~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 29 stycznia 2009
557. "Desperate Housewife" - czyli: Debiuty Pana Cogito...

  

Ciągnąca się od poniedziałku grypowa niedyspozycja mamy przerzuca na moje barki odpowiedzialność za całe nasze gospodarstwo domowe. Bo to i śniadanie chorej przygotować trzeba, i kawę jej na oko zaparzyć, i pranie samodzielnie zrobić, i zakupy większe niż zazwyczaj, i posiłek główny na 15.20 rodzinie całej ugotować. Wykręcając się wstydem, odmawiam zamówienia czegoś gotowego i uczę się poruszać po kuchni, posługiwać durszlakiem i patelnią. Był więc ryż z pieczarkami, był makaron z serem, dzisiaj smażona biała kiełbaska, a jutro najpewniej racuchy z jabłkami. Rzadko kiedy zjadam wszystko z takim apetytem jak teraz, gdy sam muszę to nieporadnie przyrządzić…

  

„Obiad widocznie nie był w życiu Nozdriowa czymś najważniejszym, potrawy nie odgrywały zbyt wielkiej roli: to i owo się przypaliło, tamto całkiem nie ugotowało. Widocznie kucharz kierował się raczej jakimś natchnieniem i brał to, co mu pierwsze wpadło pod rękę”

                    [Mikołaj Gogol, Martwe dusze. Przeł. W. Broniewski].

  

poniedziałek, 26 stycznia 2009
556. Alex: Odyseja. Zarys - czyli: Z zakupu książki Alessandro Baricco "Homer, Iliada" wynikłe inspiracje...

  

Po trzech tygodniach nasz ulubiony Bohater zapragnął powrócić do Wrocławia. Udaje mu się wcześniej niż zazwyczaj wstać z łóżka, a mimo to zdąża na stację w ostatniej niemal chwili. O godzinie 10.00 wysiada z pociągu i ulicą Piłsudskiego udaje się w kierunku Świdnickiej, gdzie coś zbyt długo w związku z planami zarobkowymi Bohatera wyłania się spod rusztowań błyszcząca złotem Renoma. Potem przecina Plac Solny i na ulicy Ruskiej w Centrum Taniej Książki nabywa za 40,50 zł 6 woluminów (Konwicki, Magris, Tabucchi, Baricco, Żadan, Dragoman), przy czym, na stwierdzenie pani przy kasie, że jedna książka jest według danych w komputerze tańsza o 3 zł i po tej właśnie niższej musi mu ją sprzedać, Bohater mówi: „Trudno”, który to żart zostaje należycie doceniony. Następnie protagonista niniejszego eposu wpada na chwilę do Empiku na północnej ścianie Rynku, stamtąd zaś − przez ulicę Oławską, plac Dominikański, park Słowackiego i most Grunwaldzki − udaje się na Plac Grunwaldzki. W świątyni komercji pod wezwaniem 1410 zabawia kilkadziesiąt minut, usiłując wyszukać coś w dobiegających końca wyprzedażach, w efekcie czego wychodzi stamtąd zaledwie z dwoma kompletami skarpetek (łącznie 14 par) i parą majteczek. Do centrum miasta wraca tą samą drogą, by po kilku przymiarkach u panów Hennes & Mauritz na ulicy Świdnickiej cofnąć się do Galerii Dominikańskiej, gdzie w salonie Ideal w ciągu 10 minut skraca swoje włosy o jakieś 1,5 cm. Następnie Bohater zamyka się na kolejnych 10 minut w przymierzalni sklepu C&A, by doprowadzić swoją fryzurę do stanu jako takiej wyglądalności, aż wreszcie może bez obaw wyjść na miasto i drobnym kroczkiem udać się na Dworzec Główny, by wrócić pociągiem (planowy odjazd 14.50) do domu. O 16.05 może już zacząć jeść odgrzewany obiad w swoim pokoju, potem odrabia przewidziane na dziś przez komputerowy kurs angielskiego powtórki, przez jakiś czas odpoczywa, czyta kilka stron zaczętego wczoraj Sahiba, przyrządza sobie kolację, ogląda Tajnego współpracownika Cezarego Harasimowicza w Teatrze Telewizji, aż wreszcie zasiada do sporządzania odpowiedzi na list swojej jedynej obecnie korespondentce i łączniczce ze światem. Zostawmy go w tym miejscu, na chwilę przed ułożeniem się do snu. Tak wiele przygód i podróży dopiero na niego czeka...

