~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 30 stycznia 2010
738. The terms of surrender...

  

„Dlaczego Ismail nawet nie próbował się bronić – nie wiadomo. Być może musiał przetrawić to oszczerstwo w sobie, w ciszy. Niewinność często milknie w obliczu nienawiści. Stał chwilę, nieruchomo, jak ofiara sparaliżowana swoim przeznaczeniem, wiedząc doskonale, że przeznaczenie to nie przypadek, ale naturalna konsekwencja kluczowych faktów, wymuszonych, nie zawsze zrozumiałych, tak jak czasami niezrozumiała jest samotność, żądza rozkoszy i zemsty albo współczucie i egoizm. Może nawet się nie zdziwił”

              [Susana Fortes, Albański kochanek. Przeł. W. Ignas-Madej].

  

Po raz kolejny obiecuję sobie, że już nie dam się więcej zaskoczyć, że trzeba pozbywać się dowodów. Ale też tyle wpadek przez te ponad dwa lata, że chyba brak mi elementarnego instynktu, nie umiem nauczyć się dbać o własne bezpieczeństwo…

Zaskakuje mnie jednak spokój, z jakim ostatnio stawiam mamie czoła – kiedyś spazmy, płacz, niemożność wydobycia głosu; teraz próby wyjaśnień, wywalczenia nawet czegoś, obronienia. Jestem może nieco odważniejszy? Chyba nie, zbyt wiele bowiem w tym bierności i pokory. Obojętność to, przyzwyczajenie, zemsta odłożona na później? – czy brak sił na walenie w mur, brak już łez… 

   

                    „Nie ma dumniejszych, prostszych od nas

                    Ludzi, o bardziej suchym oku”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. W. Woroszylski].

  

Nie ma już zdjęć, wizytówek, profili (stała obok, dopilnowując kasacji wszystkiego); tych złudnych szans, że kiedyś wreszcie chociaż spojrzy ktoś, że zatrzyma się i przemówi. A przecież trzydzieści miesięcy od ich założenia i tak nie przyniosło efektów. Nie wiem, jak i gdzie szukać, co zrobić może taki ktoś, jak ja…

Warunki kapitulacji. To mógłby być tytuł mej powieści, gdybym potrafił stworzyć więcej coś niż tylko naśladowanie debiutu Houellebecqa…

 

W dwa dni udaje się „zrekonstruować” dziesięć książek. Pozostaje to jedynie przepisać. A w nocy zielona okładka, maczkiem zapisane strony – śni mi się mój utracony zeszyt…

  

czwartek, 28 stycznia 2010
737. Kontynuacje i nawiązania...

  

„Każdy człowiek (…) w ciągu życia może stworzyć książkę. (…) Każdy − i tylko jedną. Ci, którzy sądzą, że napisali wiele książek, są w błędzie − wciąż powstaje tylko ta jedna. Nie wyjdziesz poza swoją książkę, czego byś nie robił. Można podrabiać, ale nie tworzyć. Twoja jedyna książka ograniczona jest twoją barwą głosu, intonacją, artykulacją. Przeznaczenie to sposób mówienia. Choć na świecie jest nieskończoność książek, naprawdę dobrych tylko skończoność. Musi ich być skończoność, tak jak tamtych nieskończoność. Tego uczą rośliny. Gdyby dobrych książek była nieskończoność, świat albo stanąłby, albo przepadł. Ja swoją książkę napisałem. Nie wiem − dobrą czy złą − ale napisałem. A to jest tak, że nie ma znaczenia − dopisałeś czy nie dopisałeś, przepisałeś czyś się tylko przymierzał. Twoja książka może być i jednostronicowa, i jak cały regał tomów. Jest głos, i to wystarczy. Wątki potrzebne są dla własnej ciekawości. Wątków się nie wymyśla, wątki nie znikają. Są i są. Mogą jedynie zostać zapomniane. Wszystko, czego się nauczyłem i co zapamiętałem z życia, to kilka krajobrazów, oznaczających radość myślenia, kilka zapachów, które były uczuciami, kilka ruchów wchłaniających w siebie uczucia, kilka rzeczy, przedmiotów, będących ucieleśnieniem kultury, historii, cierpienia, to wiele roślin, będących dostępnością piękna, mądrości i tego wszystkiego, w porównaniu z czym w ogóle nie istniejemy. I wiele, wiele intonacji. Niepowtarzalnych, podobnych intonacji, o których nie wiem, co znaczyły. Może to po nich będziemy rozpoznawać się tam, gdzie nic poza głosem nie zostanie”

