|
~~ Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia ~~
czwartek, 19 listopada 2009
705. Imagine...
„(…) czy produkty naszego intelektu, naszej wyobraźni nie są również doświadczeniem? (…) Czy marzenia, idee, fantazje, którym ludzie się oddają, by łatwiej im było znieść jałowość egzystencji, nie są czymś realnym? Była to jego mocna strona, gdyż spędził życie wśród książek. Kręgosłup Klaussa, nękany przez skoliozę, dostosował swój kształt do ciała wiecznie pochylonego nad książką. Oczy przywykły do światła lamp i miłego półmroku czytelni. Zamknął się w swym umyśle jak w domu bez drzwi” [Santiago Gamboa, Oszuści. Przeł. A. Trznadel-Szczepanek].
środa, 18 listopada 2009
704. Friendless...
Jakżeż samotne musiało być to mówiące do siebie dziecko, wyobrażające sobie przyjaciela, powiernika, sobowtóra – jedynego adresata swoich uśmiechów i skarg, towarzysza zabaw, aktywnego rozmówcę. I jak ten proces następował, rozwijał się, zamykał na prawdziwe życie, na ten koszmar, który nie pozwolił doświadczyć posiadania kolegi. A przecież bez tego nie da się być chłopcem…
I oto jesteś przy mnie, gdy się budzę, czekasz na mnie przed bramą, trzymasz za rękę, podajesz kubek z herbatą, ocierasz łzy i przytulasz – Ty, który w ogóle nie istniejesz…
Pragnienie dotyku, spojrzenia, głosu. I rodzące się z tego braku szaleństwo – wściekły głód i bezsilny skowyt…
poniedziałek, 16 listopada 2009
703. Weakness...
Ciekawe zjawisko, takie omdlenie (kolejne już) przy pobieraniu krwi i ocknięcie się dopiero na podłodze, te na poły epileptyczne drgawki, a raczej wyrywanie się w amoku z objęć pielęgniarki, i to oszołomienie, gdy jest już po wszystkim. Zapomniałem o tym przez te wszystkie lata, zapomniałem, pozując wczoraj na twardziela… I chyba znów uderzyłem się w głowę (czytaj: rąbnąłem nią o beton). To by tłumaczyło choć część z moich problemów…
niedziela, 15 listopada 2009
702. Sunday, Bloody Sunday...
Weekend z trzema serialami, w tym Dexter. O braku uczuć, przybieranych wobec ludzi maskach i seryjnym mordowaniu – w sam raz dla mnie… Już kilka osób zwracało w tym roku uwagę na moje fizyczne podobieństwo do aktora – nie wiedzą, że jeszcze bliżej mi do konstrukcji psychicznej bohatera. Taka prawda zabija…
„Tylko ukrywanie prawdy przed najbliższymi pomoże ci przetrwać, a ich ochronić, gdy coś pójdzie nie tak”...
czwartek, 12 listopada 2009
701. Restiveness...
W pracy i w domu jakiś rodzaj wewnętrznego, z trudem skrywanego drżenia – nie wiadomo, czy zagadnięty o coś wybuchnę płaczem, atakiem wściekłości lub histerycznego, bynajmniej nie radość wyrażającego śmiechu. I dojmujące pragnienie spokoju, elementarnej choćby kontroli nad sobą i swoim otoczeniem – silniejsze, niż wszystko inne, bo dopiero wtedy to inne stanie się możliwe. Marzenie o ucieczce...
„Co jest takiego złego w twoim życiu? zapytał z nagłym smutkiem w głosie, a ja powiedziałam, nie wiem dokładnie, nic konkretnego, po prostu to, że należy do mnie, że ja należę do niego, że jestem tak głęboko w nim zagrzebana” [Zeruya Shalev, Życie miłosne. Przeł. A. Jawor-Polak].