  

niedziela, 25 stycznia 2009
555. O "naszej małej stabilizacji"...

  

Te godziny od wtorku wieczorem do środowego południa − gdy zdawało się, że to już, teraz, zaraz opuszczać, uciekać, wynosić się trzeba będzie − jakkolwiek straszne się zdawały, zmuszały też do jakiegoś ożywczego działania, podjęcia błyskawicznych przygotowań albo chociaż ich obmyślenia: gdzie walizki kupić, co zabrać, co zostawić, dokąd się udać, kogo o pomoc prosić, jak swój strach przełamać… I choć ostatecznie wszystko udało się jakoś załagodzić, wyjaśnić i odłożyć, to owa wytrącająca z dotychczasowej apatii pseudoaktywność była czymś, na swój sposób, przyjemnym i mobilizującym.

Nie zatracić teraz tego w sobie, szykować się mimo wszystko, trwać w pogotowiu…

  

„Jeśli rano postanawiam odstąpić od wszelkich swoich śmiesznych zobowiązań, wyjść ze stanu wieloznaczności i osiągnąć jednoznaczność, to dzień dostarcza mi tysiąca powodów, by dokonywać tego przejścia raczej łagodnie, a w okolicach kolacji godzę się z tym, że tymczasem wszystko zostanie po staremu”

                    [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

17:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 23 stycznia 2009
554. O potrzebie powściągnięcia swojego ekshibicjonizmu, skoro pole walki stało się ostatnio przestrzenią komunikacji...

   

                    „Milcz i zazdrośnie wśród milczenia

                    Zataj i czucia, i marzenia.

                    Niech w głębi ducha zatajone

                    Rodzą się i zachodzą one

                    Cicho jak gwiazdy w nocnym cieniu:

                    Wpatruj się w nie − i trwaj w milczeniu.

   

                    Jak sercu wypowiedzieć siebie?

                    Innemu jakże pojąć ciebie?

                    Będzież twa dusza zrozumiana?

                    Kłamstwem jest myśl wypowiedziana;

                    Ryjąc zamącisz nurt w strumieniu:

                    Ze źródła pij − i trwaj w milczeniu.

   

                    Umiej żyć tylko w sobie samym.

                    W twej duszy cały świat schowany

                    Dum czarodziejsko tajemniczych;

                    Hałas zewnętrzny je przekrzyczy,

                    Zbledną w gwarnego dnia promieniu:

                    Uchwyć ich pieśń i − trwaj w milczeniu!”

                              [Fiodor Tiutczew, Silentium! Przeł. W. Słobodnik].

  

środa, 21 stycznia 2009
553. O tym, że "ja jestem, proszę Pana, na zakręcie"...

  

Byłyżby te moje słowa aż tak straszne, tak − w swej Czechowowskiej beznamiętności i obiektywności − okrutne, tak boleśnie raniące? A jednak są − wbrew intencjom, bo ewentualne szyderstwo miało być wymierzone we mnie, nie w innych. Nie da się najwidoczniej przewidzieć wszystkich odczytań swoich tekstów. Tak oto literatura, którą sam odbierałem dosłownie, odpłaciła mi się z nawiązką…

Z przedstawionych mi wczoraj dróg − zanegować, zniszczyć to, co stworzyłem lub w przeciągu tygodnia opuścić ukochany dom − muszę teraz wybrać obie. Nie chcę, ale muszę. Tak będzie najlepiej dla nas wszystkich…

   

                    „Odchodzimy sobie pomalutku

                    W tę krainę, gdzie cisza i błogość”… 

                                        [Siergiej Jesienin. Przeł. A. Kamieńska].

  

[Dopisane dzień później:]

...ale nie tak szybko, jak to się zdawało...

  

niedziela, 18 stycznia 2009
552. O pępowinie - czyli: My obydwoje...

  

„Mówiła sobie, że wspólne przeżycie dzieciństwa Jaromila jest dla nich zobowiązaniem i świętym przymierzem. Coraz częściej uświadamiała sobie jednak, że syn zdradza to przymierze. Gdy to niego mówiła, widziała, że jej nie słucha i głowę ma pełną myśli, którymi nie chce się z nią podzielić. Stwierdziła, że się jej wstydzi, że zaczyna strzec swoich drobnych tajemnic, cielesnych i duchowych, i zasłania się zawojami, przez które ona nic nie widzi.

