~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 31 stycznia 2008
371. Beati possidentes

  

Kończę ten miesiąc bogatszy o dwadzieścia pięć książek i uboższy o kilka złudzeń. Więcej wobec tego zyskałem czy straciłem?

Przegląd aktywów i pasywów – uśmiecham się na dźwięk tych słów i, ulegając sile skojarzeń, próbuję coś sobie przy okazji wyobrazić, po czym wracam do rzeczywistości, by ze smutkiem stwierdzić, że deficyt się wciąż powiększa. Chętnych do otworzenia mi sercowego rachunku ciągle brak – nie szukam ich nawet, bo z moją zdolnością kredytową na tym polu bardzo krucho. Żeby choć trochę zarobić, trzeba wpierw zainwestować, a ja zbankrutowałem jeszcze przed wejściem w ten biznes. W dodatku źle ulokowanych funduszy wciąż nie wycofuję.

I wciąż tak niewiele mam. Szczęśliwi zatem, którzy posiadają…

  

Tagi: homo
17:14, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
wtorek, 29 stycznia 2008
370. Almost

  

Lata, dni, godziny… Dzisiejsza daremność – bezowocna wrocławska wyprawa, nieznalezienie książki, którą znajdę jutro, zbyteczne posiedzenie Zakładu i debata nad tym, co dla mnie od lat było oczywiste, przeze mnie postulowane zresztą, i lęk niepotrzebny przed spotkaniem Tamtej (wciąż mógłbym ją pokochać, gdyby nie widziała we mnie mężczyzny) – nieobecnej, na szczęście chyba, i jeszcze jedno dzisiaj niewidzenie, nieuśmiechnięcie się, niekochanie, z mojej tylko strony wyrzeczenie, bo dla mnie jedynie znaczenie mieć mogące… Przeraźliwa pustka wyziębia mi dłonie – dziś wszyscy ludzie wydają się obcy. I nawet Ty mnie prawie tak, jak ja Tobie… 

   

                    „Gdzie mam się podziać w tym styczniu przeklętym?

                    Otwarte miasto czepia się obrzydle…

                    Może mnie upił widok drzwi zamkniętych? – 

                    Wyć się chce: wszędzie zasuwy i rygle. 

   

                    I te pończochy rozszczekanych przecznic,

                    I te spiżarnie wykrzywionych ulic:

                    Zza wszystkich rogów wrogów niebezpiecznych

                    I w każdym kącie końca oczekuję”. 

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Barańczak]

  

niedziela, 27 stycznia 2008
369. Binarius

  

Wyjście na dzisiejszą przeraźliwą wichurę, by zagłosować w wyborach uzupełniających na burmistrza, przypłacam wieczorną migreną. Doświadczam swego ciała wyłącznie poprzez ból – rozkosze są wciąż mu nieznane. Cierpienie i przyjemność, rejony górne i partie dolne…

Próbuję coś zaplanować, ustalić odnośnie przyszłości, dowiedzieć się, czego właściwie bym pragnął – i nic nie widzę. Różnica między wyrzeczeniem (ascezą) a niemożnością (impotencją)…

  

piątek, 25 stycznia 2008
368. Peregrinatio

  

Miał to być dzień intensywnej pracy, pisania i tworzenia, ale złożone samemu sobie obietnice najtrudniej jest chyba spełnić. Pomysł odebrania dziś właśnie nowego dowodu osobistego, z koniecznością spaceru w odległe rejony mojego miasteczka się wiążący, rejony na uboczu głównego nurtu życia leżące i dawno już przy tym niewidziane – wcielony w życie został i plony obfite a nieoczekiwane przyniósł. Wyprawa w konkretnym celu we włóczęgę poznawczą się zmieniła, a ja sam z petenta stałem się turystą i eksploratorem, stąpającym po własnych śladach z odległej przeszłości, które czas zdążył już niemal bezpowrotnie zatrzeć. Oglądałem niegdyś znane, przypominałem sobie zapomniane…

   

                    „Dziesięć minęło lat od tego czasu –

                    I w życiu mym niejedna zaszła zmiana,

                    I sam, podległy ogólnemu prawu,

                    Zmieniłem się – w tym miejscu wszakże znów

                    To, co odeszło, wraca do mnie żywe,

                    I zda się, żem po gajach owych błądził

                    Zaledwie wczoraj”. 

