~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 31 stycznia 2011
900. A financial strategy...

  

Ostatni dzień stycznia. Za miesiąc kończy mi się umowa-zlecenie. Ile to już razy zapowiadałem tutaj koniec – stażu, kolejnego okresu w swojej pracy? Były trzy takie punkty graniczne – teraz zaś staję u progu czwartego. Mam podstawy przypuszczać, że po osiemnastu miesiącach w firmie zaproponują mi wreszcie etat i stanowisko. Sęk w tym, że mnie interesują tylko trzy dodatkowe miesiące – nie dłużej. Pozwoliłyby one załatać kilkutysięczny deficyt w niedomykającym się na razie założeniu budżetowym. Swoje plany już onegdaj dość nieopatrznie tam zdradziłem – jednak bez podawania terminu ich realizacji. I jaką tu teraz przyjąć taktykę działania? Zwlekać do ostatniego momentu z przypomnieniem o sobie i podjęciem rozmów, tak by nie dać im szansy na znalezienie do marca swojego następcy, postawić pod ścianą i narzucić własne warunki? Czy przyjąć ewentualną hojną ofertę i cynicznie nieoczekiwanie zrezygnować z ostatnim dniem maja (wraz z końcem prawdopodobnego okresu próbnego)? I czy w okresie wypowiedzenia nie będzie tkwił jakiś haczyk (choć niby jaki zresztą)? A może już teraz – sondować, próbować, ryzykować, bo przecież w ogóle wcale nie muszą zatrudniać, jeśli upewnią się, że ja wciąż przejściowo tu jedynie?...

Nie wiedząc, ile to jeszcze potrwa, jedno postanowiłem – w tym roku ta przygoda musi się zakończyć. I będzie to (rezygnacja ze stosunkowo łatwej i niekontrolowanej pracy w koncernie o zasięgu ogólnoeuropejskim w imię iluzorycznego marzenia o warszawskiej samodzielności bez rodziców i potencjalnego przedłużającego się bezrobocia) kolejne z największych głupstw, jakie w życiu popełniłem…

 

Tagi: praca
20:16, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (6) »
sobota, 29 stycznia 2011
899. Lifesleeper...

  

Jeszcze wczoraj planowałem na dziś do Wrocławia. Po tym, jak nie udało się umówić do fryzjera, liczyłem przynajmniej na prognozowane słońce i zdjęcia kamienic. A tymczasem mgła, szarość, mlekowate niebo, kiepskie światło. Piętnaście złotych (na pociąg) za niesatysfakcjonujący spacer to zbyt drogo (im więcej odkładam w imię tegorocznej przeprowadzki, tym mniej mam na bieżące drobne sprawy). Ale to post factum są wymówki. Rezygnuję już przed świtem po kolejnej z przemęczonych nocy – nie mam siły działać, podnieść się i ruszać. I już co dzień tak – godziny leżenia, ignorowanie biegnącego czasu, uparte spóźnianie, świadomość, że to donikąd, że można by (i chciało się) tak w nieskończoność

  

„Z przerażającą regularnością budzę się o szóstej i niekiedy mogę jeszcze zobaczyć, jak sekundnik mojego zegarka dobiega dwunastki i tworzy prostą, którą czasami określam jako jedyną prawdziwą prostą w moim życiu”

                   [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

środa, 26 stycznia 2011
898. Miau!...

 

Ponury, śnieżno-deszczowy, chłodny (zwłaszcza popołudniami – najcieplej jest, paradoksalnie, o poranku) dzień; głowa mnie boli od wilgoci. A jednak… wystarczy, żeby Mr Sexy (czyt.: Kierownik Produkcji) zwrócił się do mnie z tym swoim zamglonym spojrzeniem Brada Pitta z Wywiadu z wampirem (właściwie, to mogliby być nawet bliźniakami); żeby i Ciastek zajrzał do biurowca (chodzi o kulach, najpewniej po jakichś zimowych eskapadach – przytuliłbym biedaka i utulił); żeby Mój Ulubiony i Faworyzowany Dostawca długo uwodził mnie dzisiejszym telefonem – a wszystko od razu nabiera kolorów. Men at Work, part III (por. 871, 893). Budzący się gdzieś we mnie głodny tygrys…

  

poniedziałek, 24 stycznia 2011
897. Slow Man...

