~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 15 marca 2017
1610. Coraz wyżej, coraz dalej...

Firma się podzieliła, nowa zabrała część klientów, pracowników, kolejni rezygnują z pracy – już wszyscy z tych nielicznych, do których udało mi się zbliżyć. Ty też znajdź sobie coś, mówi mi koleżanka. Przy Twoim wykształceniu musisz mierzyć ambitniej. Sęk w tym, że aspiracje w życiu nie wiążą mi się z pracą, a jej fizyczna monotonia ma dla mnie większy powab niż kreatywność wyzwań. Zabawne, że tak pragnąc być w cieniu wciąż, wysuwam się na czoło. Kieruję nieformalnie pewną grupą, powierza mi się nadzór nad czymś, wiele sam chcę przypilnować. Brakuje rąk do pracy, nie starcza czasu mi na wszystkie obowiązki – a mimo to podwyżka dziś (do dwa czterysta brutto oraz premie – 15% standardowa i druga za wyniki), awans (starszy inspektor – brzmi cokolwiek wiekowo). I nawet jeśli co dzień mnie ogarnia zniechęcenie, i marzę, by to rzucić, powrócić do Warszawy – to muszę trzymać się za wszelką cenę tego miejsca. Najlepsza praca z tych żałosnych, jakie miałem, oddala mnie od marzeń i poczucia spełnienia. Zawsze coś za coś, bez polotu, przyjmując miast zdobywać, tracąc to, co najbliższe, najważniejsze…

Tagi: praca
23:02, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 28 lutego 2017
1609. Z cyklu: Przeczytane (LXII) - Luty...

1. Richard Flanagan, Ścieżki Północy. Przeł. M. Świerkocki, Kraków 2016;

2. Michel Faber, Księga Dziwnych Nowych Rzeczy. Przeł. T. Kłoszewski, Warszawa 2015;

3. Philip Parker, Furia ludzi Północy. Dzieje świata wikingów. Przeł. N. Radomski, Poznań 2016;

4. Andrzej G. Kruszewicz, Ptaki Polski. Tom 1, Warszawa 2015.

Tagi: książki
22:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 17 lutego 2017
1608. Spring is when you feel like whistling...

Czerwona kula słońca nad ciemną linią drzew – nad ranem, prosto w oczy, gdy spieszę się na stację i popołudniem, gdy wracam już pociągiem, poprzez szybę. Albo też mgła o świcie – samotne drzewo w polu, brzeg rzeki, krawędź lasu – gotowe, miękkie kadry. Liczenie saren, myszołów na gałęzi. I żurawie – dziesiątki, ich stałe zimowiska: posągi w dali i trzepot skrzydeł z bliska, klucze znaczące niebo. Gęsi. Śpiew parku – nie tylko już sikorek cykotanie. Świat jest ciekawy, życie nudne. Niedługo może wiosna…

23:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 07 lutego 2017
1607. Telefony w mojej głowie...

Ile by tego nie odkładać, w pracy czasem koniecznym wydaje się zadzwonić. I oto w dniach ostatnich słyszę – gdzieś pośród trzasków, odbić, szumów – siebie w słuchawce, jak gdyby z tamtej strony – nie ten głos mój wewnętrzny, to echo, kiedy mówię; ten, jaki ja odbieram (głos raczej niski, męski, przyjemny dość, przynajmniej neutralny; głos, jak u większości ludzi, zwykły) – ale ten głos zewnętrzny, oficjalny, ten, jaki słyszą inni – jakby skrzeczenie, elektronicznie przetworzone dźwięki, imitowanie mowy przez automat albo ptaka. I coś w rodzaju obrzydzenia, wstrętu, poczucia obnażenia, demaskacji – skończyć już, dobrnąć jak najszybciej, słuchawkę móc odłożyć, z tego uciec – jak gdyby nie dość krępujące same pytania, dociekanie, rozmowa, kontakt z drugim, formułowanie myśli w zdania. A jeszcze na dodatek później, już na żywo, jako reakcja na niezobowiązujący żart, odpowiedź moja – i jak zwykle, gdy spontanicznie (więc pewnie naturalnie i prawdziwie) – znów skrzek i znowu za wysoko, zbyt gwałtownie, wzbudzając śmiech – nie sensem, ale tonem. Przesadzam, zbyt przeżywam, rozpamiętuję niepotrzebnie – ale jednak. Wstydzę się gestów i przeszłości, wyglądu, trybu życia, najbardziej jednak lękam się odzywać. Jedynie sam z sobą w swojej głowie dialoguję – kolejny z substytutów tego, co mi się nie dostaje…

22:42, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 31 stycznia 2017
1606. Z cyklu: Przeczytane (LXI) - Styczeń...

