Dziennik człowieka zbędnego ~ bez właściwości ~ z podziemia
piątek, 18 maja 2012
1115. Here on Earth...

 

W zamkniętym pokoju, kiedy chłodno, deszczowo i pochmurnie, gdy ponuro – senny i apatyczny; z płaczem, z bólem, wyciem. Wśród parków i na ulicach, chłonąc promienie słońca – bez myśli, z aparatem, w trakcie wycieczek-przygód. Bez celu, nadziei na cokolwiek, bez nikogo. Igrając z ogniem, odliczając terminy, stany konta. Pogrążając się ostatecznie, pierwszy raz o czymś decydując – znalazłszy swoje miejsce…

  

„Mógłbym tu żyć wiecznie – pomyślał – albo do śmierci. Nic by się nie działo, każdy dzień przypominałby poprzedni, nie trzeba by nic mówić”

    [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

wtorek, 15 maja 2012
1114. Wystawa (III) - Skontrum...

  

      

  

                  

  

      

  

„SKONTRUM – inwentaryzacja muzealiów, porównywanie spisu z natury z zapisami w księgach inwentarzowych mające na celu ustalenie stanu faktycznego zbiorów i ujawnienie ewentualnych braków.

Nazywając wystawę terminem wywodzącym się z praktyki muzealnej, chcemy zwrócić uwagę na funkcjonowanie instytucji muzeum. To, co widzi publiczność – wystawy, wydawnictwa, lekcje muzealne – jest wierzchołkiem góry lodowej. Pod powierzchnią, ukryte przed publicznością, toczy się sekretne życie zabytków. We wszystkich muzeach świata eksponaty są liczone, opisywane, poddawane zabiegom konserwatorskim, transportowane i magazynowane. Wokół ich pochodzenia toczą się detektywistyczne śledztwa i procesy sądowe.

Gros obiektów trafia do muzeów przez zakup, inne dzięki hojności darczyńców, jeszcze inne w wyniku drastycznych zakrętów historii, a czasem zwykłego przypadku. Przez lata kolekcja rozrasta się jak huba. Dzieła wybitne sąsiadują z obiektami kultu, efektami chwilowych mód czy wytworami propagandy kolejnych systemów politycznych. Cóż zresztą znaczy określenie »wybitne«? Nie możemy autorytatywnie stwierdzić, że za 100 czy 200 lat nasze pojęcie dzieła sztuki będzie miało ten sam sens. Każda epoka co innego nazywa sztuką, inne fenomeny uznaje za godne uwiecznienia dla potomnych. I choć instytucja XIX-wiecznego muzeum, także Muzeum Narodowego w Warszawie, została utworzona w celu utrwalenia i jedynej słusznej w owym czasie wizji sztuki, i historii narodowej, i ładu społecznego, to dziś jego kolekcja jest raczej świadectwem chaosu niż jakiejkolwiek wizji. I właśnie ów chaos wydaje się niezwykle ciekawy i inspirujący.

  

                  

  

      

  

                  

  

Zapraszamy Państwa na SKONTRUM kolekcji Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Królikarni, oddziału Muzeum Narodowego w Warszawie. Ustawiamy obok siebie tyle figur, ile wytrzymają stropy pałacu: chrześcijańskich świętych, bohaterów mitologicznych, arystokratów, mężów stanu i alegorie pojęć abstrakcyjnych. Zbieramy destrukty i ułomki, osobne ręce, torsy, nosy. Odkurzamy projekty pomników i maski pośmiertne.

Posągi w magazynie tworzą tajemniczy tłum. Są pozbawione cokołów i pozbawione tradycyjnej analizy z pozycji historyka sztuki. Nie mówimy o cechach stylowych rzeźb, o sytuacji politycznej w czasie ich powstania, ani o losach ich twórców, nie wspominamy nawet nazwisk portretowanych osób. Widzimy ciżbę zaklętych postaci. Ludzi skamieniałych od wzroku bazyliszka, widoku złotego cielca czy zaklęcia czarownicy. A może odwrotnie – figury zostały właśnie ulepione z gliny, pozszywane z gałganów, by za chwilę ożyć, jak Galatea, Goliat czy manekiny Brunona Schulza. Mity wszystkich kultur opowiadają historie ożywiania materii i umartwiania, uprzedmiotowiania postaci ludzkich.