  

Przychodzi paczka z Philips RQ 1180. Nie otwieram jej przez kilkadziesiąt minut, czekaniem na przyjemność doprawiając sobie nielubiany makaron z serem na obiad. A potem długo oglądam każdą część tej zabawki, patrzę z lubością, jak się ładuje na specjalnej podstawce (środkowa dioda się jednak nie świeci, zastanawiam się, czy reklamować, znowu czekać), przymierzam w ręce (bardzo lekka), cicha. Fajny bajer!…Dziś jeszcze jestem dosyć gładki, dopiero jutro test na golenie z turbodoładowaniem

Pierwsze pieniądze na maszynkę dostałem na początku czerwca (wydałem na Niemcy), drugie na urodziny. Od zamiaru poprzez wyszukiwanie do zakupu minęło siedem i pół miesiąca. Jeśli w podobnym tempie będę wybierał laptopa i mieszkanie, nie zdążę z przenosinami do Warszawy nawet na Euro’2012…

Czy wobec tego przeczytanie wczoraj „Powolnego człowieka” J. M. Coetzee’go na pewno można uznać jedynie za czysty przypadek?...

  

sobota, 22 stycznia 2011
896. Le Salaire de la peur...

 

Im więcej poznajemy szczegółów katastrofy smoleńskiej z 10 IV 2010, tym wyraźniej zalega nad nią widmo strachu. Bało się środowisko polityczne prezydenta Lecha Kaczyńskiego, które miast odwodzić go od organizowania drugich uroczystości w Katyniu ledwie trzy dni po przełomowym spotkaniu tam premierów Tuska i Putina, podsycało tylko jego ambicjonalną hurrapatriotyczną tromtadrację, w której przemówienie nad grobami polskich oficerów miało być symbolicznym początkiem osobistej kampanii wyborczej. Bał się dowódca załogi samolotu, pomny nagonki, jaką urządzono na załogę lotu z 12 VIII 2008, kiedy to odmówiono prezydenckim żądaniom lądowania w Tbilisi, a podczas którego on sam pełnił funkcję drugiego pilota. Bali się doraźnie ściągnięci na prowincjonalne, w istocie niefunkcjonujące lotnisko w Smoleńsku kontrolerzy rosyjscy, którzy w fatalnych warunkach pogodowych i bez odpowiedniej infrastruktury mieli oto przyjmować lądowanie głowy sąsiedniego państwa. Bali się ich przełożeni i decydenci w Moskwie, świadomi, że odmowa zgody na takie lądowanie oznaczać będzie międzynarodowy skandal dyplomatyczny (ci sami, którzy oskarżają dziś Rosjan o niezamknięcie lotniska, krzyczeliby z oburzeniem równie głośno, gdyby owo zamknięcie jednak nastąpiło). Bał się też sam prezydent Kaczyński, który do ostatniej chwili nie był zdolny podjąć decyzji o skierowaniu maszyny na inne lotnisko, co oznaczałoby jego nieobecność na uroczystościach w Katyniu wskutek zbyt późnego wylotu z Warszawy. Wreszcie zaś, już po dokonaniu się tragedii, na etapie śledztw czterech – polskich i rosyjskich – komisji lotniczych i prokuratur, władze polskie uznały, że najlepszą strategią będzie bierne czekanie: na zakończenie wszystkich tych postępowań (co wobec fatalnej polityki informacyjnej doprowadziło do rozplenienia się najbardziej fantastycznych teorii spiskowych dotyczących przyczyn katastrofy), na samoistne rozładowanie się wielotygodniowej awantury wokół krzyża przed Pałacem Prezydenckim (który to krzyż, przeniesiony wreszcie do kościoła św. Anny jakoś nagle przestał być obiektem kultu i nie gromadzi już swoich czcicieli), na zdolność Rosjan do przyznania się do własnego niedbalstwa (jakby tej odwagi i nam samym nie brakowało, na co wskazują histeryczne reakcje po ogłoszeniu raportu MAK; jakby błędy stawały się mniejsze, gdy ich autorami okazują się Polacy, bo to ktoś inny, z zewnątrz, musi być głównym sprawcą – inaczej to „hańba dla honoru ojczyzny”)… Ten decyzyjny paraliż na każdym szczeblu, bałagan, taktyka „jakoś to będzie”, „może się uda”, brawura, nieumiejętność wyciągania wniosków z historii (vide: rozbicie się wojskowej CASY 23 I 2008 i śmierć elity polskiego lotnictwa) – to jest w tym wszystkim najboleśniejsze, obnażające słabość Państwa, z którą musimy się mierzyć i w wielu innych, bardziej przyziemnych sferach życia…

Bo jest jeszcze jeden strach, lęk społeczeństwa i mediów, by powiedzieć wreszcie: dosyć tego jałowego cyrku! Są jeszcze dziesiątki innych istotnych wyzwań i problemów, z jakimi musimy się teraz mierzyć! Przerwijmy wreszcie tę polską fascynację śmiercią, fatalistycznymi katastrofami narodowymi i kult straceńczych idiotów, który blokuje nasz rozwój i tłamsi społecznego ducha!...