1. Richard Flanagan, Księga ryb Williama Goulda. Przeł. M. Świerkocki, Kraków 2016;

2. Ernest Hemingway, Słońce też wschodzi. Przeł. B. Zieliński, Warszawa 2003;

3. Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska, Kraków 2011;

4. Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2016;

5. Jewgienij Wodołazkin, Laur. Przeł. E. Skórska, Poznań 2015;

6. Włodzimierz Odojewski, Zasypie wszystko, zawieje…, Warszawa 2006.

Tagi: książki
21:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 25 stycznia 2017
1605. …ta vie végétale, ta vie annulée…

„W takim samym dniu jak tamten, może trochę wcześniej czy trochę później, odkrywasz bez zdziwienia, że coś jest nie w porządku, że, mówiąc wprost, nie umiesz żyć, że nigdy się nie nauczysz. (…)

Coś pękało, coś pękło. Już nie czujesz – jakby to powiedzieć? – żadnego wparcia: coś, co, jak się zdawało, jak się zdaje, krzepiło cię do tej pory, dodawało ci ducha, napełniało poczuciem własnego istnienia, niemal własnej wartości, wrażeniem, że należysz do świata, że jesteś w nim zanurzony, zaczyna cię zawodzić.

(…) Twoja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się teraz w jedno: są bezwładem twoich członków, twoją podstępną migreną, zniechęceniem, upałem, goryczą i prawie wystygłą neską. (…)

Siedzisz w swoim pokoju bez jedzenia, bez czytania, niemal bez ruchu. (…)

To twoje życie. To wszystko jest twoje. Możesz sporządzić ścisły inwentarz swojej mizernej fortuny, szczegółowy bilans pierwszego ćwierćwiecza. Masz dwadzieścia pięć lat i dwadzieścia dziewięć zębów, trzy koszule i osiem skarpetek, trochę książek, których już nie czytasz, trochę płyt, których już nie słuchasz. Nie masz ochoty pamiętać o niczym więcej, ani o rodzinie, ani o studiach, ani o miłościach, ani o przyjaciołach, ani o wakacjach, ani o planach. Podróżowałeś i niczego z tych podróży nie wyniosłeś. Teraz siedzisz i chcesz tylko czekać, czekać, aż nie będzie już na co czekać: zegar niech dzwoni, noc niech nastaje, dni niech ulecą, wspomnienia przepadną.

Nie widujesz już przyjaciół. Nie otwierasz drzwi. Nie schodzisz po listy. Nie oddajesz książek, które wypożyczyłeś z Biblioteki Instytutu Pedagogiki. Nie pisujesz do rodziców.

Wychodzisz dopiero po zmroku, niczym szczury, koty i potwory. Snujesz się ulicami, wślizgujesz się do brudnych małych kin na Wielkich Bulwarach. Czasami wędrujesz całą noc; czasami przesypiasz cały dzień.

Jesteś próżniakiem, lunatykiem, ostrygą. Definicje zmieniają się zależnie od pory, zależnie od dnia, ale sens pozostaje mniej więcej taki sam: nie czujesz się stworzony do życia, do działania, do kształtowania; chcesz tylko trwać, chcesz tylko oczekiwania i zapomnienia.

Współczesność na ogół niezbyt poważa takie usposobienie: wokół siebie zawsze widziałeś, jak nagradzano działanie, wielkie plany, entuzjazm: w cenie jest człowiek zmierzający do przodu, człowiek ze wzrokiem utkwionym w horyzont, człowiek patrzący prosto przed siebie. Jasne spojrzenie, silny podbródek, stanowczy krok, wciągnięty brzuch. Upór, inicjatywa, przebojowość, triumf wytyczają nazbyt świetlisty szlak nazbyt modelowej egzystencji, kreślą uświęcone obrazy walki o przetrwanie. Pobożne kłamstwa, zwodnicze sny tych wszystkich, którzy drepczą i grzęzną, stracone złudzenia tysięcy ludzi pozostawionych własnemu losowi, tych, którzy przybyli za późno, tych, którzy postawili walizkę na chodniku i usiedli, aby obetrzeć z potu czoło. Ale ty nie potrzebujesz wymówek, nie masz czego żałować, za niczym nie tęsknisz. Niczego nie odrzucasz, niczego nie odmawiasz. Przestałeś zmierzać do przodu, ale ty już nie szedłeś do przodu, nie zaczynasz niczego od nowa, ty już doszedłeś, bo nie wiesz, co mógłbyś robić dalej: wystarczyło (…), aby pewnego (…) dnia (…) coś pękło, coś się zepsuło, coś się rozpadło i aby w pełnym świetle dnia (…) objawiła się ta prawda gorzka, smutna i śmieszna (…): ty nie masz ochoty ciągnąć tego dalej, nie chcesz się bronić ani atakować.