Zapraszamy Państwa do szukania własnych narracji. Refleksja patrzącego na setki figur, głów, popiersi koncentrować się może wokół wątków politycznych, estetycznych, egzystencjalnych czy wręcz metafizycznych. Namawiamy do dokonywania swoich wyborów, każda opowieść jest równie uprawniona”

                   [ze strony internetowej Muzeum Rzeźby w Królikarni].

  

      

  

                  

  

      

  

niedziela, 13 maja 2012
1113. Ele mele dudki, gospodarz malutki...

  

Dość nieoczekiwanie, choć z wielką radością i ochoczo przyszło mi w końcu ugościć kogoś (poza rodzicami) w swym mieszkaniu. Bo oto dzień po naszym czwartkowym spotkaniu T. zmuszony był szukać nowego noclegu w Warszawie – a że już wcześniej oferowałem mu taką możliwość, to skorzystał. W efekcie spędziliśmy wspólnie dwa wieczory i poranki na ciągłych rozmowach – znów to wrażenie świetnego porozumienia między nami; gadanie o mojej biblioteczce, subkulturze furry fandom, wizycie na III Warszawskich Targach Książki w PKiN-ie (parę nabytków – Muratow, Aletheia; bardziej niż zatłoczone stoiska podziwianie wielu nieznanych dotąd, pięknych sal w Pałacu; widziałem Józefa Hena, Szewacha Weissa, Marię Szyszkowską, Zbigniewa Lwa-Starowicza, Michała Witkowskiego). A dla mnie jeszcze namiastka wymarzonej wizji: jak by to było pod jednym dachem z drugim chłopcem? Myślę, że fajnie – gdyby się wreszcie znalazł jakiś przystojny chętny…

  

czwartek, 10 maja 2012
1112. „Zabawy Przyjemne i Pożyteczne”...

  

Przedpołudnie w Łazienkach (choć w planach był raczej Ogród Botaniczny), gdzie także żona króla Norwegii Sonja i Anna Komorowska – minęliśmy się o kilka kroków, podobnie jak swego czasu z mężem pani prezydentowej (por. 1032). Pierwsze damy podchodzą do jednej z grupek młodzieży, rysującej rzeźbę Tankreda i Kloryndy, i z uśmiechami zagadują. Udaje mi się je uwiecznić na zdjęciu, podobnie jak pawia z szeroko rozłożonym ogonem. To były niespodzianki – a potem, po niemal dwuletnim niewidzeniu się, jak zawsze sympatyczne spotkanie z bawiącym akurat w stolicy T. i pogawędka przy piwie – cieszy mnie zawsze, że tak się przy nim (jak na swoje możliwości) ożywiam, staję rozmowny i w tak wielu sprawach zgadzam. Mogę kogoś lubić, przypominam sobie…

  

               „Nic nie jest człowiekowi tak użyteczne jak inny człowiek”

         [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

wtorek, 08 maja 2012
1111. Ordinary people...

   

Jak to jest – żyć w takim otoczeniu od małego, pośród kolorów, kawiarenek, klubów, sklepów, koncertów, wzorców; mieć świadomość ubierania się, znajomych; bywać i włóczyć, chodzić do szkół, gdzie uczą; uprawiać sport, wiedzieć o sferze płci i seksu, czuć je, mieć z nich przyjemność; dążyć do czegoś, osiągać to, posiadać… Jak to możliwe, że nie było, nie ukształtowało mnie na teraz, nie pomogło. Że jakoś innym się udaje samo z siebie…

Spośród wszystkich warszawskich wspaniałości wciąż największych wrażeń mi dostarcza obserwacja tłumów...

  

„(…) tajemniczy ludzie, zdobywcy i korzystający z życia, beztroscy i nieodpowiedzialni, innego rodzaju – tak myślała sennie, z obrażonym uśmiechem na ustach – prawdziwi”

                  [Sándor Márai, Francuski jacht. Przeł. I. Makarewicz].

  

23:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 05 maja 2012
1110. Egzamin z życia...