  

środa, 19 stycznia 2011
895. Carry on!...

  

Co by, zapewne słusznie, nie powiedzieć – przy wszystkich moich złych nawykach, zahamowaniach, manieryzmach – miniony rok, tragicznie przecież się zaczynający, był jednak najbardziej pogodnym, odnotowującym drobne smaczki życia, obfitym w nowe doświadczenia i podróże, ubarwionym zdjęciami, wreszcie zaś – najbardziej rozerotyzowanym (już nie tęskniącym platonicznie za Jedynym, a wyłapującym żądnym wzrokiem każdy towar, który znalazł się w polu widzenia) rozdziałem tej tu pisaniny. Oceniam to nie samo w sobie, lecz jako proces przemiany – a postęp, co cieszy, jest duży…

  

„Wiele rozgrywa się w myślach i wzbogaca człowieka, część należy jednak czynnie wprowadzić w czyn”

            [Elfriede Jelinek, Wykluczeni. Przeł. A. Majkiewicz i J. Ziemska].

  

Żeby przyspieszyć i działać, zaczynam sam sobie stawiać zadania. Zapisuję strony w kalendarzu, kolejne punkty, drobne sprawy, o których należy pamiętać. To zrobić, nad tym się zastanowić, to załatwić – część od razu, inne do końca tygodnia, resztę później, możliwie do czerwca.

W poniedziałek, korzystając z życzliwych sugestii, nowe CV – z pojedynczych kiedyś skromnych linijek nagle się zrobiły teraz aż dwie strony; dziwię się wręcz (tak to bogato wygląda), że coś jednak w swym życiu zrobiłem, jak korzystnie też umiem się sprzedać. Wczoraj list z ofertą współzamieszkania (i odpowiedź, co nie pozbawia nadziei). Dzisiaj zakup tak odkładanego gadżetu. A do tego planowanie już krakowskich spotkań – w marcu, na przełomie kwietnia-maja – rezerwacje na apartamenty; myśl o Anglii (znów zagraniczne wakacje), szukanie lekarstw, kalkulacje: co, ile i kiedy…

Po raz pierwszy przyszłość nie jest białą plamą – coś widnieje w tej mgle, coś jest już ustalone. Idę coraz szybciej po tej drodze, zaliczając kolejne etapy…

  

poniedziałek, 17 stycznia 2011
894. Déjà vu...

  

Wokół mnie wciąż sytuacje, dialogi, obrazy, które musiałem już widzieć i słyszeć, przysiąc bym mógł, że całkiem niedawno się śniły. Wszystko więc, co przeżywane na jawie, jest niby kopia – a przecież powtarzam bez wprawy…

   

Przeglądam ponownie krótkie opowiadanie Sándora Máraia „Wytłumaczenie” o ostatnich godzinach Dantona (jakiś fragment powrócił w pamięci, sprawdzić go na szybko zatem chciałem), a kilka dni później natrafiam na telewizyjną rejestrację spektaklu „Sprawa Dantona” Stanisławy Przybyszewskiej w reżyserii Jana Klaty ze Sceny na Świebodzkim we Wrocławiu. Ta popkulturowość, slapstick, groteska – nawet przemawiają; chciałbym znów zasiąść (często tak móc!) na widowni…

Kiedy indziej zaś, dość przypadkowo, film „Anthony Zimmer” (Francja’2005; reż. Jérôme Salle) z Zośką (Marceau) i Olbrychskim. Kilka minut po obejrzeniu czytam o premierze „Turysty” (USA/Włochy/Francja’2009; reż. Florian Henckel von Donnersmarck) i z opisu fabuły od razu się domyślam, że to remake pierwszego. Mama się trochę kocha w Johnny’m Deppie (ja także bardzo lubię, choć nie erotycznie) i chciałaby to zobaczyć. Wolałbym jednak, żeby poszła na „Zabiłem moją matkę” (Kanada’2009; reż. Xavier Dolan). Mnie pewnie też by się przydało. Czy obydwoje zobaczylibyśmy na ekranie siebie? Czy o nas film bardziej dramatem byłby czy żałosną farsą?...

  

piątek, 14 stycznia 2011
893. Pretty little things...