Bolało ją to i drażniło. Czyż w tej umowie, którą wspólnie spisali, gdy był małym dzieckiem, nie było napisane, że będzie z nią zawsze żyć ufnie i bez wstydu? (…)

  

− Zabijesz mnie! Zabijesz mnie! − zawołała histerycznie i wybiegła do sąsiedniego pokoju.

Jaromil stał przestraszony i rozlewało się w nim poczucie jakiejś wielkiej winy.

(Ach, chłopcze, nigdy nie pozbędziesz się tego poczucia. Jesteś winien, jesteś winien! Za każdym razem, kiedy będziesz wychodzić z domu, towarzyszyć ci będzie pełne wyrzutu spojrzenie, które będzie cię wołać z powrotem! Będziesz chodzić po świecie jak pies przywiązany na długiej smyczy! Nawet gdy będziesz daleko, zawsze będziesz czuł dotyk obroży na szyi! Nawet gdy będziesz w towarzystwie kobiet, nawet gdy będziesz z nimi w łóżku, z twojej szyi poprowadzi długa smycz i gdzieś daleko mama trzymająca jej koniec w ręce będzie czuła poprzez szarpanie linki nieprzyzwoite ruchy, które wykonujesz!)

  

(…) Siedział więc tutaj, między dorosłymi ludźmi, przepoczwarzony w matkę, która go obejmowała i ciągnęła z powrotem z tego świata, do którego chciał należeć i który odnosił się do niego uprzejmie, traktując go jednak jak kogoś, kto jeszcze doń nie należy. Było to tak nieznośne, że Jaromil zebrał wszystkie swe siły, aby strząsnąć z siebie twarz matki, by się z niej wydostać (…).

  

Mama czytała wiersze, które Jaromil milczkiem kładł jej na stół, i starała się poprzez nie zajrzeć w życie syna. Gdybyż te wiersze mówiły przynajmniej zrozumiałym językiem! Ich szczerość jest fałszywa: są pełne zagadek i niedomówień; mama wie, że syn ma głowę pełną kobiet, ale nie ma pojęcia, co go z nimi łączy.

Dlatego otworzyła kiedyś szufladę jego biurka i przeglądała ją, aż w końcu znalazła dziennik. Uklękła na podłodze i wertowała go w podnieceniu; zapiski były hasłowe, dowiedziała się z nich jednak, że syn ma swoją miłość (…).

  

Dopiero wiele dni później dostrzegła w mizerności syna oprócz zmęczenia także smutek. To ją z nim powoli godziło i dawało jej nadzieję: mówiła sobie, że kochanki krzywdzą, a matki pocieszają; mówiła sobie, że kochanek jest wiele, ale matka tylko jedna. »Muszę o niego walczyć, muszę o niego walczyć«, powtarzała sobie i krążyła wokół niego jak czujny współczujący tygrys. (…)

  

Jaromil był samotny i tylko matczyne oczy obserwowały go uważnie i były zawsze przy nim, ale to właśnie było nie do zniesienia; czyjeś oczy wciąż obnażały jego samotność, która miała być ukryta i niewidoczna. Nie znosił spojrzeń matki ani jej pytań. Uciekał z domu i wracał późno, kładąc się zaraz do łóżka. (…)

  

− Jaromilu, co się z tobą dzieje?

Poufała obojętność pytania sprawiła, że łzy napłynęły mu do oczu; nie mógł nigdzie uciec, a mama ciągnęła dalej:

− Przecież jesteś moim dzieckiem. Przecież znam cię na wylot. Wiem o tobie wszystko, chociaż z niczego mi się nie zwierzasz.

Jaromil spoglądał w bok i było mu wstyd. A mama mówiła dalej:

− Nie wolno ci patrzeć na mnie jak na matkę, pomyśl sobie, że jestem twoją starszą przyjaciółką. Gdybyś mi się zwierzył, może by ci ulżyło. Wiem, że coś cię dręczy. − Po czym dodała cicho: − I wiem, że to z powodu jakiejś dziewczyny.