  

Wczorajsi maturzyści na Polu Mokotowskim – siedzą na trawie roześmiani, rozmawiają, piją. Spotykają się, przychodzą po (w ich wieku ja nie miałem z kim i gdzie – dlatego teraz nie mam z kim i jak: można odgrywać spektakl, lecz się nie nauczy już spontaniczności). Nie wiedzą, że właśnie tam, banalnego popołudnia w parku zdają ważniejszy, bardziej decydujący o ich przyszłości test niż te wszystkie bzdury z języka polskiego o poranku…

  

„Długie dnie spędzane w zakurzonych labiryntach wypchanych książkami odpowiadały niewątpliwie mnisim skłonnościom typowym dla chłopców w moim wieku. Szukamy ucieczki przed dostaniem się w krąg życia ludzi dorosłych, szukamy samotności, by układać przygody miłosne, zanim ich pokosztujemy. To wyczekiwanie w odosobnieniu szybko staje się nużące. Dlatego też młodzi łączą się w grupy i grupki, podejmując wspólnie gorączkowe wysiłki, by przed czasem odegrać wszystkie scenariusze dorosłej społeczności. Rzadko zdarzają się ci, którzy mając trzynaście, czternaście lat, potrafią oprzeć się tej zmianie ról, z całym okrucieństwem i nietolerancją narzucanej przez wczorajsze dzieci samotnikom i naturom kontemplacyjnym.

Ja zaś (…) zdołałem zachować nienaruszalną samotność nastolatka”

               [Andreï Makine, Francuski testament. Przeł. M. Hołyńska].

   

23:59, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 03 maja 2012
1109. Wiwat Maj, Trzeci Maj!...

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

środa, 02 maja 2012
1108. Les Beaux Jours...

  

Lato już w końcu kwietnia, słońce i żar – jak lubię. Dni intensywne, długie i cudowne – bliższe wędrówki i dalekie, odkrycia i zachwyty, dobre zdjęcia. Lazury nieba, smugi na nim, mięsista biel obłoków i gałęzie kwiatów. Poprawki dawnych ujęć na cmentarzach Woli, multimedialność Muzeum Chopina; Wilanów i Arkadia – odbicia drzew w ich stawach, wystawa Skontrum w Królikarni – leżaki przed pałacem. Piątkowy debiut w krótkich spodniach, cztery dni opalania na Moczydle od soboty (obok mnie gejowska para gra w badmintona, a gruba starucha zaczyna kazanie o „leczeniu”). Kolejni z cyklu „znani i mijani”: Michał Chaciński (Świętokrzyska), profesor Bralczyk (pod Rondem Dmowskiego), w H&M-ie Olga Bończyk. Pięć minut zakochania w chłopcu robiącym w Auchan zakupy razem z ojcem; każdorazowe pogaduszki z kioskarką pod mym domem… Dużo radości, zadowolenia z siebie, udaje się wcześniej wstawać: wykorzystuję najdrobniejszą chwilę – być może już niewiele pozostało do ostatniej

  

„[18 V 1930] Najważniejsza rzecz teraz to żyć energicznie i po mistrzowsku, wręcz desperacko. Bez sentymentów pozbywać się każdego kolejnego dnia. Nie guzdrać się zatem i nie mitrężyć czasu na rozmyślania nad tym czy owym. Tak powinnam postępować (…): z wiekiem życie powinno stawać się coraz żwawsze i ważniejsze”

    [Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel].

  

poniedziałek, 30 kwietnia 2012
1107. Z cyklu: Przeczytane (IV) - Kwiecień...

  

1. Andreï Makine, Między ziemią i niebem. Przeł. M. Hołyńska, Warszawa 2004;

2. Virginia Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941. Przeł. M. Heydel, Kraków 2007;

3. Wojciech Karpiński, Pamięć Włoch, Warszawa 2008.

  

sobota, 28 kwietnia 2012
1106. „Vernal Ode” (William Wordsworth, 1817)...

  

      

  

                  

  

      

  

czwartek, 26 kwietnia 2012
1105. This Is a Man’s World (II)...