Zniechęcające do siebie odpowiedzi – powstrzymywanie się od odpowiadania. Bo teraz i tak się nie uda – pisać, rozmawiać, spotykać. Próbować i robić dobre wrażenie. I w ogóle – być z kimś (nawet gdyby byli jacyś chętni). Może kiedyś, w innym życiu, za jakieś półtora roku. Trzymam się tego, wciąż jeszcze bezpodstawnego, planu jako iluzji pierwszego w moim życiu świadomego dążenia do czegokolwiek…
poniedziałek, 09 listopada 2009
700. Invalidus...
„Niektórzy ludzie (…) rodzą się po to, aby byli nieszczęśliwi i unieszczęśliwiali innych, rodzą się jako ofiary boskich, niezrozumiałych dla nas machinacji, króliki doświadczalne boskiej mechaniki, buntownicy na zasadzie przydzielonej im roli, którzy jednak zgodnie z okrutną logiką boskiej komedii przychodzą na świat z podciętymi skrzydłami. Tytani pozbawieni tytanicznej mocy, skarlałe tytaniątka, których cała wielkość sprowadza się do bezlitosnej dawki wrażliwości, a w niej niby w alkoholu ulega rozcieńczeniu ich bezużyteczna siła. Ludzie ci kierują się swoją gwiazdą, chorobliwą pobudliwością, lecz pochłonięci tytanicznymi planami i zamiarami, rozbijają się jak fale o kamieniste rafy pospolitości. Szczytem okrucieństwa jest jednak dana im przez Boga inteligencja, świadomość granic własnych możliwości, niezdrowa zdolność zachowania dystansu wobec samego siebie. Przyglądam się sobie w roli narzuconej przez niebo i los, nieustannie świadom tej swojej roli, lecz jednocześnie nie potrafię przeciwstawić się jej siłą woli ani rozumu… Na szczęście, jak już powiedziałem, ta rola zbliża się do końca…” [Danilo Kiš, Cyrk rodzinny. Ogród, popiół. Przeł. D. Cirlić-Straszyńska].
sobota, 07 listopada 2009
699. Freezing point...
Rankami na ziemi stosy kruchych, pożółkłych i brązowych liści, pokryte warstwą śnieżnobiałego szronu – niczym naturalne, listopadowe faworki. Rozgrzewa mnie apetyt na…
Popołudniu, jako że mój pokój i tak jest zajęty, wychodzę do sklepu. I need to refresh myself. Na ulicy uświadamiam sobie, jak bardzo to miasto mnie zgnoiło, jak ci ludzie, których spotykam na swej drodze, mnie niszczą. Jaki ból przynosi każdy dzień takiego życia. I że przeszłość rzutuje na to, co ma być. Myśl, co przeszywa lodem…
Wieczorem zamartwiam się decyzją, którą trzeba będzie podjąć za kilkanaście miesięcy. O ile wszystko dobrze pójdzie. Przy czym owo dobrze to nic przyjemnego...
czwartek, 05 listopada 2009
698. Curative...
Film Wszystko jest iluminacją (USA’2005, reż. Liev Schreiber). Pomysłowa, niepozbawiona uroku, ale też wyraźnie przekłamana w stosunku do literackiego pierwowzoru adaptacja. Bo wspomnienie z bycia ofiarą to nie to samo, co rozliczenie ze współudziału w zbrodni. W efekcie zaś tylko wzruszenie – a była szansa na prawdziwe katharsis…
Niewybredne żarty w pracy o seksie i uświadamianiu. Niby jak miałem się poczuć, nie znając tego pierwszego i wciąż wykazując braki w drugim? Nie potrafię rozmawiać w taki sposób, nie czuję się dobrze słuchając...