Przyjaciół zmęczyło już stukanie do twoich drzwi. Nie chodzisz ulicami, na których mógłbyś ich spotkać. Unikasz pytań, wzroku każdego, kogo przypadek stawia czasami na twojej drodze, odmawiasz wypicia piwa czy kawy, na które on cię zaprasza. Tylko noc, tylko pokój służą ci za schronienie (…); nocą, sam pośród tłumów na Wielkich Bulwarach czujesz się niemal uszczęśliwiony hałasem i światłami, ruchem i zapomnieniem. Nie odczuwasz potrzeby mówienia, nie masz żadnych pragnień. Podążasz za strumieniem, który płynie tam i z powrotem (…).

Jesteś zaledwie zmąconym cieniem, twardym jądrem obojętności, spojrzeniem bez wyrazu umykającym przed innymi spojrzeniami. Masz nieme wargi, zgaszone oczy – nauczysz się odtąd łowić odbicia swojej spowolnionej egzystencji w kałużach, w witrynach, w błyszczących karoseriach samochodów.

(…) Zapomnienie wsącza się w twoją pamięć. Nic się nie wydarzyło. Nic się już nie wydarzy. (…)

Nic jeszcze nie przeżyłeś, a wszystko zostało już powiedziane, zakończone. Masz dopiero dwadzieścia pięć lat, lecz twoja droga jest już wytyczona. Role i etykietki naszykowano: od nocnika z czasów wczesnego dzieciństwa po fotel na kółkach na stare lata, wszystkie siedziska są gotowe i czekają na swoją kolej. Twoje przygody tak dobrze już opisano, że najzacieklejszy bunt na nikim nie zrobi wrażenia. (…) łóżko w przytułku już czeka i czeka nakrycie przy stole dla poetów wyklętych. (…) Czemu miałbyś udawać, że żyjesz?

Czemu miałbyś ciągnąć to dalej? Czyżbyś jeszcze nie wiedział, co ci się przydarzy? (…)

Nie. Ty wolisz być brakującym elementem puzzli. Wycofujesz z gry swoje zabawki. Nie zostawiasz sobie żadnej szansy, rozdajesz karty do końca. Zaczynasz od dymu z komina, kładziesz na wszystkim krzyżyk, dzielisz skórę na niedźwiedziu, ścinasz zboże na pniu, przepijasz kapitał, wsuwasz klucz pod słomiankę, odchodzisz, nie patrząc za siebie. (…)

Twój pokój jest samym centrum świata. (…) Potrzebujesz tylko tego spokoju, tego snu, tej ciszy, tego odrętwienia. Niechaj dni zaczynają się i kończą, niechaj czas płynie, niechaj twoje usta pozostaną zamknięte, niechaj mięśnie karku, szczęki, podbródka całkiem ci się rozluźnią, niechaj poruszenia twojej klatki piersiowej, uderzenia serca świadczą jeszcze o tym, że cierpliwie utrzymujesz się przy życiu.

Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów. Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas. Porzucić wszelkie plany, zawiesić wszelką niecierpliwość. Być bez pragnień, bez urazy, nie odczuwać buntu.

Przed tobą, w miarę jak upływa czas, otwiera się życie w bezruchu, bez kryzysów, bez nieładu: żadnych wybojów, żadnego zachwiania. Minuta za minutą, godzina za godziną, dzień po dniu, sezon po sezonie, rozpoczyna się coś, co nigdy nie zazna końca: twoje życie roślinne, twoje życie odwołane.