                       [Taras Prochaśko, Niezwykli. Przeł. R. Rusnak].

  

To mógłby być wcale niezły koniec, ale jeszcze nie czas, chyba jeszcze... Coś jednak znów się skończyło, umarło zamordowane...

  

wtorek, 26 stycznia 2010
736. Rękopisy (jednak) płoną - czyli "Nie czas na łzy"...

  

Z drzewa wiadomości dobrego i złego zrywam za każdym razem dwa jednocześnie owoce, w parze skrajności dopiero stanowiące pełnię. Zawsze ta ambiwalencja, zawsze uśmiech ze łzami, sukces zmącony porażką, szczęście z objawem niespełnienia, otwarcie na przyszłość ze skazą tego, co minione. A mimo to nieustannie zapominam, że za pierwszym zaraz przyjdzie to drugie, że nigdy, ani dnia jednego nie może być tak po prostu dobrze...

  

Zaczęło się zaś tradycyjnie, od nadziei. Po tygodniach rozmów, propozycji i namysłów, w dniach ostatnich stażu decyduję się pozostać w firmie – bez odpowiedzialności za produkcję i logistykę (co oferowano), w ramach obecnych prostych obowiązków, za 1500 zł brutto na umowę-zlecenie, tak bym odejść mógł w wybranym przez siebie momencie. Mniej więcej to wszystko tak, jak tego chciałem. Plan powstały w głowie czas już temu jakiś to wytrzymać tu 12 do 15 miesięcy, kupić laptopa i z piętnastoma, dwudziestoma tysiącami wyjechać w przyszłym roku, wiosną, latem do Warszawy. Gnieździć w wynajmowanych pokojach, patrzeć wieczorami w sufit pośród pustych ścian, bać i wstydzić obcych ludzi, szukać miesiącami jakiejkolwiek pracy, przeżywać mnóstwo rozczarowań, wyć z rozpaczy i samotności, męczyć swoim tamtejszym życiem i być tysiąc razy szczęśliwszym niż obecnie...

  

Bo ten dom... Wczoraj już ostatecznie wszystko, co dotąd miałem, utraciłem. Pod moją nieobecność przetrząśnięto cały pokój, kolejne szuflady, półki, pudełka, szafki z ubraniami; szukano nawet między pościelą w tapczanie. Wyrzucono setki kartek i notatek, notesiki pełne wierszy, przede wszystkim zaś mój gruby zeszyt z cytatami, wypisami, refleksjami – owoc wielu lat czytania i pisania, źródło niezbędne dla bloga. Jak mam to kontynuować? – jedyne, na czym mi zależało, w czym uparcie widziałem jakąś wartość. Dzieło, mimo wszystko, oryginalne. Nad ranem bezowocnie grzebałem pod blokiem w śmietniku...

Odtąd limitowany dostęp do komputera, odcięcie od telefonicznych rozmów przez Internet, nadzorowana być może konieczność skasowania wielu rzeczy, wypisania się z szeregu miejsc. Zamilknięcia nawet, wycofania. Trzeba się w sobie zebrać, przetrzymać ten czas, zatkać uszy – na wyzwiska, na mieszanie z błotem... Wiem, że będę jeszcze setki razy płakał, dlatego nie wolno mi teraz. Nie wolno mi znów się załamać...

  

niedziela, 24 stycznia 2010
735. Więzy miłości...