− Tak mamo, jest mi smutno − przyznał się, ponieważ ciepława atmosfera wzajemnego zrozumienia otoczyła go zewsząd, tak że nie mógł się z niej wyrwać. − Ale trudno mi o tym mówić…”

                  [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

  

20:55, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
piątek, 16 stycznia 2009
551. "Dreszcze" albo "Zmory"...

  

Wczoraj stan podgorączkowy, nudności i zawroty głowy, drgawki pod kocem, lipa z miodem, brak w domu choćby aspiryny. Dziś już dobrze, zdrowo, lżej. A więc nie grypa − być może więc jakaś opóźniona reakcja nerwowa na środowe zdemaskowanie, blogowe wyoutowanie, utratę anonimowości i ostatniego już miejsca, które byłoby tylko dla mnie. Chciałbym wierzyć, że wdzieranie się do najgłębszych pokładów mojej intymności i żądanie spowiadania się, tłumaczenia wszystkich myśli, słów, czynów − to nie jedyne rozumienie szczerości i zaufania w mojej rodzinie...

  

…„prawdziwie dorosły jest tylko ten, kto jest nieskrępowanym panem jakiejś zamkniętej przestrzeni, w obrębie której wolno mu robić, co chce, gdzie przez nikogo nie jest obserwowany ani kontrolowany”

                  [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

  

Zbyt wiele dobrego zawdzięczam temu miejscu, by zgodzić się z osądem, że to pisanie jest chore. Mogę tylko żałować, że niektóre z moich emocji sprawiły tyle łez. Mnie samemu udało się w środę pierwszy raz nie płakać. Nie wiem, jak będzie teraz, pod groźbą prewencyjnej autocenzury, ale wciąż mam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży…

  

„Długo rozmawiali ze sobą tego dnia i w końcu znaleźli w ten sposób, matka i syn, tych dwoje niefortunnych kochanków, pociechę w sobie nawzajem” [Ibidem].

  

Gdyby nie listy (do) Ani, byłbym z tym wszystkim całkiem sam. Zawsze w najtrudniejszych momentach zostają przy nas tylko kobiety. Na mężczyzn nie ma co liczyć…

  

wtorek, 13 stycznia 2009
550. O "Zabawach przyjemnych i pożytecznych"...

  

Lecząc się z przykrótkiego w tym roku kataru, czytam kolejnego już Somozę i zabawę mam przednią − oddawszy całą młodość XIX-wiecznym realistom, do tej pory tylko przy Nabokovie i Calvino stykałem się z literaturą tak otwarcie igrającą czytelnikiem, mnożącą tropy, nieukrywającą, że to tylko sztuka, nie życie. Czytelników, znających i rozgrzeszających moją dotychczasową skłonność do uznawania cudzych tekstów za swoje własne, nie zdziwi chyba to uwiedzenie przez książkę, w której tłumacz-narrator odnajduje samego siebie w opracowywanym właśnie utworze… 

  

…„nie możemy popadać w obsesję na jakimś punkcie, nie czując zarazem, że stanowimy część tego czegoś”

               [José Carlos Somoza, Jaskinia filozofów. Przeł. A. Rurarz]. 

          

     

  

…A jeśli wszystko to, co do tej pory zostało tu napisane, opowiedziane, wyznane warte jest przynajmniej 1,22 zł, to z przyjemnością powitam każdy SMS o treści A01092 (0 to cyfra) wysłany na numer 7144 (z jednego numeru można oddać tylko jeden głos na dany blog). Głosować można do 22 stycznia, do godziny 12.00. Zapewne nie mam wielkich szans, bo nie zamierzam prosić o pomoc krewnych i znajomych z naszej-klasy.pl (za to wszystkich czytelników jak najbardziej), ale chyba warto zweryfikować swoje przekonanie o własnej wartości lub też dla kogoś ważności

  

poniedziałek, 12 stycznia 2009
549. Mijanie się - czyli: O (moim) życiu towarzyskim notka rozczarowująca...