 

Zbyt powszechne, żebym mógł mówić o swym pechu – jakby nie dość było widoku sikających naokoło psów, to jeszcze wszędzie, niemal każdego dnia musi się trafić męskie bydło, podlewające budynki, drzewa, słupy. Bez skrępowania i chowania, przy i na chodniku, nawet pod Galerią Centrum na Marszałkowskiej naprzeciw Pałacu Kultury – trzy metry od grupy czekającej na autobus. Znaczenie terenu, publiczna satysfakcja z wystawienia ptaka, „kultura” wyniesiona z pisuarów – jakiś ekshibicjonista musiał je wymyślić, a teraz reszta poczytuje sobie za dowód męskości niekorzystanie z kabin w toaletach. A skoro w WC można pod ścianą, z ludźmi za plecami, to analogicznie na ulicy, jaki problem (albo, jak związkowiec z Przewozów Regionalnych Krzysztof Knapik, na Dworcu Centralnym – zwolnili już skurwysyna, a jeszcze powinien to zlizać). I na dodatek zawsze to „muszę się gdzieś odlać” – już język wyraża ich skundlenie. Gówniarzeria niepanująca nad podstawową fizjologią – może mi i nie staje, ale przynajmniej bez trudu wytrzymuję między śniadaniem a kolacją. Widać to za mało, by być odbieranym jako pełnowartościowy facet. Jedna wydzielina lepsza od drugiej, więc obszczymurki górą…

A przecież jest jeszcze chlanie… Jak ja mam być normalny, gdy od dzieciństwa obraz mężczyzny kojarzę głównie z uryną oraz powodującą bełkot i rzyganie wódą…

  

„W gruncie rzeczy to dziwne, że zapasy obrzydliwych ludzi nigdy się nie wyczerpują; coraz to nowi i nowi budzą się do życia, roześmiani, zapracowani, odnoszący sukces po sukcesie. Książęta babilońscy. Czy naprawdę oni też będą zbawieni?... Tak, przypuszczalnie i oni”

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

22:50, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
1104. Z cyklu: Moje okolice (VII) - Cmentarz Ewangelicko-Reformowany (kalwiński)...

  

Zaproszenie do kolejnej galerii (więcej zdjęć tutaj):

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

                  

  

      

  

piątek, 20 kwietnia 2012
1103. La Pluie et le beau temps...

  

Mgły poranne. A potem białość nieba – rozświetlające, przebijające się przez chmury słońce. Do rozjaśnienia, do błękitu, pierwszej duchoty wiosny. I nagle szarość, ciemność, grzmoty. Ulewny deszcz. Promienna przedwieczorność… Pogoda dzieli razem ze mną stan depresji – też ma wahania nastrojów…

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 18 kwietnia 2012
1102. Spring to life...

  

Dawno nie było mnie w Centrum; niestety, chłodny wiatr nieco zniechęca do spaceru – wciąż mam problemy z gardłem, a i kolejny raz nieprzyjemnie się odzywa lewe ucho. Niewielki, acz treściwy albumik o Rzymie (do kolekcji obok Florencji i Wenecji) w Taniej Książce, gdzie ścianę podpiera młodziutki, słodki chłopiec (może to on „ukradł” mi miejsce pracy, gdy spóźniłem się z odpowiedzią na ogłoszenie przed paroma tygodniami?). W Trafficu przejrzana „Warszawa na starych fotografiach”, w H&M-ie zakup wściekle niebieskich spodni, a mam upatrzone jeszcze białe. Kształtuje się mój warszawski, nowy styl – wąskie nogawki, buty za kostkę; szukam swojego odbicia w witrynach sklepów, podoba się to, co znajduję. Chciałoby się jeszcze zajrzeć na LGBT Film Festival do Kinoteki – dziś kusił „Sierpień” (USA’2011; reż. Eldar Rapaport) – objawić się widowni i spotkać miłość życia, ale skończyło się na wieczorze w Internecie i podpatrywaniu w telewizji półfinału Ligi Mistrzów

Może i przyszła wiosna, lecz wątpię, czy kiedykolwiek się przebudzę

  

23:59, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
1101. The Process of Destruction...