  

Wieczorne pisanie dla siebie, krótkie sam na sam z komputerem. Krytyka w zmęczonych jej oczach, pretensje, że znowu to robię. I na nic mówienie o własnej przestrzeni, potrzebie niezależności, swoim odrębnym życiu. „Nie rozumiesz, że niezależność gejowska nigdy w tym domu nie przejdzie?”… Zignorować to, uspokoić się, nie tracić z oczu celu, nie dawać już więcej zastraszyć…

  

„Skąd się bierze taka asymetria? – zastanawiał się Onno; dlaczego miłość rodziców do dziecka jest sprawą tak oczywistą, a odwrotnie już nie. Dlaczego »czcij ojca swego i matkę swoją« musi być przykazaniem, a »czcij dziecię swoje« nie?”

                    [Harry Mulisch, Odkrycie nieba. Przeł. R. Turczyn].

  

czwartek, 21 stycznia 2010
734. "The stars look down"...

  

Dwa dni temu znowu kłucie, pobieranie i badanie krwi – płatne tym razem i dość specyficzne dla mojego wieku. Ze względu na ostatnią przygodę, odbywa się to na leżąco – zagadują mnie aż trzy pielęgniarki i tak, śmiejąc się wraz z nimi, zapominam zemdleć. Dziś zaś już odbiór wyników: znacznie poniżej niebezpiecznego poziomu, a więc i z tej strony rak mi obecnie nie grozi…

 

Błyszczenie śniegu w świetle latarni po zmroku, miliony migających na ziemi iskierek. Jakby świat się nagle odwrócił, bo w górze już tylko ciemność, czarna i nieprzenikniona. Niebo gwiaździste pode mną… – a co we mnie? Uraza do ludzi jako imperatyw wszelkiego postępowania…

  

Został zaledwie tydzień stażu, w tym trzy dni urlopu, a wciąż nie wyjaśnia się moja sytuacja – pewne wstępne rozmowy, plany, ustalenia rozbijają się o firmowy bałagan, brak profesjonalizmu u niektórych osób i personalne zmiany. Ciemności wciąż przyszłość skrywają, a ja już zacząłem wyliczać – za ile miesięcy, z jaką kwotą i na jak długo będzie wreszcie można spróbować…

  

Tagi: praca
22:54, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (3) »
wtorek, 19 stycznia 2010
733. Stripped...

  

Znowu ten błąd nieustanny – zbytnio się tutaj obnażam, bo nie mam się przed kim rozbierać, bo skrywam tak lęk swój ogromny przed seksem. I godzę się z tym, że tak będzie, musi być, to najgorsze...

  

„Odczuwa wstyd, ale powierzchowny i przelotny. Bo najpierw w jego pisarstwie, a teraz i w życiu, wstyd jakby stracił władzę, a jego miejsce zajęła obojętna i amoralna bierność, która się nie wzdraga przed żadną skrajnością”

     [John Maxwell Coetzee, Mistrz z Petersburga. Przeł. W. Niepokólczycki].

  

poniedziałek, 18 stycznia 2010
732. In-ex-ternal...

  

Wczoraj na niedzielny obiad lekka zupa, potem przez godzin trzydzieści już nic, bo dziś we Wrocławiu to badanie, które – dla większego melodramatyzmu – sam przed sobą nazywać zacząłem zabiegiem. Na dworze wilgotno, śniegowo; dużo wody piję, by oszukać głód. Bałem się słabości, ale wytrzymuję nieźle – szkołą było niejedzenie w czasach studiów. Rozpalony pociąg, za oknami biel, nakrapiana sarenkami, żurawiami, bażantami. Błoto pośniegowe na ulicach – ciężarówka ochlapuje mi spodnie i buty, i płaszczyk. Otrzepuję się, nie widać prawie, koniec nerwów... Znowu książki przyciągają wzrok – Korzenie totalitaryzmu w Empiku, w Taniej Książce Zmysł porządku Gombricha, lecz plan na dziś (i na ten miesiąc) jedynie poezje Rilkego dopuszcza. Myśl uparta, gdzie są inni (J. w Londynie, we Flensburgu A., w Warszawie T.), gdzie mnie nie ma. I że nawet tu się zjawiam ledwie raz na miesiąc, wcale zresztą nie dla przyjemności…