  

„Człowiek latami blisko kogoś zna, czasami kilkadziesiąt lat, powoli wszyscy przyzwyczajają się do tego, że unika się pytań na tematy osobiste i innych naprawdę ważnych spraw; ale zawsze ma się nadzieję, że kiedyś, w bardziej sprzyjających okolicznościach, będzie okazja, żeby poruszyć te sprawy, postawić pytania; odsuwana w nieskończoność perspektywa jakiegoś bliższego i bardziej autentycznego kontaktu z drugim człowiekiem nigdy nie zanika, po prostu dlatego, że to niemożliwe, że żaden kontakt międzyludzki nie może rozwinąć się w ciasnych i raz na zawsze ustalonych ramach. Pozostaje więc perspektywa kontaktu »autentycznego i głębokiego«; pozostaje przez kilka, często przez kilkadziesiąt lat, do czasu, kiedy nadchodzi jakieś brutalne, kończące coś ostatecznie wydarzenie (zazwyczaj jest to czyjaś śmierć) i wtedy stwierdzamy, że jest za późno, że ten »autentyczny i głęboki« kontakt, na który tak czekaliśmy i którego wyidealizowany obraz już sobie wyrobiliśmy, nie nastąpi, tak samo zresztą jak wszystkie inne kontakty. Przez piętnaście lat życia zawodowego Desplechin był jedyną osobą, z którą Michel życzyłby sobie nawiązać kontakt wychodzący poza ramy kolejnych, czysto użytkowych, nieskończenie nudnych sytuacji, składających się na naturalny klimat życia biurowego. No i nie, nie udało się”

   [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

piątek, 09 stycznia 2009
548. "Samomistrz, czyli zamistrzowanie" (tytuł przez Mrożka użyczony)...

  

Głos z zewnątrz: „Zastanawiam się, na ile chciałbym, abyś był taki, jak piszesz, a na ile, by była to tylko literacka egzaltacja, a ty taki bardziej zwyczajny… człowieku-zagadko”.

Problem uwięzienia w Formie, siły przyjętej konwencji, Pupy i Miny. To samo w rozmowie z J. przed tygodniem, w jego wspólnej decyzji z P., w ostatnich zapiskach T. − motyw nieprawdziwości wystawionego na pokaz ja wirtualnego, pragnienie przyczajenia się, wycofania w prywatność, powrotu do życia realnego, zamilknięcia na czas jakiś. Otwarcia Nowego Etapu.

Przestają zatem, kasują, blokują − ci najchętniej czytani, ci jedyni osobiście znani. I gdzieś w tym wszystkim myśl, że i ja powinienem, że być może płacę za wysoką cenę tej swojej rzekomej perfekcji, że kogoś tym pseudo-tworzeniem oszukuję albo sam kłamstwo przyjmuję za prawdę. Bo nigdy nie miałem innego życia…

A jednak wciąż nie potrafię tego zrobić. „Jestem tu dla własnej chorej świadomości” − pisze u siebie A. I może właśnie dlatego…

  

[A zapiski J. z pomocą M. udaje mi się ocalić od zapomnienia. Mam je już tylko dla siebie, namacalnie, powtarzalnie...].

  

środa, 07 stycznia 2009
547. O amplitudach temperatur, skokach podskórnego ciśnienia i emocji huśtaniu się...

  

Śpię przy zakręconym kaloryferze, za oknem minus dwadzieścia. Grzeją mnie moje złudzenia, pragnienia, tęsknoty. Przytulić się wreszcie do nagiego ciała ukochanej istoty i już nie puścić, dusić ją (jego, jeśli nie ma to być jednorazowa przygoda bez uczucia) tym uściskiem. Ile by tu bowiem autor nie pisał o swojej eteryczności, nieodwzajemnionym zakochaniu czy też o wrodzonym sentymentalizmie, i tak nie zdoła ukryć, że o świcie bardzo spragniony jest seksu − i nie żadnego tam romantycznego wreszcie-tego-zakosztowania, ale porządnego i regularnego rżnięcia

   

Odsłaniam wreszcie okno − to, co tej nocy stało się z drzewami, przekracza jakiekolwiek możliwości wysłowienia. Każda gałązka, a na ogromnej wierzbie płaczącej przed moim oknem najdrobniejsza nawet witka okuta jest lodową białością. Tak oto obudziłem się jako Kaj w gościnie u Królowej Śniegu…

  

Drobnymi fragmentami podczytuję kilka książek naraz − wiersze, opowiadania, eseje, felietony…; wciąż czekam, bo wciąż nie mam pracy…; po półtorarocznej przerwie wracam do odwiecznie jałowej nauki angielskiego, by odkryć, że coś tam nawet pamiętam…; po obiedzie zmywam naczynia z takim zapamiętaniem, że aż mdleją ręce…; gdy A. pod pr(a)etekstem stypendium chodzi sobie po Rzymie i ogląda Belliniego, ja wśród rozłożonych albumów chłonę szkice włoskie Herberta... I już od trzech dni nie płakałem.