Wraz z upływem godzin, dni, tygodni, pór roku wyzbywasz się wszystkiego, od wszystkiego się odrywasz. Czasami, nawet w niejakim upojeniu uprzytamniasz sobie, że jesteś wolny, że nic ci nie ciąży, nic ci się nie podoba ani nic cię nie drażni. W tym życiu, które się nie zużywa i pozbawione jest innych dreszczy ponad owe chwile zawieszenia, jakich dostarczają ci (…) widowiska, które sam sobie fundujesz, odnajdujesz szczęście niemal idealne, fascynujące, czasem nabrzmiałe nowymi wzruszeniami. Zaznajesz całkowitego odprężenia, każda chwila cię chroni i oszczędza. Żyjesz w błogosławionym nawiasie, w pustce pełnej obietnic, wyzbytej oczekiwań. Jesteś niewidzialny, przejrzysty, kryształowy. Już nie istniejesz w owym ciągu godzin i dni, w przemijaniu pór roku, w upływie czasu, utrzymujesz się przy życiu bez radości czy smutku, bez przyszłości czy przeszłości, ot tak sobie, po prostu, zwyczajnie, niezawodnie (…).

Jesteś sam i dryfujesz. (…) Nie rozerwiesz zaklętego kręgu samotności. Jesteś sam i nie znasz nikogo; nie znasz nikogo i jesteś sam. Widzisz, jak inni gromadzą się, ściskają, osłaniają, obejmują. Ale ty ze swoim martwym spojrzeniem jesteś zaledwie przezroczystym duchem, trędowatym koloru ściany, zarysem postaci już startej na proch, zajętym miejscem, do którego nikt nie podchodzi. Rozbudzasz w sobie nadzieję na nieziszczalne spotkania. (…)

Nieszczęście na ciebie nie spadło, nieszczęście na ciebie nie runęło; wsączało się pomału, wślizgiwało niemal ze słodyczą. Dogłębnie przepoiło twoje życie, twoje gesty, twój czas, twój pokój, niczym długo skrywana prawda, niczym odrzucana oczywistość (…).

Przestałeś mówić i jedynie cisza ci odpowiedziała. Ale kiedy wreszcie odnajdziesz te słowa, te tysiące, miliony słów, które utknęły ci w gardle, słowa bez dalszego ciągu, okrzyki radości, słowa miłosne, głupie wybuchy śmiechu?

Żyjesz teraz w grozie milczenia. Ale czyż jest ktoś bardziej milczący od ciebie?”

[Georges Perec, Człowiek, który śpi. Przeł. A. Wasilewska].

22:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 31 grudnia 2016
1604. Z cyklu: Przeczytane (LX) - Grudzień...

1. Victor Serge, Sprawa Tułajewa. Przeł. K. Teodorowicz, Warszawa 2013;

2. Ksenofont, Wyprawa Cyrusa (Anabaza). Przeł. A. Rapaport, Wrocław 2006;

3. Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni. Przeł. R. Sudół, Kraków 2016;

4. Wiktor Pielewin, Empire V. Opowieść o prawdziwym nadczłowieku. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2008;

5. Jáchym Topol, Strefa cyrkowa. Przeł. L. Engelking, Warszawa 2008;

6. Jani Virk, Śmiech za drewnianą przegrodą. Przeł. J. Pomorska, Wołowiec 2007;

7. Antoni Ziemba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580-1660, Warszawa 2016.

Ogółem w 2016 roku – 55 książek, 3 ponad założone minimum (52, statystycznie jedna tygodniowo), ale aż o 11 mniej, niż w 2015. Czytanie przegrywa z sennością i zmęczeniem – nie zapowiada się, by w 2017 miało być inaczej…

Tagi: książki
22:11, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 24 grudnia 2016
1603. Mein Herzenstäubchen...

Już przed paroma miesiącami postanowiłem sprawić sobie pod choinkę dwa tomy „Ptaków Polski” Andrzeja Kruszewicza. Jakieś kilkuzłotowe fluktuacje sprawiły, że sprawa się odwlekła. Cóż, muszę się obejść bez prezentu – przez czas jakiś. Zazdroszczę J. i M., że w urodziny, święta dostają tyle książek, i nie są to rzeczy błahe. A gdzieś w domyśle – że są znajomi, rodzina, przyjaciele, co mogą im je dawać…

Ogromna wierzba przed mym oknem, już kilka razy wcześniej przycinana – teraz pozostał tylko nagi pień, bez żadnych odgałęzień. Nie będzie gniazda srok, cykań sikorek, stadka gili – tu tylko zaobserwowanych. Zostają myszołowy, gęsi, gawrony, czaple z okien rannych pociągów; od stycznia hurtem znowu powinny być żurawie…

Śni się, że z tyłu głowy wyrywam sobie włos sterczący – ten okazuje wówczas ptasim piórem. W dodatku to nie puch, lecz lotka. Chęć, by odlecieć, w gnieździe utkwienie, brzydkie kaczątko oraz podcięte skrzydła – dramat wydaje się wyraźny i bez tych z Junga (?) w duchu w podświadomości analogii. Ten Papageno już nie odnajdzie gołąbeczki, nawet jeśli od pięciu i pół roku wciąż mu się marzy z nią gruchanie…

23:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 17 grudnia 2016
1602. Buried in books...