Lekarz po latach, tym razem poważnie, z powodów niesezonowych. I, jak zawsze, rozczarowanie pobieżnością, brakiem dostatecznej informacji. Ale i skierowanie na dalsze badania. I na pewien upokarzający zabieg. I umówienie się do jeszcze innego specjalisty. Zaczyna się kolejna bolesna odyseja…
Co wieczór zwijam się z płaczu na podłodze, gdy tylko zamkną się za mną drzwi od łazienki. Nikt tego płaczu nie usłyszy. Wyczerpuje to ogromnie, więc pomaga…
poniedziałek, 02 listopada 2009
697. (Dis)appear...
„Na chwilę zakiełkował w nim niejasny plan, że może lepiej będzie, jeśli zrezygnuje z dalszych prób, a odzyskane dzięki temu siły spożytkuje na stopniową rezygnację z jedzenia, alkoholu i papierosów, i wybierze milczenie zamiast udręki ciągłego nazywania rzeczy, by tą drogą po kilku tygodniach czy miesiącach osiągnąć życie doskonale wolne od wszystkiego, co zbędne, i zamiast pozostawiać za sobą ślady, niewidocznie wtopić się w i tak już ponaglającą go, przywołującą do siebie ostateczną ciszę” [László Krasznahorkai, Szatańskie tango. Przeł. E. Sobolewska].
piątek, 30 października 2009
696. Lights and shadows...
„Minęło już wiele dni, zwiędłe godziny pokrywają podłogę, a za oknem wciąż ten sam październik – pogodny, ciepły i niezrozumiały” [Renata Šerelytė, Imię w ciemności. Przeł. A. Rybałko].
Z tym ciepłem to może lekka przesada. Ale bardzo lubię takie bezwietrzne i chłodne poranki, oszronione źdźbła traw i gałęzie, deszcz kruchych liści szumiący niczym prawdziwa ulewa, rozświetlone słońcem złoto na drzewach i barwne dywany na parkowych ścieżkach. Ładne to wszystko ogromnie. A we mnie tyle czułości, której nie ma komu ofiarować…
czwartek, 29 października 2009
695. For sale...
Bardzo owocny sprzedażowo ten bieżący tydzień, książki idą niemal jak woda, część nawet znacznie powyżej ich rzeczywistej wartości – bonus za popularność a rzadkość. Mimo wszystko jednak żal się z nimi rozstawać – kartkuję uważnie każdą przed zapakowaniem, czule się z każdą żegnam. Te ilustrowane tomy La vie privée des hommes (moje pierwsze spotkanie z historią, i to od razu w jej wymiarze prywatnym, kształtujące wyobrażenia o duchowości i „scenografii” minionego czasu), żywe do dziś zainteresowanie stalinizmem dzięki Suworowowi, wszystkie te nieskrępowane niczym przygody wyobraźni i barwne emocje – wyzbywam się nie poszczególnych tytułów, a najcenniejszych wspomnień, najbliższych i wiernych przyjaciół...
wtorek, 27 października 2009
694. Breaking and Entering...
Kolekcja krawatów rozwieszona przez kogoś nad ranem na ogrodzeniu śmietnika i starszy pan, wyprowadzający na spacer psa z amputowaną nogą – spotkanie doprawdy poruszające; popołudniowa droga do domu w ostatnich promieniach krwawiącego słońca i marsz na pocztę ledwie godzinę później, w zupełnych już ciemnościach, w jednym tylko punkcie nieba rozjaśnionych przez zimną lampę zachmurzonego księżyca. Prowadzony za rękę mały chłopczyk płacze spazmatycznie i „Mamo, kochaj mnie!” krzyczy. Jak tu się z nim nie identyfikować…
Dzięki pracy większą część dnia spędzam poza domem, unikając w ten sposób wszelkich potencjalnych pytań, wyzwisk i oskarżeń. Stąd też obawa przed weekendami, urlopami, przed tym, co zdarzy się jutro…
Chciałbym kiedyś w życiu poczuć się bezpiecznie…
niedziela, 25 października 2009
693. "I hope some day you’ll join us"...