Tramwaj na Plac Strzegomski, rejestracja ponowna, korytarze sterylne, gabinety… Lekarz mnie poznaje, zaczynamy… Dziwne tak – zobaczyć na ekranie to, co w środku siebie. Będę się brzydził popatrzeć, sądziłem, a przecież to nawet ciekawe. Wszystko tam ponoć w porządku, z tej strony nic mi nie grozi. Ale to zewnętrzem się zamartwiam, tym krępuję – gdyby kiedyś miało dojść do tak chcianego. Pytam z lękiem, drżącym głosem – czy coś da się zrobić z tym, czy zniknie. Słyszę wyrok, że tak musi być, zostanie. Czyli że się nigdy nie przełamię, nie odważę, bojąc się reakcji swych partnerów – których nie ma przecież, i nie było, pewnie też nie będzie… Anatomia jest jak wychowanie, otoczenie, Polska, mama – walczy, bym nie został gejem. Wszystko się sprzysięgło przeciw temu, od początku…

  

21:58, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
piątek, 15 stycznia 2010
731. ..."et super nivem dealbabor"...

   

                    „Pada śnieg, resztę świata pomniejszając doszczętnie”

                                                  [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

 

Tak samo niby, a wszystko jednak inaczej… Widoki ze wzniesień jak na zimowych pejzażach Bruegela, cisza wokoło i spokój. I ptaki: dzięciołek w alejce przed zakładem, skrzeczące sroki na osiedlu, rozkosznie figlarne bogatki. Choinki zdają się oblane lukrem, a żywopłoty, murki, parapety pod puchową pierzyną są niczym wielkie gofry z obfitą bitą śmietaną – niebo jej nam ostatnio nie żałuje (Bóg jako Niebieski Cukiernik). Pługi spychają wszystko na chodniki, na nowo wytyczać więc trzeba znajome przecież i utarte ścieżki. Brnie się przez wydeptane rynny o zmrożonych, kruchych ścianach, zapada w zwałach zwiezionego piasku, dziesiątki razy wykręca sobie kostki. Zupełnie jak spacer po plaży, gdyby nie warstwy ubrań, brak słońca i nagich ciał wokoło…

Monotonię białości psują tylko okupione przez pieski pobocza, żółte na śniegu plamy – pamiątki po podnoszeniu nóżki. Teraz dopiero widać, ile tego, teraz nie daje się ukryć – atrakcje takowe co pięć metrów. Zalegają sobie, przymarzają, aż wybuchną na wiosnę feerią skumulowanych zapachów… Mieszkam na upstrzonym gównami zadupiu – gdzie indziej może nie jest czyściej, ale przynajmniej wzrok i myśli przyciągają tam ciekawsze co nieco detale. Wyjadę stąd kiedyś i już nic mnie nie zbruka…

  

wtorek, 12 stycznia 2010
730. Competition...

  

Mniejsze pewnie teraz szanse niż przed rokiem, choć pisanie chyba nawet lepsze. Czytelników jednak mi ubyło, wynudzonych wiecznym staniem w miejscu, jedną nutą, ciągłym narzekaniem. Ale za to forma konsekwentna, trzeba przyznać. Może chociaż ją ktoś doceni…

  

„(…) powiedzieliśmy, że oddałby wszystkie swoje wiersze za to, żeby być uznanym za mężczyznę, ale uzupełnijmy to: skoro nie został uznany za mężczyznę, jedno tylko mogło go nieco pocieszyć – by został przynajmniej uznany za poetę”

                  [Milan Kundera, Życie jest gdzie indziej. Przeł. J. Illg].

