnicami miasta
(najefektowniej wypadła Wola i Śródmieście), rozbłysła półgodzinna kanonada
ogromnych fajerwerków. Spektakl był iście bajkowy, miejscówka chyba z lepszych
w Warszawie. Obracałem się wciąż w kółko z uśmiechem dziecka, któremu sprawiono
prawdziwą niespodziankę, podziwiając ten pierścień ognia, ciesząc z huku, dymu i eksplozji. Pierwszy mój
Sylwester po swojemu i od razu taki
wybuchowy…
sobota, 31 grudnia 2011
1047. "Bilans musi wyjść na zero"...
Szczególny był to rok – zaczął się wiosną Arabów (Tunezja,
Libia, Egipt, Syria, Jemen), kończy jesienią Zachodu (kryzys strefy euro);
pomiędzy nimi zaś wstrząsy – ziemi (Japonia) i społeczeństw (USA, Rosja),
królewskie śluby (Wielka Brytania, Monako) i pogrzeby (Czechy, Korea Północna),
ataki (Norwegia – Breivik) i likwidacje terrorystów (Pakistan – ibn Ladin), a w
Polsce comiesięczny Dzień Świstaka na Krakowskim Przedmieściu i wybory, co nie
zmieniając nic, przeorientowały scenę polityczną. Mnie osobiście udało się
spełnić marzenie o Warszawie, wypuścić z rąk Anię i odkryć w sobie kolejne
blokady, skazujące na jeszcze większą izolację. Dlatego żadnych wspomnień ani
planów – 2012 będzie pewnie równie chujowy
jak każdy… „Nie mieć historii,
żadnej dającej się przewidzieć przyszłości, jedynie regularny puls niezmiennego
teraz – jakie to byłoby uczucie?” [John
Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].
piątek, 30 grudnia 2011
1046. Wystawa (II) - Reconstruction...
Budujemy Nowy Dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945-1952 – wystawa w
Domu Spotkań z Historią, prezentowana od 7 lipca do 31 grudnia 2011, będąca „próbą
pokazania złożoności procesu odbudowy Warszawy, wyjaśnienia decyzji, jakie
stanęły u podstaw dzisiejszego kształtu miasta, zaakcentowania niektórych
grzechów, ale też ponadczasowych osiągnięć odbudowy. (…) Rekonstrukcja zabytków warszawskiej
Starówki to przedsięwzięcie nowatorskie w dziejach światowej konserwacji.
Oficjalną decyzję o jej odbudowie władze podjęły 13 sierpnia 1949. Kamienice
wokół Rynku odtworzono przed 22 lipca 1953. W miejscu rozebranych ruin po
przedwojennej zabudowie Podwala odsłonięto średniowieczne mury miejskie.
Pionierski i unikatowy charakter tej rekonstrukcji został doceniony przez
opinię międzynarodową już 30 lat temu, kiedy na listę Światowego Dziedzictwa
Kultury UNESCO wpisano warszawskie Stare Miasto. Wraz z upływem lat ta ocena
wyjątkowości dzieła podjętego w Warszawie uległa jeszcze wzmocnieniu. Wiosną
2011 roku społeczność międzynarodowa za jeden z najcenniejszych zbiorów
dziedzictwa dokumentacyjnego ludzkości uznała archiwum Biura Odbudowy Stolicy,
powołanego do życia już w 1945 roku, i wpisała je na prestiżową listę »Pamięć
Świata« (…). Podstawowy szkielet miasta,
istniejący właściwie bez większych zmian do dziś, powstał w latach 1947-55.
Większość warszawskich inwestycji przypadła więc na okres obowiązywania
doktryny realizmu socjalistycznego (1949-56). O wyglądzie dzisiejszej Warszawy
zadecydowały cztery wielkie założenia: Trasa W-Z, Marszałkowska Dzielnica
Mieszkaniowa, dzielnice przemysłowe oraz Stare Miasto i Trakt Królewski –
praktycznie tylko to założenie zostało w miarę konsekwentnie doprowadzone do
końca. Stare Miasto z Traktem, kończącym się w pierwotnym założeniu na
skrzyżowaniu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, miało być jedyną dzielnicą
zabytkową. Jak wynika z wizji urbanistycznych i architektonicznych, wszystko co
poza nim, oprócz dzielnic zbudowanych w latach międzywojennych, miało być
stopniowo przeznaczone do rozbiórki. Na przeszkodzie tym zamierzeniom stanęła
na szczęście niewydolność ekonomiczna systemu komunistycznego. Zdążono jednak
wznieść w samym środku miasta monumentalny Pałac Kultury i Nauki, który swym
ogromem i pustą przestrzenią wokół trwale przekształcił niegdyś gęsto
zabudowane centrum Warszawy. W rezultacie wyburzeń
prowadzonych w drugiej połowie lat 40. oraz inwestycji kolejnych dekad
lewobrzeżna Warszawa w dużym stopniu utraciła pozostałości zabudowy przełomu
XIX i XX wieku. Ocalały jedynie znaczne fragmenty Śródmieścia Południowego,
które (oprócz MDM-u) znalazło się poza obszarem wielkich projektów
urbanistycznych, oraz dzielnice międzywojenne otaczające wianuszkiem XIX-wieczne
centrum. Gruntownie zmienił się też przekrój społeczny mieszkańców Warszawy. I
nie chodzi jedynie o napływ nowych mieszkańców z obszarów wiejskich, ale też
niemal całkowity zanik miastotwórczej klasy średniej. Zniknęli nie tylko
przemysłowcy i kamienicznicy, ale nawet drobni kupcy. Powoli likwidowano
rzemiosło, które odrodziło się dopiero po 1956 roku. Te zmiany miały ogromny
wpływ zarówno na styl życia, jak i sam wygląd miasta. Powojenna odbudowa Warszawy okazała
się przedsięwzięciem pełnym sprzeczności. Miała miejsce w wyjątkowo trudnych
warunkach politycznych. O jej kształcie zadecydowała ideologia, ówczesne
poglądy estetyczne i urbanistyczne, a wreszcie narzucenie wzorów sowieckich i
odcięcie Polski od Zachodu żelazną kurtyną. Wielkim sukcesem okazała się za to
rekonstrukcja dzielnic zabytkowych. To ona uchroniła przestrzeń Warszawy przed
całkowitą sowietyzacją, przywróciła jej ciągłość i atrakcyjne przestrzenie
miejskie, także dziś stanowiące o tożsamości stolicy” [z katalogu wystawy i tekstów na niej
prezentowanych].