  

Men at work, part II (por. 871). Odkrywam, że mamy na Produkcji nie tylko nowego kierownika, ale i niedawno przyjęto tam jakiegoś młodziutkiego specjalistę. Taki słodziutki blondynek w brązowych butach do pół łydki – buzia jak ze studia BelAmi i takie też o nim fantazje. Istny ciastek. Ma bardzo zabawne nazwisko – dodaję je do listy śmiesznych słówek, których powtarzaniem lubię się zabawiać. A jego cute and sexy boss, za którym nieśmiało wodzę wzrokiem, nie śmieląc odezwać się choć słowem (mijają tygodnie, a my formalnie nawet się nie zapoznaliśmy)? Wychodząc z kuchni, wpadłem na niego wczoraj, a ten poprosił mnie (pamiętał imię!), żebym mu drzwi otworzył do biurowca, bo nie miał ze sobą przepustki. A potem (– Czy mogę mieć do Ciebie jeszcze jedną prośbę? – Oczywiście!) zeszliśmy razem na dół i z żalem musiałem wypuścić go z budynku. Ten jego uśmiech, barwa głosu, szorstkie policzki, włosy, oczy…

W przeciągu dwóch tygodni mój dział ma zostać przeniesiony na Produkcję. Będę widywał ich obu codziennie – zajebiście!...

  

„Gdyby ciąg zawodów i frustracji przedstawić w jaśniejszych barwach, okazałoby się, że były i chwile kojące, kipiące ekscytacją, zdarzające się najczęściej przez przypadek – skromne zadośćuczynienia jego udręk”

         [Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

  

czwartek, 13 stycznia 2011
892. Zaklinanie, czarowanie...

  

Może trzeba by za każdym razem – tłumaczyć, objaśniać, wskazywać: tutaj dowcip, tu ironia, szczerze tu, tam udawanie. Że ten cytat to nie ja – on tylko do mnie: komentarzem, polemiką, sensu odwróceniem. Że prawdziwe – tu ujęte w słowa – w fikcję się zamienia, tak należy czytać. Że się dystans rodzi z tego – do siebie, do przydarzanego. „W nicu coś i coś z niczego / wciąż gorszego, nie lepszego / mały zastrzyk winszowany / balsam miękki, sól na rany” [Michał Zabłocki]. Że specjalnie nudno, smutno, wciąż na jedną nutę. Że to „gra”, co ma ratować – choć jak bagno wciąga…

  

„W ten właśnie sposób – mówiłem do siebie – spędzę resztę moich dni, grzebiąc w słowach, porzuconych wersach, szczątkach pamięci, próbując odkryć, co też może się pod nimi czaić, jakby były płaskimi kamiennymi płytami, gdy tymczasem ja będę powoli zanikał” 

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

wtorek, 11 stycznia 2011
891. Policzmy się!... :-)

   

„Pragnąłem uciec z tego świata, a oto chcę go zadziwić! (…) Wszechświat musi się o mnie dowiedzieć. Nie omieszkam w wierszach opiewać mej samotności: stanie się to wszakże w taki sposób, że pozazdroszczą mi najszczęśliwsi. (…)

Odniosłem sukces godny mnie, to znaczy niedający się porównać z innymi. Bohaterem mego utworu nie był nikt inny jak ja sam; zachowałem w tym zgodność z wielką modą naszych czasów. Opowiadałem moje niegdysiejsze cierpienia z pełną wdzięku próżnością; wprowadziłem czytelnika w świat tysiąca szczegółów dnia powszedniego, godnych najwyższego zainteresowania”

                 [Alfred de Musset, Dzieje białego kosa. Przeł. S. Meller].

 

Zapraszam do corocznej zabawy integracyjnej i proszę o głosowanie na mój blog. SMS o treści A00545 (0 to cyfry zero, bez żadnych spacji) należy wysłać na numer 7122 (koszt SMS-a to 1,23 zł brutto – cały dochód zostanie przeznaczony przez Organizatora Konkursu na turnusy rehabilitacyjne dla osób niepełnosprawnych). Głosowanie (ogółem w dziesięciu kategoriach) trwa do 20 stycznia do godziny 12.00 (z jednego numeru telefonu na dany blog można zagłosować tylko raz, ale za to na dowolną liczbę blogów). Serdecznie Wam wszystkim dziękuję!...

  

niedziela, 09 stycznia 2011
890. ’Coz you deserve it...

  

Mówią, że będzie jeszcze wiele okazji. A przecież moje życie jest czekaniem na choć jedną… Łatwo pocieszać kogoś, przy kim się nie wyobraża siebie...