   

    

Proszę o wsparcie wysłanie SMS-a o treści A01291 (0 to cyfra zero, bez żadnych spacji) na numer 7144 do 21 stycznia, godz. 12.00. Koszt SMS-a to 1,22 zł brutto – dochód zostanie przeznaczony na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych. Z jednego numeru telefonu można oddać jeden głos na dany blog – można zarazem głosować na większą liczbę blogów. Dziękuję!

  

niedziela, 10 stycznia 2010
729. "Na całej połaci śnieg"...

  

Sypie nieustannie bodaj trzecią dobę. Drobny raczej, delikatny, ale gęsty i nieubłagany; w piątek miniaturowymi kryształkami lądował wraz z kroplami deszczu na zmrożonej już puchowej pokrywie – pewnie stąd to szumienie, to zdziwienie. Na parapetach coraz wyższa warstwa dosięgać zaczyna szyb, samochody pod domami w coraz większych zaspach. Kot z bloku naprzeciwko, całymi dniami oglądający świat przez okno, wodzi głową za wirującymi w powietrzu płatkami. Środkiem ulicy pustego i białego miasteczka mężczyzna jedzie żwawo na koniu – może rolnik okoliczny jakiś, na zakupy; ciekawe, gdzie zaparkuje… Bardzo to wszystko nastrojowe, dopóki nie trzeba wychodzić…

  

Śpi się nareszcie lepiej. Intensywne ćwiczenia pod wieczór, rozluźnienie mięśni pod gorącą wodą, romantyczne „dobranoc” do nikogo tuż obok i nadzwyczaj erotyczne poranki, gdy ułuda bliskości nie pozwala się wyrwać z marzeń o ukochanym chłopcu, wstać świtem, iść i pracować... Przynajmniej życie nocne mi kwitnie…

   

                    „Gdy zimno, sny są dłuższe, obfitsze w detale.

                    Ruch koniem poprzez szachownicę kołdry

                    staje się żabim skokiem na chłodnym parkiecie.

                    I tym goręcej śni o ideale

                    ciało, wtulone w pościel nagim biodrem,

                    im srożej nad dachami szaleją zamiecie”

                                                  [Josif Brodski. Przeł. S. Barańczak].

  

piątek, 08 stycznia 2010
728. Creation...

  

W pracy mini-przyjęcie, bo się komuś dziecko urodziło. Tak dowiaduję się o tradycji pępkowego. Łyczek szampana zatem w plastikowym kubku, ciast kilka rodzajów, od wszystkich laurka i grająca karuzela na kołyskę dla małego. Gratulacje, życzenia i śmiechy, pytania: kto następny?… Czuję się jak na rodzinnym świątecznym spotkaniu, gdy takowe jeszcze urządzano, gdy byliśmy zapraszani. Spędzałem wówczas przy stole długie godziny, nie odzywając się choćby jednym słowem. Teraz także, w dowolnej sytuacji, odpowiadam monosylabami. Niech mowa wasza będzie: Tak, tak; nie, nie… To chyba nie jest tylko niechęć do innych – ja już prawie nie miewam żadnych myśli, żadnych pozytywnych emocji. A za pustką w głowie idzie paraliż języka…

  

„(…) posiadał umiejętność wyłączania wszystkich sensorów skierowanych na sprawy międzyludzkie i ignorowania nieustannych sygnałów ze strony przedstawicieli swojego gatunku. Na komendę był zdolny do autyzmu

                         [Juli Zeh, Instynkt gry. Przeł. S. Lisiecka].

  

Nie bawi mnie słuchanie, że inni mają swoje życie – partnerów, mieszkania, samochody, niemożność zapomnienia, że tylko ja w firmie nie mam nic i nikogo. Z ulgą wracam zatem do swojego biurka i specjalnie dziś przyniesionego katalogu IKEI. Kartkując z namaszczeniem każdą stronę, oddaję się ulubionemu marzeniu, że coś sam urządzam, o czymś w swoim świecie decyduję...