                                        [Aleksander Puszkin. Przeł. W. Woroszylski]

  

Wszędzie majaczyły mi cienie dawnego Dyhernfurthu…

Stare Miasto, które – choć centrum ordynacji (Fideikommiss und Seniorat) – nigdy w pełni miejskich kształtów nie nabrało, służąc jedynie za zaplecze pałacowego majątku, jakkolwiek lokowane było przywilejem cesarskim Leopolda I w Roku Pańskim 1662 wedle planu przemyślanego i wciąż czytelnego. Gdzieś tu Sabataj Bassa z Kalisza rozwinął swoją słynną na cały kontynent hebrajską poligrafię, której dopiero konkurencja Berlina i Frankfurtu mogła zagrozić. Stojący obok budynek tandetnie dziś zielonej remizy strażackiej wzniesiono w przeddzień Wiosny Ludów przy finansowym wsparciu Rotszyldów jako synagogę dla tutejszej gminy – biesiadne tańce odbywają się (wciąż jeszcze?) tam, gdzie starsi w wierze bracia dzisiejszych mieszkańców nabożnie wielbili Tego, Który Jest. Na rezydencji dawnych zarządców Śląska nie znać już ani mistrzowskiej ręki K. G. Langhansa, ani o stulecie późniejszej przebudowy, przenoszącej nad Odrę strzeliste wzory francuskiego renesansu z doliny Loary – po wejściu Sowietów do opuszczonego miasta naziści raz jeszcze uderzyli, by zatrzeć ślady ukrywanej przed światem produkcji gazów bojowych i zbrodni na więźniach popełnianych w dwóch tutejszych filiach złowieszczego obozu Gross-Rosen; płonący w wyniku tej akcji pałac był jedną z ostatnich ofiar szaleństwa, które popchnęło najbardziej kulturalny naród Europy na skraj nie tylko moralnej przepaści. Czy winić za pożar należy bardziej generała Sachsenheimera, czy porucznika Maksymowa – nie dziś już rozstrzygać. Z tarasu na tyłach w ogólnych tylko zarysach odbudowanej rezydencji, w której niegdyś chroniono pamiątki po nieszczęsnej Marii Antoninie, a dziś wyświetla się amerykańskie komedie, widać ostatni w tej części kraju prom przez rzekę – dowód, że nawet zachodnia Polska zdaje się tkwić jeszcze w XIX stuleciu. Obok tak zwana oficyna (dawny Mały Pałac); przez powojenne dziesięciolecia popadająca w ruinę, dziś pięknie odrestaurowana dzięki środkom unijnym po powodzi tysiąclecia – nawet katastrofy przynoszą zatem coś dobrego, nawet tragedie mogą się kończyć happy endem. Tu mieści się Urząd, cel podróży mej główny. Wchodzę, czekam, odbieram, kwituję.

Po wszystkim kieruję się do parku – niegdyś angielskiego w swoich (znów Langhans!) założeniach projektowych, dziś zdecydowanie polskiego w ogólnym zaniedbaniu. Pływające po stawie kaczki-krzyżówki są jedynie szarym wspomnieniem po latami obecnych tu łabędziach; pamiętam też zarośla trzciny i tataraku – dziś nagie nabrzeża obnażają nędzę domku na środku akwenu, żałośnie sterczącego na palach ponad obniżonym lustrem wody. Przelatujący z pnia na pień niebieskawordzawy kowalik ciągnie mnie między drzewa. Wiem podświadomie, gdzie zmierzam – i oto sprofanowane po wielekroć i zrujnowane mauzoleum von Hoymów, ślad po czasach, gdy tradycję i przeszłość otaczano religijną niemal czcią. Zawsze przerażała mnie martwota tego miejsca – gdy stały tu trumny, z pewnością miało w sobie więcej życia.