Sześć grubych tomów z Literackiego wydawnictwa mi przychodzi, w tym pięć powieści (trzech laureatów Booker Prize). W kolejce jeszcze tyle must have innych. Przy tak rozrośniętej bibliotece na ograniczonej, wykorzystanej do maksimum już powierzchni, kupno beletrystyki – lektury na jeden raz przeważnie (odmiennie w mych dziecinnych latach, kiedy po szkole, w domu babci, czekając na odebranie przez rodziców, wracałem wielokrotnie do fragmentów „Robinsona Crusoe”, „Hrabiego Monte Christo”. Potem jeszcze na studiach z zachwyceniem znowu sięgnąłem do „Wojny i pokoju” – pierwsze czytanie w ostatniej klasie podstawówki) wydaje się szaleństwem, zbytkiem. Są niby biblioteki i e-booki, ale nie lubię tak – nie swoje, bez dotyku. Rośnie od lat lawina (już ponad dwa tysiące sztuk), choć staram się oszczędzać – szukam promocji, śledzę wahania dzienne cen. Zapełniam coraz bardziej pokój, czytam zbyt wolno, niewiele też pamiętam z tego – czasu tak mało, a jeszcze marnotrawię pół soboty na zastanawianiu się, co czytać. Każdy nowy egzemplarz staram się ukryć przed domownikami – bo przecież nie ma miejsca, już starczy ci, tyle pieniędzy na to poszło. Jedna z niewielu przyjemności, a przecież odgradza mnie od życia, grzebie wśród fikcji i papieru; tyleż napawa dumą, co rodzi wyrzuty sumienia…

„(…) nieprzeczytane książki mają w sobie coś z nieboszczyków, podobnie jak księgarnie, w każdym razie w środku nocy, przypominają nisze grobowe”

[Juan José Millás, Porządek alfabetyczny. Przeł. A. Elbanowski].

23:16, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 07 grudnia 2016
1601. A weight of carrion flesh*...

Mija trzynasty miesiąc pracy. Wciąż sypiam w dni powszednie po pięć godzin. Przyzwyczajam się do swoich obowiązków, jakkolwiek wciąż nie widać w nich większego sensu – z pewnością trudno byłoby tak spędzić całe życie. Trud po nic, przyszłość żadna, chroniczne przemęczenie. Własne ograniczenia też nie pomagają, pogłębiają się niektóre złe nawyki – gdy wyjaśnienia z sądem odnośnie jakiejś sprawy wydają się wykraczać poza standard, zdarza mi się wychodzić z open space’u, szukać odosobnienia, korzystać z prywatnego telefonu. Wstyd przed rozmową wobec osób trzecich. Jakiś płaczliwy ton i drżenie w moim głosie, gdy trzeba o coś spytać czy zwrócić się o pomoc. Szczęśliwie, wiele też tu automatyzmu, godziny mechanicznego oklejania albo weryfikacji pism w systemie. I milczenie…

Prócz sądów, komorników piszą też zwykli ludzie. Kolejne takie moje doświadczenie wglądu. W warszawskim ministerstwie była to pomoc finansowa z Unii, szczegóły wniosków i projektów, inwestycji. Potem, w Krajowej Radzie Sądownictwa – skargi obywatelskie, skrzywdzeni i poniżeni, niepowtarzalny splot stylistyk, form i argumentacji, meandrów ich myślenia i pojmowania świata. Na kartkach krzywo wyrwanych z zeszytów, ścinkach papieru gdzieś w aresztach, hieroglifami lub komputerowo, czasami na dziesiątkach stron to samo; przypominało to niekiedy (kolory, miniaturyzacje, powiększenia, nakładające się na siebie wersy, zmiany kierunków tekstu) jakieś mentalne mapy, rodzące podejrzenia – już nawet bez wnikania w treść – odnośnie zaburzeń potencjalnych ich autorów, psychopatii. A teraz, tutaj nie wyzwiska już, nie spiski – raczej błagania, prośby. Ludzie na skraju, bez dochodów, w spirali długów, schorowani – ruina życia, nędza i opuszczenie. Umórzcie, rozłóżcie na raty lub darujcie. Kłuje coś wtedy w sercu i łza się w oku kręci. Nie ja naciskam, decyzje podejmuję – tylko otwieram listy. A jednak czuję się niczym element systemu represji, nóż wrzynający w ciało – bieda nie łączy mi się jakoś z wymogiem spłaty długów…