  

wtorek, 05 stycznia 2010
727. Spacious...

  

Mieć chwilę wyłącznie dla siebie, miejsce, do którego nikt nie wtargnie, niczego nie zakłóci, plan działania – ot, napisać, poczytać, zadzwonić – który nie zostanie zniweczony…

W amerykańskich serialach zawsze najbardziej zdumiewało mnie, że rodzice pukają do pokojów swoich dzieci. Że tak rzadko te pokoje oglądają. Bo to jest przestrzeń ich dzieci i drzwi do niej winny być dla nich zamknięte…

  

„Cieszyłaby się, gdyby mogła się stąd wynieść i sama decydować o swoim życiu. Najgorsze są dobre intencje, bo wpędzają ją w bezsilność. (…) Największym pragnieniem Ady jest własne mieszkanie, w którym mogłaby się odciąć od wszystkiego. Chciałaby chodzić na próby, podróżować, występować, odnosić sukcesy – ale potem zawsze wracać do mieszkania z wyłączonym dzwonkiem i telefonem, z odłączonym radiem i telewizorem, albo nawet bez nich, żeby w pełni rozkoszować się muzyką lub czytaniem poezji albo żeby godzinami po prostu nic nie robić i tylko rozmyślać, bez obawy, że ktoś koniecznie będzie chciał wejść do jej pokoju. Na razie jednak nie miała na to pieniędzy”

                    [Harry Mulisch, Odkrycie nieba. Przeł. R. Turczyn].

  

niedziela, 03 stycznia 2010
726. Sarabanda - czyli Oresteja...

   

                              Der Tod ist ein Meister aus Deutschland

                                                                      Paul Celan

  

Przez trzy dni czytam przewrotną, ponad tysiącstronicową powieść o „przedsiębiorstwie Holocaust” i, jak zwykle, widzę to wszystko filmowymi obrazami, z wymyślnym montażem i wolnymi najazdami kamery. W głowie wciąż Aria da capo z Wariacji goldbergowskich jako temat przewodni. Łuck, Babi Jar, kocioł Stalingradu, Auschwitz, agonia Berlina..

Zastanawiam się, czy to chore – chcieć coś takiego nakręcić (a przecież w kolejce byłby jeszcze Makbet i Wszystko płynie), obsadzić się w czarnym mundurze, pokazać to, co przekracza ludzką wrażliwość (a przynajmniej powinno, gdyby nie tyle innych filmów). Zilustrować piekło – czy odgrywając to, powtarzając, nie kpi się w jakimś sensie, nie szarga świętości? Kolejny ze scenariuszy nie do zrealizowania…

  