Gdzieś w górze zaskakująco dziś silny wiatr rozpoczyna swój ryk – strzelające w niebo nagie gałęzie i konary dołączają kolejno do chóru i wysoko ponad moją głową tworzą niezwykłą symfonię trzasków, skrzypień i stuków. Zapomniałem już, jak las potrafi śpiewać, jak słońce uśmiecha się spoza drzew...

Wracam do domu, pomiędzy bezduszne blokowiska z epoki późnego Gierka, zmęczony i zmarznięty, z ogromną satysfakcją jednak. Chciałbym Cię kiedyś zabrać na podobny spacer. A jeszcze bardziej – żebyś to Ty zechciał pójść ze mną…

  

środa, 23 stycznia 2008
367. Analiza III

  

Na zadane dziś pytanie, jaka ma być teraz, po tym wszystkim rola rodziców w moim życiu, skoro przez całe życie nie chciałem ich do siebie dopuścić, cóż odpowiedzieć mam? Wciąż nie chcę dzielić się z nimi moją prywatnością, wciąż rozmawiać o tym nie umiem i nawet sobie nie życzę, tym bardziej, że nadal niepewny swego ja, wciąż jednoznacznie niezadeklarowany złudną nadzieję im tym daję, a o ile uzyskałem od nich zgodę na dokonanie każdego wyboru, to akceptacji i wsparcia już mi odmówiono. Między czym a czym mam jednak wybierać?

Brak jakichkolwiek kontaktów i związków z ludźmi przez te wszystkie lata oduczył mnie słów i uczuć, przeradzając się w jakąś bezduszną obojętność, w której nawet ratowanie samego siebie wydaje się zbytecznym, niecelowym wysiłkiem. Wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, było odwrotnością lub karykaturą tego, jak być powinno, jak jest u innych. Nie ma niczego, na czym mogłoby mi zależeć, wszystko za to może być poczytane za przeszkodę, która mi zawadza – na drodze ku czemu jednak?...

  

„– Pan jest gorszy niż morderca.

Zamyśliłem się na chwilę i potem powiedziałem z miną człowieka głęboko wzruszonego:

– Tak, taki był mój los od samego dzieciństwa! Wszyscy czytali na mej twarzy oznaki złych skłonności, których nie było, ale przypuszczano, że są, i one się we mnie zrodziły. Byłem skromny, oskarżono mnie o obłudę: stałem się skryty. Odczuwałem głęboko dobro i zło, nikt mnie nie pieścił, wszyscy dokuczali: stałem się zawzięty; byłem pochmurny – inne dzieci były wesołe i gadatliwe, czułem się wyższy od nich – a uważano mnie za coś niższego. Stałem się zawistny. Byłem gotów kochać cały świat – nikt mnie nie zrozumiał: i nauczyłem się nienawidzić. Moja bezbarwna młodość upłynęła na walce z sobą i ze światem; lękając się szyderstwa, najlepsze moje uczucia chowałem w głębi serca i tam umarły. Mówiłem prawdę – nie wierzono mi: zacząłem oszukiwać, dobrze poznawszy świat i sprężyny kierujące społeczeństwem stałem się biegły w nauce życia i widziałem, jak inni bez tej biegłości są szczęśliwi czerpiąc darmo te korzyści, o które tak niestrudzenie walczyłem. I wówczas w piersi mojej zrodziła się rozpacz – nie ta rozpacz, którą się leczy lufą pistoletu, lecz rozpacz zimna, bezsilna, ukryta pod maską uprzejmości i dobrodusznego uśmiechu. Stałem się moralnym kaleką: jedna połowa mej duszy przestała istnieć, wyschła, wyparowała, umarła, odciąłem ją i odrzuciłem – podczas gdy druga drgała i żyła otwarta dla każdego, a nikt tego nie zauważył, ponieważ nikt nie wiedział o istnieniu tej połowy, która zginęła”. 