Wczoraj Wrocław – delikatna mżawka na ulicach – fryzjer – marynarka z pagonami – dwie pary cienkich rękawiczek – regał z poezją w Empiku – i coś jeszcze, czego nie zrobiłem, zdjęty w ostatniej chwili strachem przed konsekwencjami. A tak chciałem to poczuć i zobaczyć innych, przekonać się, że jest ich więcej niż kilku...
Przeogromny strach rodziców przed wytykaniem ich palcami z powodu ich syna. I gotowość, by za wszelką cenę do tego nie dopuścić… Pomyśleć tylko, że inni nawet z tej strony mogą liczyć na wsparcie, pomoc, akceptację (sam znam paru takich). I to takie oczywiste, że dziecko kocha się za to, jakie jest, a nie, jakie być powinno. I że ma być szczęśliwe. A to tutaj nie jest... Będzie się musiało jeszcze bardziej ukrywać…
piątek, 23 października 2009
692. Unsociable - czyli "Hello, loneliness"...
Wokół wciąż prywatne rozmowy współpracowników, ich partnerzy, żony, mężowie i dzieci, wspólne z kimś zakupy, wyjazdy, rozrywki, remonty mieszkań i kredyty. Tylko ja nie mam nic o sobie do powiedzenia i boję się podobnych pytań. Dlatego łatwiej było dołożyć się do prezentu ślubnego dla koleżanki, niż stawić na wieczornym spotkaniu integracyjnym przed dwoma tygodniami. Ale co to za odkupienie winy, skoro nie poczuwam się do jakiegokolwiek żalu?...
„Paul nie należy raczej do osób towarzyskich. Jak ognia boi się imprez charyta-tywnych i koktajli, wszelkich okazji, kiedy musi poświęcać czas ludziom, któ-rych nigdy już więcej nie spotka. Ale przebywanie wśród nieznajomych ma też swoje dobre strony. Można mówić im, co się tylko zechce – nawet nie kłamać, lecz po prostu omijać bolesną prawdę. Paul nie potrafi zręcznie zmyślać” [Julia Glass, Trzy czerwce. Przeł. E. Zychowicz].
czwartek, 22 października 2009
691. Insatiable and permanently scarred...
„Udawał, że o niej zapomniał, ale stary ból wciąż powracał. Co jeszcze może zrobić? Opłakał ją już, wyrzekł się dla niej wszystkiego. Co jeszcze? Przeczu-wał, że ból, dużo potężniejszy niż namiętność, wyzbyty jest orgazmu, szczyto-wania, ostatecznego apogeum, po którym mogłoby nastąpić odprężenie. Życie może się nasycić przyjemnością, lecz zawsze pozostanie spragnione bólu” [José Carlos Somoza, Trzynasta dama. Przeł. B. Wyrzykowska].
wtorek, 20 października 2009
690. "Confusion will be my epitaph"...
Coś na kształt żalu, poczucia głębokiej krzywdy, nietajonego nawet, a nadzwyczaj bolesnego zranienia kryje się za wszystkimi działaniami, emocjami, myślami. I do siebie jedynie słuszne za to wszystko pretensje. Bo od początku wszystko robi się nie tak, piętrzy trudności, psuje, uniemożliwia. I wciąż nie można się pozbierać... Swoim onieśmieleniem, bezkrytycznym zachwytem, emocjonalnym niezrówno-ważeniem i zaborczością – naprawdę nie chciałem Cię przestraszyć…
„Największa miłość nie przynosiła drugiej osobie najmniejszego pocieszenia, przeciwnie, im była większa, tym bardziej ciążyła kochanemu i kochającemu” [Tadeusz Różewicz, Trucizna].
niedziela, 18 października 2009
689. To run on empty...
„Z mozołem posuwałem się do przodu, zmagając się z wewnętrzną pustką, z szalonym pragnieniem, aby zamknąć książkę i wybiec na ulicę, znaleźć się gdziekolwiek, byle poza moim pokojem” [Julio Cortázar, Dalekie zwierciadło. Przeł. M. Jordan].