„Filozofowie polityczni zwykli mawiać, że w czasie wojny obywatel, w każdym razie obywatel płci męskiej, traci jedno ze swoich najbardziej elementarnych praw, czyli prawo do życia, a dzieje się tak od czasów rewolucji francuskiej, kiedy wprowadzono pobór powszechny (…). Ale rzadko zdarzało im się zauważać, że ten sam obywatel traci jednocześnie jeszcze inne prawo, równie elementarne, a jemu samemu nawet bardziej potrzebne do zachowania tego, co wiąże się z własną opinią o sobie jako o człowieku cywilizowanym: prawo do tego, by nie zabijać. Nikt was nie pyta o zdanie. Człowiek stojący nad zbiorową mogiłą zazwyczaj nie prosił, żeby tam stanąć, tak samo jak człowiek martwy lub konający nie prosił, aby znaleźć się na dnie owej mogiły. Powiecie mi teraz, że zabić żołnierza w walce to nie to samo, co zabić bezbronnego cywila; prawo wojenne zezwala na pierwsze, ale nie na drugie, podobnie zbiorowa moralność. Rzeczywiście, niezły abstrakcyjny argument, ale niestety, w żaden sposób nie przystaje do okoliczności omawianego tu konfliktu. Całkowicie arbitralne rozróżnienie – ustanowione po wojnie, pomiędzy »operacjami militarnymi« z jednej strony, które odpowiadają podobnym działaniom w każdym innym konflikcie zbrojnym, a z drugiej – »okrucieństwami«, dokonywanymi przez mniejszość złożoną z sadystów i zwyrodnialców – jest, i zamierzam tego dowieść, pokrzepiającą fantazją zwycięzców (…). Wszystko, co robiłem, robiłem z całkowitą znajomością rzeczy, przekonany, że należy to do moich obowiązków i że jest to konieczne, jakkolwiek nieprzyjemne i nieszczęśliwe by było. Na tym także polega wojna totalna: ktoś taki jak cywil przestaje istnieć i jedyna różnica pomiędzy zagazowanym lub zastrzelonym dzieckiem żydowskim a dzieckiem niemieckim, które zginęło od przypadkowej bomby, polega na użytych środkach; obie te śmierci są jednakowo niepotrzebne, żadna z nich nie skróciła wojny choćby o sekundę, ale w obu przypadkach człowiek lub ludzie, którzy te dzieci zabili, sądzili, że było to sprawiedliwe i konieczne, a skoro się pomylili, to kogo potępiać? (…) w przypadku ludobójstwa albo wojny totalnej w jej nowoczesnym kształcie egzekutor jest wyobcowany w stosunku do efektu swojego działania. To stwierdzenie odnosi się nawet do chwili, w której człowiek przystawia lufę do skroni innego człowieka i naciska spust. Bo przecież ofiarę doprowadzili do niego inni ludzie, o jej śmierci zadecydowali jeszcze jacyś inni, a ten, który strzela, wie, że jest tylko ostatnim ogniwem długiego łańcucha i że nie musi mieć w związku z tym wątpliwości większych niż członek plutonu egzekucyjnego, który w cywilu strzela do kogoś skazanego zgodnie z obowiązującym prawem. Strzelec wie, iż o tym, że strzela, zadecydował przypadek, podobnie jak o tym, że jego towarzysz stoi na warcie, a jeszcze inny prowadzi transporter. W dodatku potem będzie mógł zamienić się miejscami z wartownikiem czy kierowcą. Inny przykład (…), program eksterminacji ludzi głęboko upośledzonych umysłowo, zwany akcją Eutanazja lub T-4, wprowadzony na dwa lata przed Ostatecznym Rozwiązaniem. »Pacjenci«, selekcjonowani w ramach legalnego zarządzenia, byli przyjmowani w placówce przez zawodowe pielęgniarki, które rejestrowały ich i rozbierały, lekarze badali ich i odprowadzali do zamkniętej komory, potem jeden pracownik otwierał gaz, inni sprzątali po wszystkim, policjant wypisywał świadectwa zgonu. Każda z tych osób, przesłuchiwana po wojnie, dziwiła się: »Ja, winny?