          [Michaił Lermontow, Bohater naszych czasów. Przeł. W. Rogowicz]

  

wtorek, 22 stycznia 2008
366. Amour-propre

  

Dziś dopiero uświadamiam sobie w pełni to, co zaszło wczoraj, z prawdziwym wzruszeniem, ze smutku uśmiechem ogarnąć się staram miłość matki, która wciąż nie akceptując tego, czego odkrycie było dla niej szokiem, co napełnia ją przerażeniem, co zniweczyło szereg jej nadziei i planów, postanowiła jednak z tym nie walczyć, widząc skutek odwrotny do zamierzonego, wciąż cierpiąc – nie chciała już dłużej dziecku swemu zadawać cierpienia i wycofała się, poddała, zwalniając mnie z morderczego uścisku swojej bezradności. Pierwszy raz chyba myślę o niej z podziwem, a ból, jaki jej mimowolnie zadałem (także wcześniejszą nieszczerością, co bólu przecież miała jej oszczędzić), ból ogromny, który wczoraj (widziałem i słyszałem przecież) ściskał jej gardło, jest mi niczym wyrzut sumienia.

W każdym razie – odtąd już (znowu) z wewnętrznymi jedynie, a nie z narzuconymi z zewnątrz ograniczeniami przyjdzie mi się zmagać. Zbyt wiele tych złych nawyków, zbyt wiele niekoniecznie zawinionych braków, bym patrzył w przyszłość z nadzieją, a na dodatek P. ostrzega mnie (słusznie!) przed niebezpieczeństwem cynizmu – czyżby miłość własna miała być jedyną mi pisaną?

  

Tagi: homo rodzina
22:12, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 21 stycznia 2008
365. Yet it will come...

  

No więc – piątek.

Było jak na tanich komediach: roztrzęsiony, gotów ze wszystkiego zrezygnować, spazmatycznie łkający, kompletnie załamany pacjent i wzruszona terapeutka, podająca mu z pudeka chusteczki. Myśl o poddaniu się została jednakże oddalona, ucieczka wciąż niebrana w rachubę – musiałbym przecież uciekać, kryć się, tułać do końca życia. Mój brak zaradności życiowej czy wreszcie konieczność pozostawienia półtora tysiąca nagromadzonych w ostatnich latach książek tym bardziej nie dodawały motywacji, by wyjść i nie wrócić; za to chęć ratowania rodziny, którą nigdy w pełni nie byliśmy, kazała mi jednak pozostać. Wybrałem trudniejszą drogę – chciałem, byśmy przeszli przez nią razem. Postanowiłem, że na następnym spotkaniu terapeutycznym nie zjawię się sam, lecz z nią.

No więc – czwartek...

  

„Jeżeli się to stanie teraz, nie stanie się później, jeżeli się później nie stanie, stanie się teraz; jeżeli nie teraz, to musi się stać później”

                    [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski].

  

Przygotowywałem się na najbardziej traumatyczny dzień w moim życiu, ale przecież jeszcze wiele takich dni być miało, więc czekałem na nieuchronne. A tymczasem...

Poniedziałek – trzy dni wcześniej, niż się spodziewałem, nieoczekiwanie, w cztery oczy (gdybym tylko nie był odwrócony do ściany), bez pośrednika czy rozjemcy, rozmowa się odbyła: bolesna jak żadna spośród tych rozmów bolesnych, umożliwiająca jednak częściowe porozumienie, odbudowująca więzy, które zerwaniu ulec nigdy nie powinny, zwracająca mi wolność...

Znów mam prawo do własnego życia – niech więc się ono rozpocznie...

  

piątek, 18 stycznia 2008
364. The Nightmare of Reason
   
Przeglądając dopiero co kupioną biografię Franza Kafki pióra Ernsta Pawla ( jak zwykle
– zamiast zacząć czytać, kartkuję jedynie, dotykam, oglądam ze wszystkich stron, ale być może próbuję też w ten sposób „zaprzyjaźnić” się z każdą nową książką, ugłaskać ją i może nawet przeprosić za to, że odkładam lekturę na później) natrafiam na enigmatyczne, lecz porażające zdanie z listu Kurta Tucholskyego, napisanego na kilka tygodni przed jego samobójczą śmiercią:
  
                    „Tak dokładnie jest ze mną: jeszcze nie i już nie...”
  