* William Shakespeare, The Merchant of Venice (Act IV, scene 1)

22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 30 listopada 2016
1600. Z cyklu: Przeczytane (LIX) - Listopad...

1. Brian Moynahan, Leningrad. Oblężenie i symfonia. Przeł. J. Korpanty, Warszawa 2016;

2. Sylvie Germain, Tobiasz, syn Teodora. Przeł. M. Hołyńska, Warszawa 2004;

3. Wiktor Pielewin, „Omon Ra” i inne opowieści. Przeł. E. Rojewska-Olejarczuk, Warszawa 2007;

4. Stanisław Cynarski, Zygmunt August, Wrocław 2004.

Tagi: książki
21:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 21 listopada 2016
1599. Stranger Danger...

Dwie koleżanki z pracy, z którymi jestem tu najbliżej, najswobodniej, próbują podpytywać, co robię po godzinach, jak spędzam każdy wieczór (widocznie wzbudza coś w mym otoczeniu wątpliwości, wydaje się odmienne, intryguje). Potem zdziwienie odnośnie nielubienia alkoholu, niepróbowania nigdy papierosów, braku kontaktu z „trawką”. I że nie bywam w knajpach, nie chodzę na imprezy. Ale masz przecież jakichś znajomych? – pytanie trafia celnie. Udaje się wymijająco odpowiedzieć, zaraz odejść. Wiem, że o życiu seksualnym, mieszkaniu z rodzicami doplotkowały sobie pewnie same, a jednak kusi mnie przez chwilę, by poczuć znów smagnięcie bicza, podsłuchać je pod drzwiami…

„Niekiedy odczuwałem osobliwe ciepło w głębi serca na myśl, że zostaję uznany za osobę szaloną”

[Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

poniedziałek, 14 listopada 2016
1598. Lonely in a crowd...

Przyjęcie na osiemnaście osób w restauracji (siedemdziesiąte urodziny jednej z ciotek) – większość rodziny ze strony mojej mamy. Nie bywam zasadniczo – tym razem się nie dało. Mniej picia niż można było się spodziewać (mały kieliszek wódki sączę na cztery raty, do tego większy wina domowej roboty – ten tylko alkohol mi smakuje); jedzenia nadto, dobre. Córka jednej z kuzynek, już maturzystka (jestem aż taki stary?), piękniejsza niż pamiętam – bardzo mi przypomina Keirę Knightley. „Nawet pedały mi nie przeszkadzają, o ile nie dobierają się do mojej dupy”, mówi jej ojciec na dowód tolerancji, kiedy rozmowa schodzi na napięcia narodowościowe (to przekonanie heteroseksualnych mężczyzn, że gej to tylko czyha, by na nich wręcz się rzucić). Siedzę przez siedem godzin – nie umiem się przywitać ni pożegnać (ktoś tam wyciąga rękę, ktoś całuje – ta sztuczność ocierania się policzkiem), milczę przez cały czas (wypowiedziałem może kilka krótkich zdań). Obcy, nieprzystający, wrogi. Będzie mi jeszcze kiedyś potrzebna ta rodzina, ale już teraz żyjąc w pustce, mieć nigdy jej nie będę…

„Lęk egzystencjalny na dzień dzisiejszy: jestem na oko rzecz biorąc najzdrowszy ze wszystkich krewnych i przyjaciół. Mam szansę przeżyć (…) wszystkich i dogorywać w kompletnej izolacji” [Zdzisław Beksiński].

22:47, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 07 listopada 2016
1597. Tout texte se construit comme mosaïque de citations...