  

Odchorowuję jeszcze pracę – i przewianie pod Centralnym w poprzedni poniedziałek. Nic dobrego nie wyszło z przedwczesnego powrotu od rodziców. Katar niemalże przeszedł, jest za to szczypanie w gardle, kaszel, poczucie zimna – jak zwykle: nie potrafię, nie chce mi się leczyć; brak obiadów zapewne także nie pomaga. Jednakże dziś zupełna już pustka w lodówce, zabrakło nawet masła – a więc konieczność dłuższego spaceru z parasolem. Zakupy, tradycyjnie, w Wola Park, a po powrocie chowam się pod kocyk – czytam Virginię, imaginuję, że obok Anuleczka. Na piersi ciągnący się dni kilka dziwny ucisk; mama wyczuwa załamanie w moim głosie, ale, na szczęście, przemilcza… Nikt nie ma w pełni pojęcia, co się dzieje…

  

„Czuje, że gdzieś w jego wnętrzu posiniaczono i zmaltretowano jakiś istotny narząd – może nawet samo serce. Po raz pierwszy w życiu ma przedsmak starości, kiedy będzie doszczętnie znużony, wyzuty z wszelkich nadziei i pragnień, zobojętniały na to, co niesie przyszłość. (…) Mogą minąć tygodnie, może miesiące, zanim do reszty się wykrwawi, ale krwawić już zaczął”

                 [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

     

piątek, 13 kwietnia 2012
1100. L’Effort des Hommes...

  

Pierwszego dnia, od razu, zacząłem mieć problemy z oddychaniem, pojawił się obfity krwawy katar i założone gardło – reakcja alergiczna na suche powietrze i bakterie. Klimatyzowana, wielka hala z metalowymi regałami, wznoszącymi się na wysokość czterech kondygnacji – między nimi dziesiątki wąskich uliczek, na półkach i podłodze tysiące, ułożonych w stosy, częściowo nierozpakowanych z pudeł książek. Wszystko potwornie zakurzone, brudne; wokół kawałki papieru pakowego i foliowe worki. Pracujesz ze skanerem – odczytaj wielkość zamówienia, dobierz pojemnik, zeskanuj jego kod, udaj się do 3-B27-04-11, odczytaj numer półki, weź to i to, odczytaj kod kreskowy, pobierz tyle a tyle egzemplarzy, zeskanuj numer pojemnika, idź do 2-D40-05-21, odczytaj…, włóż…, zeskanuj numer pojemnika…, odnieś do strefy pakowania, odczytaj nowe zamówienie, pojemnik weź, na górę idź, zeskanuj… Od regału do regału, z piętra na piętro po schodach, po kilka, kilkadziesiąt sztuk do pudła, jedną kolorowankę, piętnaście albumów, mechanicznie – i w tempie, szybciej, dalej, wyrabiasz ledwie jedną trzecią normy, co daje siedem złotych brutto za godzinę. Do upadłego, wyplucia płuc, złamania kręgosłupa. Zachęcam do nadgodzin – przyszliście tu zarobić, więc się nie bójcie pracy…

Poddałem się – nie miałem większych złudzeń, byłem gotowy, chętny, jednak nie dałem rady. Chwała i cześć wszystkim pomocnym chłopcom, co zostali…

  

Tagi: praca
12:14, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 12 kwietnia 2012
1099. Postcards from the Edge...

  

W dwunastym miesiącu bez pracy udało się wreszcie coś znaleźć. Za mną dwa dni popołudniowej zmiany… Marzyłem o Italii trafiłem na warszawskie Włochy; aplikowałem do salonów Matrasa – zostałem kompletującym zamówienia w ich centralnym magazynie; lubię książki – musiałem nieustannie krążyć wśród regałów. Kolejny raz fatalnie się pomyliłem – trzeba będzie ten epizod z miejsca przerwać, bo fizycznie nawet tygodnia takich warunków nie wytrzymam…

Moja kariera zawodowa rozwija się konsekwentnie po równi pochyłej – zaczynałem od nauczyciela akademickiego, następnie byłem pomocnikiem biurowym, skończyłem na dźwigającym ciężary magazynierze. I nigdzie się nie nadaję, nie jestem w stanie sam siebie utrzymać i o siebie zadbać…