I znowu tekst odarty z pierwotnego kontekstu staje się moim tekstem, czyjeś życie przyjmuję za część życia własnego. Inaczej nic by się w nim przecież nie działo, a ja nie umiałbym nawet wyrazić tego, co czuję.
Książki, wiersze, pojedyncze zdania ratują mój rozum od jego zimnej obojętności, jałowości myśli i uczuciowej apatii. Bez nich życie (takie życie!) byłoby koszmarem nie do zniesienia. Wolę mieć dzięki nim otwarte oczy i męczyć się, wiedząc przynajmniej, co tracę, niż wieść jałowe życie, nie poznawszy prawdziwych wzruszeń...

  
                    „I to już wszystko, co płaczem, pokorą,

                    Pochlebstwem człek wyżebrać zdołał.
                    I to już wszystko, co z sobą zabiorę
                    W krainę niemych ucałowań...

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. A. Mandalian]
  
Nie wiem, dlaczego łudziłem się, że w tych dniach ostatnich, po tym, co się stało, jednak zauważysz moje milczenie, że się zainteresujesz, może nawet przejmiesz. Że zapytasz. Ale nie. Moja pewność za każdym razem okazuje się tylko ułudą zmąconego marzeniami umysłu. Wciąż zapominam, że relacjami między ludźmi – tak jak snem
– nie rządzą prawa logiki.
Sny mi jedynie zostały, bo zasnąć, to jakby umrzeć. Koszmary mam na jawie... 
  
wtorek, 15 stycznia 2008
363. Passage à vide

  

Powinienem już się przyzwyczaić, że po dniach spokojnych przychodzi burza, że trzeba się wciąż mieć na baczności, a jednak znów dałem się zaskoczyć, znów nie mogłem wyjść ze zdumienia, bo znów – popełniłem błąd i zostałem przyłapany.

   

                    „Sam sobie winien; zatruł sobie spokój

                    I znosić musi skutki swej głupoty”.

  

Tym razem piorun uderzył nie w piątek wieczorem, a w sobotę rano: siłą odebrany telefon, Internet zamknięty (niewiarygodne, ale możliwe) na kłódkę, najintymniejsze zapiski, w tym „zadanie domowe” sprzed paru tygodni – wydobyte jakąś zmyślnością diabelską z najgłębszego ukrycia i zabrane (dokąd?), by posłużyć w przyszłości przeciwko mnie jako akt oskarżenia – moją spisany ręką! Bo że to wróci jeszcze, rzecz pewna...

   

                    „Wszelkie burzące czynniki nieładu ścigają nas

                    i niepokoją aż do grobu”.

  

Już mnie to nawet nie boli, już tylko nudzi i męczy. Żałuję jedynie owej nieregularności, sporadyczności, z jaką uda mi się (wyłącznie we Wrocławiu przebywając) coś na tych łamach opublikować (tylko tu złe moce jeszcze nie dotarły), tych opóźnień kilkudniowych w odczytywaniu słów odzewu do mnie kierowanych. Obyż te przerwy były rzeczywiście tak „krótkie”!

Zostałem zatem sam – pozbawiony wszystkiego, bez nadziei, bez słowa otuchy, wyczerpany nierówną walką przechodzę w próżnię. Tylko ta pustka, którą w sobie noszę – już tylko ona jest moja! 

   

                    „Otóż i wypaliła się świeca i osiedliśmy w ciemności”. 

                              [William Shakespeare, Król Lear. Przeł. J. Paszkowski]

  

czwartek, 10 stycznia 2008
362. Trucizna

  

Dzisiejsze nabytki (w ramach nadrabiania zaległości): M. Streeruwitz, Partygirl; Ch. Wolf, Aż do trzewi; J. Guillou, Zło; R. Harvey, Libertadores. Bohaterowie Ameryki Łacińskiej; F. Pessoa, Księga niepokoju.

Długo kartkuję tę ostatnią pozycję i mam nieodparte wrażenie, że mógłbym podpisać się pod każdym z odczytywanych tam zdań, że każde mogłoby być moim. I zaraz potem – kolejny już raz – myśl o mojej wtórności, o ukrywaniu się za słowami i tekstami innych, o nieszczerości, braku autentyzmu, o jakimś cieniu zalegającym na mojej indywidualności, który nie pozwala jej swego niepowtarzalnego tu-i-teraz-istnienia ujawnić.