Znów kryzys, bierność, marnowanie. Nie dni już, nie tygodnie – miesiące pustki, lata. Pisanie jako odnotowywanie niepisania. Bez celu, bez pomysłu – stwierdzając po raz enty. Zapowiadało kiedyś się, służyło wiwisekcji, a teraz obumiera. Już chyba tylko cudze słowa odtąd – gdy nie ma życia wokół, w tobie, trwa się przez rzadkie przebudzenia, śniąc losy innych, kradnąc je i przypisując sobie…

„Właśnie za to cię cenią, miernoto! Wiedzą, że kiedy trzeba, umiesz wziąć się w kupę, cytacik przytoczyć albo podsunąć sformułowanie. Za to właśnie wybaczają ci te wszystkie ataki marazmu!”

[Wasilij Aksionow, Oparzenie. Przeł. S. Kędzierski].

poniedziałek, 31 października 2016
1596. Z cyklu: Przeczytane (LVIII) - Październik...

1. Georges Perec, Życie instrukcja obsługi. Powieści. Przeł. W. Brzozowski, Kraków 2009;

2. Boris Akunin, Skrzynia na złoto [cykl Przygody magistra, tom 1]. Przeł. E. Rawska, Warszawa 2005;

3. Matteo Collura, Na Sycylii. Przeł. J. Ugniewska, Warszawa 2013;

4. Czesław Miłosz, Zdobycie władzy, Warszawa 2007.

Tagi: książki
20:41, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 19 października 2016
1595. Genocidum atrox...

Po niemal roku w kinie, czwarty raz na Smarzowskim (Krwi dziś widziałem tak wiele! / Takie straszne nieboszczyki! / Taki mord i takie zbrodnie). „Wołyń” (Polska’2016). Wielkie, uczciwe kino – jakkolwiek ta ambicja wyjaśnienia nieogarnionego ciąży niekiedy nad dramaturgią filmu w czysto deklamacyjnych scenach, będących jedynie „ilustracją”, nie zaś „okruchem życia”, które z takim mistrzostwem w rwanych ujęciach potrafi oddawać ten reżyser. Obraz skrajnie realistyczny, pełen symboli przy tym. Pozorna idylla na otwarcie, w której wyczuwa się podskórne wrzenie, pogardę i urazy, chęć odwetu (te trądy / Trzeba zupełnie wyleczyć, / A choćby ziemię skaleczyć / W leczeniu, wrzód wyrżnąć trzeba). Wesele, co zapowiada krwawe gody (Świat was widział jak krwawe upiory / Tańcujące w pożarach, ohydni!); sceny obrzędów, zabaw (obcięcie warkocza na progu, przyjęcie chusty mężatki, bójka na cepy, przerzucanie płonących polan), które powtórzą się następnie w orgiach przemocy (Ręce wznieść, słomą okręcić / I całego oblać smołą; / Potem przez księdza poświęcić / I czarną figurę smolną / Podparłszy, gdy zechce się walić, / Na samym wierzchu – zapalić / I przez wieś prowadzić wolno / Jako świecznik zapalony; / A ciągle niech biją w dzwony, / Póki zgore żywa świéca, / Okropna ludu gromnica, / Świecąca buntu trupowi) albo zyskają nowy kontekst. Szerokie spojrzenie na Europę wschodnią z opłotków niemal tylko jednej wsi. Polacy, Ukraińcy, Żydzi. Zmienne granice i systemy; ideologie i religie – ci siewcy nienawiści (Wczoraj noże święcono w kościele), napięcia klasowe i narodowościowe (Rizat! – Taj że budè strach to / Na te pany). Patriotyzm źle pojęty, co nakazuje się wyzbyć człowieczeństwa. I ślepa zemsta. Lawirujący ludzie, usiłujący się odnaleźć w tym chaosie, jakoś przeżyć – podporządkować się oznacza czasem zabić. Pomoc od wroga i śmierć z bratniej ręki. Zacieśniający się krąg przerażenia (Lud nasz cały dokoła / Zbuntowany). Spojrzenie przez szczeliny, z pozycji ofiar – to najstraszniejsze jedynie migawkami, jakby kamera rzucała tylko okiem, by zaraz się odwrócić, „nie chcieć widzieć” – w tym sensie to nie polskie „Idź i patrz” (ZSRR’1985; reż. Elem Klimow), chociaż wędrówka finałowa poprzez piekielne kręgi narzuca takie analogie. Ciała na strzępy (Teraz wszystko krwią zbryzgane, / Co uniknęło grabieży. / Trupy ludzkie bez odzieży / I na ziemi, i na łóżkach, / Na krwią ociekłych poduszkach; / Dziatki porąbane srodze / I na ceglanej podłodze / Porzucone, i z puchówek / Pierze śnieżące podłogi. / Sama pani – widok srogi! – / Dziateczki swoje bez główek / Za nóżki zimne, zielone / Trzymała; ach, jedną raną / Zabita; bo otworzone / Miała żywota świątnice), psychiki zdruzgotane – jedynie w mirażu otępieńczym pozory ocalenia, chwila na oddech. Lub dopiero za Styksem… Niepogrzebani, zapomniani. Pokój duchom na tym smętnym cmentarzu

[Cytaty kursywą: „Sen srebrny Salomei” Juliusza Słowackiego].

poniedziałek, 10 października 2016
1594. Bez znieczulenia. 1926-2016...

To było więcej coś niż tylko samo Kino. Bo było to bez analogii w świecie filmu zespolenie – to, jakie tylko w Polsce się przydarza w takiej skali – Artysty i Narodu. I tak jak kino jest XX-wieczną odmianą i syntezą: malarstwa, muzyki, literatury, tak On się sytuował wśród największych – snom naszym panujących, dawców wzruszeń, wieszczów, pokrzepicieli, rozdrapywaczy ran i odprawiaczy narodowych egzorcyzmów…

Mickiewicz i Słowacki. Chopin, Norwid. Malczewski, Wyspiański i Żeromski. Andrzej Wajda

Tak wiele kadrów, dziesiątki nieśmiertelnych scen, wrytych w nasze myślenie o nas samych. Można osiągnąć więcej? Tak wejść w pamięć?... Odszedł tuż po czterdziestym filmie, w nim znowu kostium trafił w punkt, w nerw czasów (to czuł jak nikt, jego obrazy zdobywały dzięki temu drugie życie). Artysta niezależny został więc Jego testamentem. Sam pozostanie pod naszymi powiekami już na zawsze…

23:03, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
poniedziałek, 03 października 2016
1593. Kolejne osiemnaste (razy dwa)...

W firmie zwyczaj obchodzenia urodzin każdego pracownika. Składka od chętnych po 5 złotych, laurka z podpisami, w południe wszyscy wstają, życzenia w ich imieniu, wspólny prezent. Solenizanci odwdzięczają się ciastami, cukierkami…

Obawiałem się od ubiegłego roku tego piątku, tymczasem dostałem książkę „Sztuka fotografowania” (a była jeszcze Pinta Atak Chmielu i lizak w ramach Dnia Chłopaka), całusa (choć właściwie rozminąłem się – jak zwykle przy tym geście – z koleżanką, muskając ustami jej włosy w okolicy ucha) i… uśmiech do samego siebie na resztę dnia. Pierwszy to raz mój w grupie tak, pozarodzinnie – chciałem napisać niemal „pośród rówieśników”, ale zapomnieć trudno, zwłaszcza zaś w takie „święto”, że jestem starszy o jakąś dekadę od większości. A przecież, tak wciąż trzymając się na dystans, miałem okazję poczuć, że mogę być lubiany, że ktoś pamięta oraz poczuwa się, że jednak przynależę…

Tagi: praca
22:41, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 30 września 2016
1592. Z cyklu: Przeczytane (LVII) - Wrzesień...

1. Tommy Wieringa, Joe Speedboat. Przeł. M. Diederen-Woźniak, Warszawa 2009;

2. Simon Sebag Montefiore, Romanowowie 1613-1918. Przeł. T. Fiedorek, W. Jeżewski, Warszawa 2016;

3. Dominik Marchowski, Ptaki Polski. Kompletna lista 450 stwierdzonych gatunków, Warszawa 2015.

Tagi: książki
22:34, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 28 września 2016
1591. Bon sauvage...

Z okna pociągu jeleń, spłoszony hałasem na moście. Nowość, bo standardowo to do trzydziestu saren, trzy myszołowy, para żurawi, konie w kilku zagrodach, czasami bażant, sójka. Media donoszą o foce w moim mieście, turystce znad Bałtyku – do niej nie miałem szczęścia. Mgły nad polami lub słońce barwy ognia… Wpatrzony w przestrzeń, od ludzi odwrócony, jestem po tamtej stronie – nie tylko brudna szyba wyznacza tę granicę…

„Jesteśmy kruchym stateczkiem smutku, żeglującym w stłumionej ciszy przez jesienny mrok”

[John Banville, Morze. Przeł. J. Jarniewicz].

22:35, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 81
Archiwum
Tagi