czwartek, 29 grudnia 2011
1045. Z domu do... domu...
Przez sześć pełnych dni u
rodziców udaje się przeczytać dwa tysiące stron – sześć tytułów: Kłamstwa Enrique’a de Hériza, Pierścienie Saturna. Angielską pielgrzymkę
W. G. Sebalda, Szaloną geometrię miłości
Susany Guzner (lesbijski romansik z domieszką feminizmu – moja pierwsza powieść
z tematyką branżową; i od początku, niestety, widać każdą nitkę, jaką jest to szyte), Na oślep Claudio Magrisa, O miłości i innych demonach Gabriela
Garcíi Márqueza oraz Żar Sándora Máraia.
Rehabilituję się w ten sposób sam przed sobą, bo bodaj od ośmiu-dziesięciu miesięcy
wyłącznie tygodniowa prasa. Do tego dwie siedmiogodzinne podróże pociągami
pozwalają zabrać się nareszcie za drugi i trzeci numer Książek z Agory, a w nich żadnego artykułu nie da się opuścić –
latami czekałem na takie właśnie pismo. Na drogę powrotną obładowany zostałem
sprezentowanym mi a wymarzonym albumem o Zamku Królewskim, szeregiem orzechów,
marcepanów, a nawet słusznym kawałem delikatnego schabu. Pół walizki zajmuje też
zimowy płaszcz, choć ani on dopasowany, ani ciepły. W efekcie mieszczą się
tylko cztery z zaplanowanych woluminów (a sprowadziłem ich jak dotąd sto
dwadzieścia). I otom znów w Warszawie... Dobrze, że nie grozi tam już nic –
bez krzyków, szpiegowania, wyzwisk i histerii – lecz jeszcze lepiej wrócić…
„(…) zostałam sama, z dala od nich, od ich przygnębienia i ich
pośpiechu, od ich wcześniejszej żądzy i późniejszej wzgardy (…) przyjęłam
mieszkanie (…), pokój (…), gdzie mnie nie niepokoili, nie męczyli mnie, nie
odwiedzali mnie ani nie dotykali, nie zadawali pytań, gdzie zostawili mnie w
spokoju, szczęśliwie zostawili mnie w spokoju” [António Lobo Antunes, Podręcznik dla
inkwizytorów. Przeł. W. Charchalis].
wtorek, 27 grudnia 2011
1044. Backwards glance...
Dziwne tak, gościem w rodzinnym domu, oglądać jakby nowe to, co przez całe życie… A przecież zmiany, spore nawet, niektóre listownie uzgodnione. W pokoju, co wciąż moim, a gdy mnie nie – sypialnią ojca, gabinetem mamy – biedermeierowskie lekkie biurko, gustowne krzesło, kunsztownie wykończone ich wygięcia, gruby puszysty dywan; i kredens w korytarzu, a w kuchni – wielki porcelanowy zestaw. Wciąż jedna pensja w tej rodzinie, ale daj Boże, by innym dwie składały się na taką – niech korzystają, i mnie skapuje przecież… A właśnie, wokół: skakanie, dogadzanie, dokarmianie. Niemożność nacieszenia. Trwały od wyprowadzki rozejm. Miasteczko jeszcze brzydsze, mokre, szare; ulice puste jak wzrok wypartych wspomnień, który je omiata. Bez złości już to wszystko, bo i ja – gdzie indziej…
„(…) ów prymitywny świat przyrodzony był każdemu człowiekowi, czuło się go po trosze we własnym sercu, trochę za nim ciekawości, trochę tęsknoty, trochę dla niego współczucia. Zadanie polegało na tym, żeby mu oddać sprawiedliwość, zachować dlań we własnym sercu coś w rodzaju patriotyzmu, a mimo to z powrotem ku niemu się nie cofnąć” [Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka].
sobota, 24 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
1042. Przed-świątecznie...
Mieszkanie po tygodniach
odkurzone, pościerane i umyte. Akurat, żeby je takim zostawić i wyjechać. Prezentów
nie kupuję i nie dostaję – w tej przynajmniej kwestii święty spokój. Ale do
domu wiozę piernik staropolski od Bliklego i serwetki z folklorystycznymi
wzorami. Zostanę przez tydzień, żeby się nieco podtuczyć, ale pewnie będą
namawiać do przeciągnięcia pobytu i na Nowy Rok. Mam jednak ochotę przeżyć go już
w Warszawie – pierwszy raz bez rodziców, bez nikogo. Trzeba to poczuć – wciąż nie
ma pewności, że ta przygoda pozostanie trwała…
|
Archiwum
Zakładki:
I. AUTOR
II. Czytani / poznani
III. Varia
IV. Miejsca
V. Ulubione filmy (155)
VI. Płatna reklama
Tagi
|