A może jest na odwrót? Może to właśnie przerażony własną odmiennością wciąż usilnie staram się utożsamić z czymś, co dawałoby choć pozór jakiegoś wytłumaczenia…

  

„[38] Zazdroszczę wszystkim ludziom, bo to nie ja nimi jestem. Ze wszystkich rzeczy niemożliwych ta wydawała mi się zawsze najwspanialsza; to ona stanowiła główny powód mojej codziennej żądzy i mojej rozpaczy wszystkich smutnych godzin.

  

[93] Żyję z wrażeń, które do mnie nie należą – ja, rozrzutnik wyrzeczeń, ktoś inny ode mnie, pozostający nieodmiennie mną samym.

  

[103] Pielęgnuję nienawiść do działania jak kwiat w cieplarni. Przechwalam się przed sobą moim odszczepieństwem od życia”. 

                         [Fernando Pessoa, Księga niepokoju. Przeł. M. Lipszyc]

  

To będzie kolejna z tych ksiąg przeklętych, które mi sączą jad w duszę i bez których żyć już nie mogę…

  

wtorek, 08 stycznia 2008
361. Peccatum veniale

  

Trzymasz mnie od tego z daleka, a ja i tak tkwię w samym środku. Ale masz rację, nie rozumiem w pełni, dlaczego obaj się tak męczycie. Twoja odmowa nie była przecież większym występkiem, niż oczekiwania Tamtego. Tutaj obaj zgrzeszyliście po równo. Chociaż nie – Ty jak zwykle wolałeś cierpieć z powodu uniknięcia czegoś niż zdecydować na to i po czasie dopiero stwierdzić, że jednak się nie udało. Wciąż unikasz tego, czego i tak nie unikasz. I teraz dwaj najbliżsi sobie na świecie ludzie udają, że nawzajem zadali sobie ból, bo jeden przestraszył się drugorzędnych przeszkód, choć to siebie najbardziej się boi, a drugi się podporządkował, gdy usłyszał „nie”, choć w oczach tego pierwszego słusznie widział „tak”.

Nie jeden drugiemu, ale każdy z Was sobie musi najpierw wybaczyć. Moja rola się już skończyła, bo obaj jesteście tak samo współ/nie-winni… 

   

                    „Tajemny mur w zbliżeniu ludzkim bywa,

                    Namiętność nie pokona go ni miłość – 

                    Choćbyś do warg w palącej ciszy przywarł,

                    Choćby z pragnienia serce ci krwawiło”.

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Braude]

  

niedziela, 06 stycznia 2008
360. Dum spiro, spero

  

Najpierw, wbrew intencjom, popełniasz błąd, za który rzeczywiście mógłbyś się jeszcze winić (ale, na bogów, nie samobiczować!), a zaraz potem, pod wpływem emocji, świadomie robisz głupstwo, bo zły na siebie myślisz, że to, coś teraz uczynił, będzie dla innych lepsze. Rezygnujesz z czegoś, co już nie tylko Twoim było udziałem i nie siebie jedynie w ten sposób karzesz, choć to właśnie Tobie będzie teraz najgorzej (naprawdę myślisz, że innych w ten sposób ratujesz?). Możesz się skryć przed drugimi, ale od siebie samego nie uciekniesz, siebie nie skasujesz, a ja też Cię nie wykreślę. Na dodatek zakleiłeś sobie usta – właśnie teraz, gdy powinieneś krzyczeć. Będę więc mówił za Ciebie. Ty możesz się poddać, ale ja tego nie zrobię, bo nie o siebie walczę… 

   

                    „Obejmuję cię widnokręgiem

                    Gór, granitową koroną skalną. 

                    (Bawię cię rozmową, bajki przędę – 

                    By ci lżej się oddychało, mocniej spało). 

                    […] 

                    …Kręgiem klombu i studni kręgiem,

                    Kędy kamień dojdzie zsiwiały!

                    I sieroctwa wzajemną poręką –

                    Samotnością mą doskonałą!