  

„Nigdy nie zapominam o chwili, gdy opuszczając fakultet, zrozumiałem, że wszystkie pociągi odjechały. (…) Porzucenie studiów nie było porażką, ja wówczas porzuciłem ambicje. Stałem się nagle człowiekiem bez ambicji. A straciwszy ambicje, znalazłem się w jednej chwili na marginesie świata. Gorzej jeszcze: nie miałem żadnej chęci znaleźć się gdzie indziej. Miałem tym mniejszą na to chęć, że nie groziła mi nędza. Ale jeśli nie masz ambicji, jeśli nie masz w sobie głodu sukcesu, uznania, siadasz na krawędzi upadku. Ja usiadłem na takiej krawędzi, prawda, że wielce wygodnie. Wszelako usiadłem właśnie na krawędzi upadku”

                      [Milan Kundera, Tożsamość. Przeł. M. Bieńczyk].

  

19:46, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 10 kwietnia 2012
1098. Dwa lata po...

  

      

  

poniedziałek, 09 kwietnia 2012
1097. Cha(lle)nges...

  

Po raz piąty w życiu składam PIT-a, pierwszy jednak raz elektronicznie. Znów składki na ubezpieczenie zdrowotne przekroczyły zaliczkę na poczet podatku, więc urząd skarbowy zwróci mi 530 złotych – za dwa tygodnie Dzień Książki, więc będzie jak znalazł. A jutro może się okazać, czy będzie co zeznawać w przyszłym roku…

Bo plany się zmieniły – musiałem wrócić do Warszawy trzy dni wcześniej. Wysłana w czwartek wieczorem aplikacja doczekała się odpowiedzi jeszcze przed północą. Zapraszają na rozmowę jutro rano – i przypominają, że praca od 14.00, jak gdyby wszystko było już pewne, ustalone. Jeśli tak, to zapowiada się ciężko, daleko i tanio. Trzeba będzie chyba potraktować tę konieczność jak wyzwanie…

  

sobota, 07 kwietnia 2012
1096. Człowiek, który był Czwartkiem...

  

Chłopiec, co siedział naprzeciw mnie w pociągu. Niezwykła, bardzo specyficzna uroda – ukryta, przysłonięta, niepozorna, samej siebie zupełnie (?) nieświadoma. Z trudem – onieśmielony, jak zwykle nie potrafiąc podjąć tej odwiecznej i powszechnej gry – odwracałem spojrzenie. A jednak nie sposób było nie patrzeć w tamtą stronę. Ujmujące połączenie surowości, ostrości rysów i delikatności; miał w sobie coś z romantycznych poetów – mógłby być Shelley’em, mógłby nihilistą z rosyjskich powieści. I bratem-bliźniakiem Kasi z czasów mojego doktoratu (por. 30, 31, 42)… Podobało mi się to falowanie jasnobrązowych, przechodzących w rudy włosów, zaczesanych za uszy i tworzących niezgrabny lok ponad czołem; grube oprawki okularów, niebieskie oczy, dwie pionowe zmarszczki między brwiami i inne grymasy, nos, układ palców, gdy sprawdzał coś długo w swoim telefonie z ekranem dotykowym. Gdyby tylko zgolić mu ten ryży zarost, zmienić każdy element garderoby, nauczyć wykorzystywać i podkreślać swoje atuty – mało kto mógłby się z nim porównywać…

Z rozmowy towarzyszących nam w przedziale pary tancerzy wynikało, że ich podróż kończy się w Opolu. Drżałem podskórnie na myśl, że zostaniemy sami. Niestety, wysiadł tam, gdzie oni – powtórzyła się historia z pociągu do Lubeki (por. 823). Mam wrażenie, że rzucając w drzwiach „Do widzenia”, patrzył specjalnie na mnie…

Od dawna nie zdarzyło mi się takie jednodniowe zauroczenie (por. 114). W piątek nie pomyślałem już o nim ani razu…

   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 56
Zakładki:
I. AUTOR
II. Inni
III. Varia
IV. Miejsca / obiekty
V. Ulubione filmy (155)
VI. Płatna reklama
Tagi