 

Doprawdy, nic się nie dzieje…

  

poniedziałek, 05 stycznia 2009
546. O słomianym zapale - czyli: Ten ból głowy od dwóch dni to jednak nie grypa, a gorączka sobotniej rozmowy...

  

Pogodzić się, ugodzić, przestać marzyć, to może najważniejsze, przestać śnić, odnowić przyjaźnie, poszerzyć krąg zainteresowań, znaleźć sobie hobby, włazić raz w tygodniu na górę Sljeme, zapisać się na nowo do czytelni amerykańskiej, uczyć się jakiegoś języka, zimą jeździć na narty, latem nad morze, ciułać na podróże zagraniczne, przynajmniej raz do roku, na cztery dni − cztery dni to też nie do pogardzenia, w ogóle jak najmniej gardzić, jak najmniej rezygnować, nie wyrzekać się niczego, za nic w świecie niczego nie przegapić, przepisać duży scenariusz, wysłać go ponownie na konkurs, zacząć pracę nad powieścią, uprawiać jogging, nauczyć się żyć z dnia na dzień, przestać marzyć, zaadaptować się, ożenić, spłodzić dzieci, bronić powszedniości, karmić się nią, nosić ją jak sztandar, nie ma innego życia poza powszednim…

(…) Nie ma wyjścia. Nie ma innego życia poza powszednim, oto najskuteczniejsza formuła na przetrwanie. Wśród przeżuwaczy i parzystokopytnych duszno jest i smrodliwie, ale przynajmniej ciepło. A w samotniach − pusto. Przestać marzyć. Albo chociaż zaprogramować marzenia od nowa…

  [Dubravka Ugrešić, Forsowanie powieści-rzeki. Przeł. D. Cirlić-Straszyńska].

  

sobota, 03 stycznia 2009
545. O drugiej w życiu kawie - w równie jak tamta pierwsza czarujących okolicznościach...

  

Odnotowuję tutaj wszystkie swoje spotkania (każde z Każdym), bo tak niewiele ich mam, bo tak ogromnie wiele im zawdzięczam. Nigdy nie zdołam się za to odpłacić…

Udało się odwiedzić J. w jego uroczym mieszkaniu na Karłowicach, zobaczyć, jak się żyje na wariackich papierach, skosztować tam pysznego piernika według receptury babci nieobecnego − niestety − P., troszkę się tylko rozkleić podczas dwugodzinnej rozmowy i nareszcie wręczyć przygotowany szesnaście miesięcy temu książkowy prezent. Szczęśliwy dziś byłem wielce…

Zdążyłem już zapomnieć, że czasami życie potrafi być niewypowiedzianie piękne. Szkoda, że to ledwie rozdzielane miesiącami chwile. I że będzie ich jeszcze mniej, a ja nie będę mógł nawet czytać tego, co tak mi niezbędne

   

czwartek, 01 stycznia 2009
544. O nauczce z Sylwestra zamiast upojnej nocy...

  

Uświadamiam sobie właśnie, że nigdy nie doświadczyłem nie tylko rodzinnych Świąt, ale i szampańskiej sylwestrowej zabawy, choćby i cichej w kameralnym gronie. A przecież mogłem być wczoraj gdzie indziej, pierwszy raz poza domem − całą noc tego żałowałem…

Jeśli czegoś powinno mnie to nauczyć, to że nie wolno odmawiać. Bo w moim przypadku każda nowa szansa jest zarazem ostatnią…

  

Życzenie na Nowy Rok − poczuć się wreszcie potrzebnym, tak żeby nic beze mnie nie mogło się dla kogoś odbywać, żeby moja nieobecność była od razu zauważana.

Marzenia mi się nigdy nie spełniają…

  

„Nie jesteśmy niezbędni! Jeśli w ogóle wolno nam żyć, to najwyżej w pamięci ukochanego zwierzęcia, któremu przynieśliśmy jedzenie, albo ukochanego człowieka, któremu sami oddaliśmy się do zjedzenia”

                    [Elfriede Jelinek, Pożądanie. Przeł. E. Kalinowska].

  

Archiwum
Tagi