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. S. Pollak]

  

sobota, 05 stycznia 2008
359. Nil desperandum

  

Wszystko to, co między nami (co właściwie jest między nami?), zaczęło się od Twojej bezradności w obliczu mego samoudręczenia. I oto, dość nieoczekiwanie dla nas samych, zamieniliśmy się miejscami, a mi przyszło wystąpić w roli dotychczas Tobie przypisanej. Wydajesz się jeszcze mniej do tego przygotowany niż ja – kierowany emocjami popełniasz głupstwa i nie pozwalasz sobie pomóc. Zbyt wielu Cię jednak kocha, byś mógł do końca zwątpić w wartość siebie samego. Będę Ci o tym codziennie przypominał, aż w końcu powrócisz między żywych. A ponieważ niczego w zamian nie żądam, moja determinacja nie ma też żadnych granic.

Trzymaj się i pozwól innym trzymać z Tobą!...

  

Tagi: homo
13:32, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
piątek, 04 stycznia 2008
358. Tristia

  

A więc myliłem się wczoraj. Ten raz jedyny chciałbym się nie mylić. Moje błogosławieństwo było Ci jak klątwa, nadzieja moja była Twą rozpaczą.

Nie zabronisz mi jednak przeżywania tego wraz z Tobą, nawet jeśli nie mogę być przy Tobie i nie potrafię Ci pomóc, bo przecież wiem, jak jątrzą ranę słowa otuchy i jaka pustka zionie z wyciągniętych ku pociesze rąk. Jak zwykle masz rację – płacze się zawsze w samotności, wobec siebie jest się zawsze samemu… 

   

                    „Tak żądłem krew tknięta – bez jadu

                    Żałośnie się żaląc – łka! 

                    Tak w miłości wżalamy się padół:

                    Wpadamy – w spadanie: bez dna”. 

                                        [Maryna Cwietajewa. Przeł. J. Salamon]

  

To ja wciąż odrzucam miłość innych, dlatego nie licytuj się ze mną na bezduszność i okrucieństwo, bo zawsze przegrasz. Nie jesteś w stanie zniechęcić mnie do siebie.

Wciąż cierpisz, próbując uniknąć cierpienia – wciąż szczęścia się boisz. A przecież, tak czy owak, jedno wiąże się z drugim. Prawdziwa ironia losu, że to ja muszę teraz dodawać Ci odwagi i sił, mówiąc to, co sam wiesz przecież najlepiej…

  

czwartek, 03 stycznia 2008
357. Ich grolle nicht

   

                    „Popiołem dla mnie jest innych uznanie, 

                    Pochwałą – nawet twoje urąganie”. 

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. Z. Dmitroca]

  

Nie, nie gniewam się, choć me serce krwawi. Bo cóż mi po najcieplejszych choćby słowach od nich wszystkich (dziękuję Ci, P., za wzruszenie cudownymi życzeniami), skoro o wiele bardziej mnie obchodzi chłód Twojego milczenia – szczęśliwyś, że nie wiesz, jak ono jest wymowne (a skoro nie wiesz – toś pewnie teraz szczęśliwy). Inni, którzy są obecnie (od zawsze, na zawsze) przy Tobie, radością swoją przesłonią Ci mój smutek, a myśl, że przynajmniej Ty żyjesz w pełni i żyć tak będziesz, ogrzewa i mnie. Miast ronić łzy – błogosławię zatem naszej rozłące. Za wszystkich, za wszystko…

  

wtorek, 01 stycznia 2008
356. Blessing

  

Jeśli mogę być za coś wdzięczny tym sześciu miesiącom ostatnim, tak bolesnym i trudnym przecież, to za pojawienie się w moim życiu – innych: najpierw intrygujących pseudonimów, potem ujawnionych mi prawdziwych imion, wreszcie twarzy; za listy, rozmowy i esemesy, a w jednym przypadku spotkania twarzą w twarz nawet. Z miast odległych i nieznanych, z obu stolic, spod puszczy i znad kanałów spłynęła ciepłych słów moc wielka i za to właśnie serdeczne dzięki Wam: a więc J. i D., M. i K., P1 i G., A. i P2. Zyskałem przyjaciół, przyszywaną siostrę i kogoś, kto mógłby nawet być… – ale sza! Większych łask nie godzi się już oczekiwać… 

   

                         Ianuarias nobis felices multis annis!

  

Archiwum
Tagi