«. Pielęgniarka nikogo nie zabiła, ona tylko rozbierała i uspokajała chorych, rutyna w jej zawodzie. Lekarz też nie zabijał, po prostu stawiał diagnozę według kryteriów ustalonych przez inną instancję. Pracownik, który odkręcał kurek gazu, choć był najbliżej zbrodni zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, pełnił funkcję techniczną pod kontrolą przełożonych i lekarzy. Robotnicy, którzy sprzątali komorę gazową, wykonywali konieczne, a w dodatku odrażające prace dezynfekcyjne. Policjant postępował zgodnie z procedurą, polegającą na stwierdzeniu zgonu i zapisaniu, że doszło do niego bez pogwałcenia obowiązującego prawa. Więc kto jest winny? Wszyscy czy nikt? Dlaczego wina robotnika pracującego przy kurku z gazem miałaby być większa od winy robotnika pracującego w kotłowni, w ogrodzie, przy samochodach? Podobnie rzecz się ma na wszystkich innych polach tego ogromnego przedsięwzięcia. Choćby taki zwrotnicowy na trasie kolei, czy jest winny śmierci Żydów, których pokierował do gazu? To funkcjonariusz publiczny, pracuje w tym zawodzie od dwudziestu lat, nastawia zwrotnice według planu, nie musi wiedzieć, kto jedzie pociągiem. To nie jego wina, że Żydzi są transportowani z punktu A, przez zwrotnicę, którą ustawia, do punktu B, gdzie są zabijani. A przecież zwrotnicowy odgrywa kluczową rolę w procesie eksterminacji: gdyby nie on, pociąg z Żydami nie dotarłby do punktu B. Podobnie funkcjonariusz, który ma obowiązek rekwirowania mieszkań na potrzeby poszkodowanych podczas bombardowań, drukarz, który przygotowuje nakazy deportacji, dostawca betonu albo drutu kolczastego dla SS, podoficer intendent dostarczający benzynę dla Teilkommando SP, i Bóg w niebie, który na to wszystko pozwala. (…) Podkreślam raz jeszcze: nie usiłuję wam wmówić, że nie jestem winny tego czy tamtego czynu. Jestem winny, wy nie jesteście, to świetnie. Ale przecież musicie umieć powiedzieć sobie, że na moim miejscu robilibyście to samo. Być może z mniejszą gorliwością, ale może też z mniejszą rozpaczą, niemniej, w ten czy inny sposób – robilibyście to samo. (…) Wybaczcie, ale marne macie szanse, żeby być wyjątkiem od tej zasady, nie większe niż ja. Jeżeli urodziliście się w kraju lub w epoce, w której nie tylko nikt nie zabija waszych żon i dzieci, lecz także nikt nie każe wam zabijać dzieci i żon innych ludzi, chwalcie Boga i idźcie w spokoju. Ale w głowach niech na zawsze pozostanie wam ta myśl: macie być może więcej szczęścia ode mnie, ale nie jesteście ode mnie lepsi. Bo niebezpiecznie robi się od chwili, w której arogancko pozwolicie sobie na to poczucie. Lubimy przeciwstawiać Państwo, totalitarne lub nie, zwyczajnemu człowiekowi, pluskwie albo trzcinie. Ale zapominamy przy tym, że Państwo tworzą ludzie, mniej lub bardziej zwyczajni, a każdy ma swoje życie, swoją historię i seria przypadków decyduje o tym, że któregoś dnia jedni znajdą się po dobrej stronie karabinu albo kartki papieru, a inni – po złej. Ta droga bardzo rzadko jest przedmiotem wyboru czy predyspozycji. Ofiary, w zdecydowanej większości, nie były torturowane lub zabijane za swą dobroć, tak jak kaci nie maltretowali ich dlatego, że sami byli źli.

(…) Wszystkie czyny popełniłem w imię pewnych racji – dobrych czy złych, tego nie wiem, ale zawsze były to racje ludzkie. Ci, którzy zabijają, są ludźmi, podobnie jak ci, którzy są zabijani to jest w tym wszystkim najgorsze. Nigdy nie będziecie mogli powiedzieć: nie zabiję, to niemożliwe; jedyne, co możecie powiedzieć, to: mam nadzieję nie zabijać. Ja też miałem taką nadzieję, chciałem wieść życie dobre i pożyteczne, być jednym z wielu, równy innym ludziom, ja też chciałem dołożyć cegiełkę do wspólnego dzieła. Ale te nadzieje zostały pogrzebane”

               [Jonathan Littell, Łaskawe. Przeł. M. Kamińska-Maurugeon].

  

piątek, 01 stycznia 2010
725. Wishful - czyli "Mehr Licht!"...

  

Wam – żeby to, co piękne i dobre, było pielęgnowane, rozwijane i doceniane, jako że nie wszystkim jest dane się tym cieszyć.

Sobie – wzajemności, spokoju i wolności. Oddechu i światła. Więcej światła!...

  

21:40, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi