Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia
piątek, 18 maja 2012
1115. Here on Earth...
W zamkniętym pokoju, kiedy
chłodno, deszczowo i pochmurnie, gdy ponuro – senny i apatyczny; z płaczem, z
bólem, wyciem. Wśród parków i na ulicach, chłonąc promienie słońca – bez myśli,
z aparatem, w trakcie wycieczek-przygód. Bez celu, nadziei na cokolwiek, bez
nikogo. Igrając z ogniem, odliczając terminy, stany konta. Pogrążając się
ostatecznie, pierwszy raz o czymś decydując – znalazłszy swoje miejsce…
„Mógłbym tu żyć wiecznie –
pomyślał – albo do śmierci. Nic by się nie działo, każdy dzień przypominałby
poprzedni, nie trzeba by nic mówić”
[John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M.
Konikowska].
wtorek, 15 maja 2012
1114. Wystawa (III) - Skontrum...



„SKONTRUM –
inwentaryzacja muzealiów, porównywanie spisu z natury z zapisami w księgach
inwentarzowych mające na celu ustalenie stanu faktycznego zbiorów i ujawnienie
ewentualnych braków.
Nazywając wystawę terminem
wywodzącym się z praktyki muzealnej, chcemy zwrócić uwagę na funkcjonowanie
instytucji muzeum. To, co widzi publiczność – wystawy, wydawnictwa, lekcje
muzealne – jest wierzchołkiem góry lodowej. Pod powierzchnią, ukryte przed
publicznością, toczy się sekretne życie zabytków. We wszystkich muzeach świata
eksponaty są liczone, opisywane, poddawane zabiegom konserwatorskim,
transportowane i magazynowane. Wokół ich pochodzenia toczą się detektywistyczne
śledztwa i procesy sądowe.
Gros obiektów trafia do muzeów
przez zakup, inne dzięki hojności darczyńców, jeszcze inne w wyniku
drastycznych zakrętów historii, a czasem zwykłego przypadku. Przez lata
kolekcja rozrasta się jak huba. Dzieła wybitne sąsiadują z obiektami kultu,
efektami chwilowych mód czy wytworami propagandy kolejnych systemów
politycznych. Cóż zresztą znaczy określenie »wybitne«? Nie możemy
autorytatywnie stwierdzić, że za 100 czy 200 lat nasze pojęcie dzieła sztuki
będzie miało ten sam sens. Każda epoka co innego nazywa sztuką, inne fenomeny
uznaje za godne uwiecznienia dla potomnych. I choć instytucja XIX-wiecznego
muzeum, także Muzeum Narodowego w Warszawie, została utworzona w celu
utrwalenia i jedynej słusznej w owym czasie wizji sztuki, i historii narodowej,
i ładu społecznego, to dziś jego kolekcja jest raczej świadectwem chaosu niż
jakiejkolwiek wizji. I właśnie ów chaos wydaje się niezwykle ciekawy i
inspirujący.



Zapraszamy Państwa na SKONTRUM
kolekcji Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Królikarni, oddziału Muzeum
Narodowego w Warszawie. Ustawiamy obok siebie tyle figur, ile wytrzymają stropy
pałacu: chrześcijańskich świętych, bohaterów mitologicznych, arystokratów,
mężów stanu i alegorie pojęć abstrakcyjnych. Zbieramy destrukty i ułomki,
osobne ręce, torsy, nosy. Odkurzamy projekty pomników i maski pośmiertne.
Posągi w magazynie tworzą
tajemniczy tłum. Są pozbawione cokołów i pozbawione tradycyjnej analizy z
pozycji historyka sztuki. Nie mówimy o cechach stylowych rzeźb, o sytuacji
politycznej w czasie ich powstania, ani o losach ich twórców, nie wspominamy
nawet nazwisk portretowanych osób. Widzimy ciżbę zaklętych postaci. Ludzi
skamieniałych od wzroku bazyliszka, widoku złotego cielca czy zaklęcia
czarownicy. A może odwrotnie – figury zostały właśnie ulepione z gliny,
pozszywane z gałganów, by za chwilę ożyć, jak Galatea, Goliat czy manekiny
Brunona Schulza. Mity wszystkich kultur opowiadają historie ożywiania materii i
umartwiania, uprzedmiotowiania postaci ludzkich.
Zapraszamy Państwa do szukania
własnych narracji. Refleksja patrzącego na setki figur, głów, popiersi
koncentrować się może wokół wątków politycznych, estetycznych, egzystencjalnych
czy wręcz metafizycznych. Namawiamy do dokonywania swoich wyborów, każda
opowieść jest równie uprawniona”
[ze strony internetowej Muzeum
Rzeźby w Królikarni].



niedziela, 13 maja 2012
1113. Ele mele dudki, gospodarz malutki...
Dość nieoczekiwanie, choć z
wielką radością i ochoczo przyszło mi w końcu ugościć kogoś (poza rodzicami) w
swym mieszkaniu. Bo oto dzień po naszym czwartkowym spotkaniu T. zmuszony był
szukać nowego noclegu w Warszawie – a że już wcześniej oferowałem mu taką
możliwość, to skorzystał. W efekcie spędziliśmy wspólnie dwa wieczory i poranki
na ciągłych rozmowach – znów to wrażenie świetnego porozumienia między nami;
gadanie o mojej biblioteczce, subkulturze furry fandom, wizycie na III Warszawskich Targach Książki w
PKiN-ie (parę nabytków – Muratow, Aletheia; bardziej niż zatłoczone stoiska
podziwianie wielu nieznanych dotąd, pięknych sal w Pałacu; widziałem Józefa
Hena, Szewacha Weissa, Marię Szyszkowską, Zbigniewa Lwa-Starowicza, Michała
Witkowskiego). A dla mnie jeszcze namiastka wymarzonej wizji: jak by to było
pod jednym dachem z drugim chłopcem? Myślę, że fajnie – gdyby się wreszcie znalazł jakiś przystojny chętny…
czwartek, 10 maja 2012
1112. „Zabawy Przyjemne i Pożyteczne”...
Przedpołudnie w Łazienkach (choć w
planach był raczej Ogród Botaniczny), gdzie także żona króla Norwegii Sonja i
Anna Komorowska – minęliśmy się o kilka kroków, podobnie jak swego czasu z
mężem pani prezydentowej (por. 1032).
Pierwsze damy podchodzą do jednej z grupek młodzieży, rysującej rzeźbę Tankreda
i Kloryndy, i z uśmiechami zagadują. Udaje mi się je uwiecznić na zdjęciu,
podobnie jak pawia z szeroko rozłożonym ogonem. To były niespodzianki – a potem, po niemal dwuletnim
niewidzeniu się, jak zawsze sympatyczne spotkanie z bawiącym akurat w stolicy T.
i pogawędka przy piwie – cieszy mnie zawsze, że tak się przy nim (jak na swoje
możliwości) ożywiam, staję rozmowny i w tak wielu sprawach zgadzam. Mogę kogoś lubić, przypominam sobie…
„Nic nie jest człowiekowi tak
użyteczne jak inny człowiek”
[Michel Houellebecq, Platforma.
Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].
wtorek, 08 maja 2012
1111. Ordinary people...
Jak to jest – żyć w takim otoczeniu od małego, pośród kolorów,
kawiarenek, klubów, sklepów, koncertów, wzorców; mieć świadomość ubierania się,
znajomych; bywać i włóczyć, chodzić do szkół, gdzie uczą; uprawiać sport, wiedzieć o sferze płci i seksu, czuć je, mieć z nich przyjemność; dążyć do czegoś, osiągać to, posiadać… Jak to możliwe, że nie było, nie ukształtowało mnie na teraz, nie pomogło. Że
jakoś innym się udaje samo z siebie… Spośród wszystkich warszawskich wspaniałości wciąż największych wrażeń mi dostarcza obserwacja tłumów...
„(…) tajemniczy ludzie, zdobywcy i korzystający z życia, beztroscy i
nieodpowiedzialni, innego rodzaju – tak myślała sennie, z obrażonym uśmiechem
na ustach – prawdziwi”
[Sándor Márai, Francuski jacht.
Przeł. I. Makarewicz].
sobota, 05 maja 2012
1110. Egzamin z życia...
Wczorajsi maturzyści na Polu
Mokotowskim – siedzą na trawie roześmiani, rozmawiają, piją. Spotykają się,
przychodzą po (w ich wieku ja nie
miałem z kim i gdzie – dlatego teraz nie mam z kim i jak: można odgrywać spektakl, lecz się nie nauczy już spontaniczności). Nie wiedzą, że
właśnie tam, banalnego popołudnia w parku zdają ważniejszy, bardziej decydujący o ich przyszłości test niż te wszystkie
bzdury z języka polskiego o poranku…
„Długie dnie spędzane w
zakurzonych labiryntach wypchanych książkami odpowiadały niewątpliwie mnisim
skłonnościom typowym dla chłopców w moim wieku. Szukamy ucieczki przed
dostaniem się w krąg życia ludzi dorosłych, szukamy samotności, by układać
przygody miłosne, zanim ich pokosztujemy. To wyczekiwanie w odosobnieniu szybko
staje się nużące. Dlatego też młodzi łączą się w grupy i grupki, podejmując
wspólnie gorączkowe wysiłki, by przed czasem odegrać wszystkie scenariusze
dorosłej społeczności. Rzadko zdarzają się ci, którzy mając trzynaście,
czternaście lat, potrafią oprzeć się tej zmianie ról, z całym okrucieństwem i
nietolerancją narzucanej przez wczorajsze dzieci samotnikom i naturom
kontemplacyjnym.
Ja zaś (…) zdołałem zachować
nienaruszalną samotność nastolatka”
[Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska].
czwartek, 03 maja 2012
1109. Wiwat Maj, Trzeci Maj!...
środa, 02 maja 2012
1108. Les Beaux Jours...
Lato już w końcu kwietnia, słońce
i żar – jak lubię. Dni intensywne, długie i cudowne – bliższe wędrówki i
dalekie, odkrycia i zachwyty, dobre zdjęcia. Lazury nieba, smugi na nim, mięsista
biel obłoków i gałęzie kwiatów. Poprawki dawnych ujęć na cmentarzach Woli,
multimedialność Muzeum Chopina; Wilanów i Arkadia – odbicia drzew w ich
stawach, wystawa Skontrum w Królikarni – leżaki przed pałacem. Piątkowy debiut
w krótkich spodniach, cztery dni opalania na Moczydle od soboty (obok mnie gejowska para gra w badmintona, a gruba starucha zaczyna kazanie o „leczeniu”). Kolejni z
cyklu „znani i mijani”: Michał Chaciński (Świętokrzyska), profesor Bralczyk
(pod Rondem Dmowskiego), w H&M-ie Olga Bończyk. Pięć minut zakochania w
chłopcu robiącym w Auchan zakupy razem z ojcem; każdorazowe pogaduszki z kioskarką
pod mym domem… Dużo radości, zadowolenia z siebie, udaje się wcześniej wstawać:
wykorzystuję najdrobniejszą chwilę – być może już niewiele pozostało do ostatniej…
„[18 V 1930] Najważniejsza rzecz
teraz to żyć energicznie i po mistrzowsku, wręcz desperacko. Bez sentymentów
pozbywać się każdego kolejnego dnia. Nie guzdrać się zatem i nie mitrężyć czasu
na rozmyślania nad tym czy owym. Tak powinnam postępować (…): z wiekiem życie
powinno stawać się coraz żwawsze i ważniejsze”
[Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941.
Przeł. M. Heydel].
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
1107. Z cyklu: Przeczytane (IV) - Kwiecień...
1. Andreï Makine, Między ziemią i niebem. Przeł. M.
Hołyńska, Warszawa 2004;
2. Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941.
Przeł. M. Heydel, Kraków 2007;
3. Wojciech Karpiński, Pamięć Włoch, Warszawa 2008.
sobota, 28 kwietnia 2012
1106. „Vernal Ode” (William Wordsworth, 1817)...
czwartek, 26 kwietnia 2012
1105. This Is a Man’s World (II)...
Zbyt powszechne, żebym mógł mówić
o swym pechu – jakby nie dość było widoku sikających naokoło psów, to jeszcze wszędzie, niemal każdego dnia
musi się trafić męskie bydło, podlewające budynki, drzewa, słupy. Bez
skrępowania i chowania, przy i na chodniku, nawet pod Galerią Centrum na Marszałkowskiej
naprzeciw Pałacu Kultury – trzy metry od grupy czekającej na autobus. Znaczenie
terenu, publiczna satysfakcja z wystawienia ptaka,
„kultura” wyniesiona z pisuarów – jakiś ekshibicjonista musiał je wymyślić, a
teraz reszta poczytuje sobie za dowód męskości niekorzystanie z kabin w
toaletach. A skoro w WC można pod ścianą, z ludźmi za plecami, to analogicznie na
ulicy, jaki problem (albo, jak związkowiec z Przewozów
Regionalnych Krzysztof Knapik, na Dworcu Centralnym – zwolnili już skurwysyna,
a jeszcze powinien to zlizać). I na dodatek zawsze to „muszę się gdzieś odlać” –
już język wyraża ich skundlenie. Gówniarzeria niepanująca nad podstawową fizjologią
– może mi i nie staje, ale przynajmniej bez trudu wytrzymuję między śniadaniem
a kolacją. Widać to za mało, by być odbieranym jako pełnowartościowy facet.
Jedna wydzielina lepsza od drugiej, więc obszczymurki górą… A przecież jest jeszcze chlanie… Jak ja mam być normalny, gdy od dzieciństwa obraz mężczyzny kojarzę głównie z uryną oraz powodującą bełkot i rzyganie wódą… „W gruncie rzeczy to dziwne, że zapasy obrzydliwych ludzi nigdy się nie
wyczerpują; coraz to nowi i nowi budzą się do życia, roześmiani, zapracowani,
odnoszący sukces po sukcesie. Książęta babilońscy. Czy naprawdę oni też będą
zbawieni?... Tak, przypuszczalnie i oni” [Daniel Kehlmann,
Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
1104. Z cyklu: Moje okolice (VII) - Cmentarz Ewangelicko-Reformowany (kalwiński)...
Zaproszenie do kolejnej galerii
(więcej zdjęć tutaj):







piątek, 20 kwietnia 2012
1103. La Pluie et le beau temps...
Mgły poranne. A potem białość
nieba – rozświetlające, przebijające się przez chmury słońce. Do rozjaśnienia,
do błękitu, pierwszej duchoty wiosny. I nagle szarość, ciemność, grzmoty.
Ulewny deszcz. Promienna przedwieczorność… Pogoda dzieli razem ze mną stan depresji – też ma wahania nastrojów…
środa, 18 kwietnia 2012
1102. Spring to life...
Dawno nie było mnie w Centrum;
niestety, chłodny wiatr nieco zniechęca do spaceru – wciąż mam problemy z
gardłem, a i kolejny raz nieprzyjemnie się odzywa lewe ucho. Niewielki, acz
treściwy albumik o Rzymie (do kolekcji obok Florencji i Wenecji) w Taniej
Książce, gdzie ścianę podpiera młodziutki, słodki chłopiec (może to on „ukradł”
mi miejsce pracy, gdy spóźniłem się z odpowiedzią na ogłoszenie przed paroma
tygodniami?). W Trafficu przejrzana „Warszawa na starych fotografiach”, w
H&M-ie zakup wściekle niebieskich spodni, a mam upatrzone jeszcze białe.
Kształtuje się mój warszawski, nowy styl – wąskie nogawki, buty za kostkę;
szukam swojego odbicia w witrynach sklepów, podoba się to, co znajduję. Chciałoby
się jeszcze zajrzeć na LGBT Film Festival do Kinoteki – dziś kusił „Sierpień” (USA’2011;
reż. Eldar Rapaport) – objawić się widowni i spotkać miłość życia, ale skończyło
się na wieczorze w Internecie i podpatrywaniu w telewizji półfinału Ligi Mistrzów… Może i przyszła wiosna, lecz wątpię, czy kiedykolwiek się przebudzę…
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
1101. The Process of Destruction...
Odchorowuję jeszcze pracę – i przewianie
pod Centralnym w poprzedni poniedziałek. Nic dobrego nie wyszło z przedwczesnego
powrotu od rodziców. Katar niemalże przeszedł, jest za to szczypanie w gardle,
kaszel, poczucie zimna – jak zwykle: nie potrafię, nie chce mi się leczyć; brak
obiadów zapewne także nie pomaga. Jednakże dziś zupełna już pustka w lodówce, zabrakło
nawet masła – a więc konieczność dłuższego spaceru z parasolem. Zakupy,
tradycyjnie, w Wola Park, a po powrocie chowam się pod kocyk – czytam Virginię,
imaginuję, że obok Anuleczka. Na piersi ciągnący się dni kilka dziwny ucisk; mama wyczuwa załamanie w moim głosie, ale, na szczęście,
przemilcza… Nikt nie ma w pełni pojęcia, co się dzieje…
„Czuje, że gdzieś w jego wnętrzu
posiniaczono i zmaltretowano jakiś istotny narząd – może nawet samo serce. Po
raz pierwszy w życiu ma przedsmak starości, kiedy będzie doszczętnie znużony,
wyzuty z wszelkich nadziei i pragnień, zobojętniały na to, co niesie
przyszłość. (…) Mogą minąć tygodnie, może miesiące, zanim do reszty się wykrwawi,
ale krwawić już zaczął” [John Maxwell
Coetzee, Hańba. Przeł. M.
Kłobukowski].
piątek, 13 kwietnia 2012
1100. L’Effort des Hommes...
Pierwszego dnia, od razu, zacząłem mieć problemy z
oddychaniem, pojawił się obfity krwawy katar i założone gardło – reakcja alergiczna na suche
powietrze i bakterie. Klimatyzowana, wielka hala z metalowymi regałami,
wznoszącymi się na wysokość czterech kondygnacji – między nimi dziesiątki
wąskich uliczek, na półkach i podłodze tysiące, ułożonych w stosy, częściowo
nierozpakowanych z pudeł książek. Wszystko potwornie zakurzone, brudne; wokół
kawałki papieru pakowego i foliowe worki. Pracujesz ze skanerem – odczytaj wielkość
zamówienia, dobierz pojemnik, zeskanuj jego kod, udaj się do 3-B27-04-11, odczytaj
numer półki, weź to i to, odczytaj kod kreskowy, pobierz tyle a tyle egzemplarzy,
zeskanuj numer pojemnika, idź do 2-D40-05-21, odczytaj…, włóż…, zeskanuj numer
pojemnika…, odnieś do strefy pakowania, odczytaj nowe zamówienie, pojemnik weź, na górę idź, zeskanuj… Od regału do regału, z piętra na piętro po schodach, po kilka,
kilkadziesiąt sztuk do pudła, jedną kolorowankę, piętnaście albumów, mechanicznie
– i w tempie, szybciej, dalej, wyrabiasz ledwie jedną trzecią normy,
co daje siedem złotych brutto za godzinę. Do upadłego, wyplucia płuc, złamania
kręgosłupa. Zachęcam do nadgodzin – przyszliście tu zarobić, więc się nie
bójcie pracy… Poddałem się – nie miałem większych złudzeń, byłem gotowy,
chętny, jednak nie dałem rady. Chwała i cześć wszystkim pomocnym chłopcom, co
zostali…
czwartek, 12 kwietnia 2012
1099. Postcards from the Edge...
W dwunastym miesiącu bez pracy
udało się wreszcie coś znaleźć. Za mną dwa dni popołudniowej zmiany…
Marzyłem o Italii – trafiłem na warszawskie Włochy; aplikowałem do salonów Matrasa – zostałem kompletującym zamówienia w ich centralnym
magazynie; lubię książki – musiałem nieustannie krążyć wśród regałów. Kolejny raz fatalnie się pomyliłem – trzeba będzie
ten epizod z miejsca przerwać, bo fizycznie nawet tygodnia takich warunków nie
wytrzymam…
Moja kariera zawodowa rozwija się konsekwentnie po równi
pochyłej – zaczynałem od nauczyciela akademickiego, następnie byłem pomocnikiem biurowym,
skończyłem na dźwigającym ciężary magazynierze. I nigdzie się nie nadaję, nie
jestem w stanie sam siebie utrzymać i o siebie zadbać…
„Nigdy nie zapominam o chwili,
gdy opuszczając fakultet, zrozumiałem, że wszystkie pociągi odjechały. (…) Porzucenie
studiów nie było porażką, ja wówczas porzuciłem ambicje. Stałem się nagle
człowiekiem bez ambicji. A straciwszy ambicje, znalazłem się w jednej chwili na
marginesie świata. Gorzej jeszcze: nie miałem żadnej chęci znaleźć się gdzie
indziej. Miałem tym mniejszą na to chęć, że nie groziła mi nędza. Ale
jeśli nie masz ambicji, jeśli nie masz w sobie głodu sukcesu, uznania, siadasz
na krawędzi upadku. Ja usiadłem na takiej krawędzi, prawda, że wielce wygodnie.
Wszelako usiadłem właśnie na krawędzi upadku”
[Milan
Kundera, Tożsamość. Przeł. M.
Bieńczyk].
wtorek, 10 kwietnia 2012
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
1097. Cha(lle)nges...
Po raz piąty w życiu składam
PIT-a, pierwszy jednak raz elektronicznie. Znów składki na ubezpieczenie zdrowotne
przekroczyły zaliczkę na poczet podatku, więc urząd skarbowy zwróci mi 530
złotych – za dwa tygodnie Dzień Książki, więc będzie jak znalazł. A jutro może
się okazać, czy będzie co zeznawać w przyszłym roku…
Bo plany się zmieniły – musiałem wrócić
do Warszawy trzy dni wcześniej. Wysłana w czwartek wieczorem aplikacja
doczekała się odpowiedzi jeszcze przed północą. Zapraszają na rozmowę jutro
rano – i przypominają, że praca od 14.00, jak gdyby wszystko było już pewne,
ustalone. Jeśli tak, to zapowiada się ciężko, daleko i tanio. Trzeba będzie
chyba potraktować tę konieczność jak wyzwanie…
sobota, 07 kwietnia 2012
1096. Człowiek, który był Czwartkiem...
Chłopiec, co siedział naprzeciw mnie w pociągu. Niezwykła, bardzo specyficzna uroda – ukryta, przysłonięta, niepozorna, samej siebie zupełnie (?) nieświadoma. Z trudem – onieśmielony, jak zwykle nie potrafiąc podjąć tej odwiecznej i powszechnej gry – odwracałem spojrzenie. A jednak nie sposób było nie patrzeć w tamtą stronę. Ujmujące połączenie surowości, ostrości rysów i delikatności; miał w sobie coś z romantycznych poetów – mógłby być Shelley’em, mógłby nihilistą z rosyjskich powieści. I bratem-bliźniakiem Kasi z czasów mojego doktoratu (por. 30, 31, 42)… Podobało mi się to falowanie jasnobrązowych, przechodzących w rudy włosów, zaczesanych za uszy i tworzących niezgrabny lok ponad czołem; grube oprawki okularów, niebieskie oczy, dwie pionowe zmarszczki między brwiami i inne grymasy, nos, układ palców, gdy sprawdzał coś długo w swoim telefonie z ekranem dotykowym. Gdyby tylko zgolić mu ten ryży zarost, zmienić każdy element garderoby, nauczyć wykorzystywać i podkreślać swoje atuty – mało kto mógłby się z nim porównywać… Z rozmowy towarzyszących nam w przedziale pary tancerzy wynikało, że ich podróż kończy się w Opolu. Drżałem podskórnie na myśl, że zostaniemy sami. Niestety, wysiadł tam, gdzie oni – powtórzyła się historia z pociągu do Lubeki (por. 823). Mam wrażenie, że rzucając w drzwiach „Do widzenia”, patrzył specjalnie na mnie… Od dawna nie zdarzyło mi się takie jednodniowe zauroczenie (por. 114). W piątek nie pomyślałem już o nim ani razu…
|
Zakładki:
I. AUTOR
II. Inni
III. Varia
IV. Miejsca / obiekty
V. Ulubione filmy (155)
VI. Płatna reklama
|