Tylko że jakkolwiek mocno bym tego chciał, wciąż nie potrafię sobie ulec...
czwartek, 15 października 2009
688. The Big Chill...
Tak słoneczny, ciepły i suchy – bez dnia deszczu nawet – był ten wrzesień, taki ponury, wietrzny i mokry zaś październik. I gdzieś tam, na wschodzie, w górach, na Pomorzu ponoć śniegiem nawet sypie, drzewa łamie i powodzią grozi. Brrr!... Zimna pościel wywołuje przyjemne dreszcze o poranku, daje namiastkę drugiego ciała obok, zachęca, by w niej jeszcze zostać, poprzytulać się, powylegiwać. Ale nie ma czasu na pokusy. Do pracy, przez kałuże z niechęcią trzeba iść... Wiatr uszkadza mi nieco parasol, ten pół roku temu specjalnie na Warszawę kupiony. Zszywam go wieczorem nieporadnie i chyba nienajgorzej to wychodzi. A potem znów do łóżka, w chłód i pustkę, między cienie i urojenia…
poniedziałek, 12 października 2009
687. Prayer for forgiveness / understanding...
Ta przeogromna, nieodparta i ustawiczna, nigdy niezrealizowana potrzeba mocnego przytulenia się do kogoś, wypłakania, wykrzyczenia swoich lęków, upokorzeń, rozczarowań, tego, co ogranicza i nie pozwala, owego bezsensu tak odczuwanego i odczuwania ogólnej niemocy, całej ohydy i nędzy tych ostatnich dwudziestu lat – co najmniej tylu… Nie jestem szczęśliwy. Nie jestem nawet w minimalnym stopniu zadowolony... Wytrzymać to jakoś, przez czas pewien jeszcze wytrzymać…
„Wiedziała dokładnie, jak wyglądają dni, które prowadzą do takiego finału. Jak następują po sobie. Jak w dzień ból zamknięty wewnątrz. W nocy na zewnątrz. Jak decyzja od początku. Realizacja jeszcze absurdalna. Ale z każdym dniem i z każdą nocą decyzja i realizacja coraz bliżej siebie. Aż jest to możliwe. Jak pragnienie, żeby była miłość. I żeby wziąć się za ręce. I nie wypuścić. I jak pragnienie uchronienia dzieci przed życiem. Jak to pragnienie było zdolne przyćmić wszystko inne. I jak straszne było życie. Jak poszarpane. Jak brudne. Jak mizerne. I nikt o tym nie uprzedzał” [Marlene Streeruwitz, Uwiedzenia. Przeł. A. Kowaluk].
sobota, 10 października 2009
686. Pasaże i parasole...
Wczoraj pierwsza od trzynastu miesięcy wypłata, a już dziś Wrocław po czterotygodniowej przerwie. Do dyspozycji trzy i pół godziny oraz siedemset złotych. A zatem budowa stadionu na Euro’2012 widziana z okna pociągu, odwiedziny w świątyniach konsumpcji, bezowocne przymierzanie płaszczyków i marynarek (choć po jedną chyba jednak trzeba będzie jeszcze wrócić), zakupy i okazje w nowym Centrum Taniej Książki, przeglądanie w Empiku zbiorczego tomu poezji Andrzeja Sosnowskiego (o którym, do tej pory, nic – podobnie jak wciąż o tegorocznym laureacie Nike), szybki marsz deszczowymi ścieżkami, i myśli smutne, płaczliwe, samotne: że się innych krzywdzi i rozczarowuje, że się na kpiny i niezrozumienie siebie samego wystawia…
|
Archiwum
Zakładki:
I. AUTOR
II. Miejsca
III. Czytani / poznani
IV. Varia
V. 147 filmów
|