  

piątek, 07 stycznia 2011
889. Les Liaisons dangereuses...

  

Powoli wracam do czytania – ubiegły rok był w tej materii wprost rekordowo skąpy. A przecież nie wolno mi marnować najmniejszej okazji, jeśli w perspektywie już kilku miesięcy chciałbym (? – muszę!) opuścić „dom mój: cztery ściany wiersza”. Jak drobny procent z tego półtora tysiąca tytułów ugryzłem? – nie zdążę za nic. I co się z nimi później stanie?... Jak ja się odnajdę bez sycenia oczu przemyślnie ustawionymi grzbietami i piętrami półek, bez szorstkiej pieszczoty obwolut, lakierowanych okładek, białych stronic. Czyż w istocie nie miałem więcej niż wszyscy kochanków? I czy nie były to przypadkiem zbyt niebezpieczne związki?…

Od niechcenia na razie opowiadania Maraia, Nabokova, Mishimy, z niezaspokojoną nadzieją „Norwegian Wood” Murakamiego. No i filmy. Zwłaszcza „Pod dobrą gwiazdą” (Saturno contro, 2007; reż. Ferzan Ozpetek) zostawia dobre wrażenie. Ładnie się toczy i zwalnia ta historia (i ładnie Krzysztof Świrek w recenzji w „Kinie” 2008, nr 6 pisze, że nie chodzi tu już o tolerancję wobec homoseksualnej odmienności, ale o współodczuwanie, wyjście poza etykietkę „inności”). Coraz bardziej hipnotyczna także w miarę seansu „Samarytanka” (2004) Kim Ki-duka. W zakończeniu dopatruję się trawestacji ofiary Abrahama. Za to „Maria Antonina” (2006; reż. Sofia Coppola) zawodzi na całej linii – bez pomysłu, bez jakiejkolwiek emocji. Byłem święcie przekonany, że finał uratuje cały obraz (tak jak Los w ostatnim roku życia pomógł się zrehabilitować bohaterce) i, zaskoczony, nie mogłem uwierzyć w koniec przed najważniejszym. Cała para w gwizdek zatem: w koafiury, pantofelki z kokardkami i atłasy. Ta wydmuszka tylko dzięki temu daje się oglądać – bo ja wielbię osiemnastowieczny zbytek, pióra, kapelusze, surduty w kwiatuszki… Chciałem kiedyś Stawroginem, Pieczorinem zostać, chciałem też bardzo Valmontem…

  

wtorek, 04 stycznia 2011
888. Noirs et blancs en couleur...

  

Czy to roztajała ziemia wydaje wokół taki odór, czy też to psie kupki – najpowszechniejszy z detali zimowego krajobrazu? Dzień, w każdym razie, promienny jak mało który ostatnio. Czyż można uwierzyć zatem w to zaćmienie słońca dzisiaj? (kilkugodzinne na dodatek, około-osiemdziesięcioprocentowe) – dowiaduję się, jak zwykle o wszystkim, już po fakcie…

  

Warto będzie opuścić ten dom chociażby po to, by – jak wczoraj – nie dowiedzieć się, wracając z pracy, że zawita zaraz do nas po kolędzie ksiądz (więc nie przebieraj się jeszcze, jedz szybko odgrzewany obiad). Skurczybyk, wziął mnie z zaskoczenia – wkurwienie zatem moje już na starcie. A potem rozsiada się taki w fotelu i z miejsca mnie pyta, co z żoną (bo to osiemdziesiąty rocznik, czas najwyższy przecież). Już miałem się odszczeknąć: „gdzie pan zostawił swoją?”, lecz wolałem przywołać swój zawstydzony uśmiech. Ściana książek wywarła na nim wrażenie; polecił chodzić do kościoła, nie bać się księży, nie zawierzać mediom – i poleciał dalej. Rodzicom życzył wielu wnuków. Będzie im chyba musiał sam je zrobić…

A jeden z ministrantów to taki aniołek Botticellego. Ciekawe, czy zauważył ten błysk w moim oku, jak go mijałem na schodach… Co roku jakiś nowy obiekt. Seminaria to muszą być raje dla gejów…

  

niedziela, 02 stycznia 2011
887. A Landmark Year...

  

Noc sylwestrowa jak zawsze. I jakoś tak w ostatnich latach bardziej też senna niż powszednie – normalnie chciałoby się kłaść o pierwszej, a w ten akurat wieczór już o jedenastej. Życie wymusza jednak, by było odwrotnie… Z dużego pokoju tradycyjnie dobiega ryk telewizora, kanały przeskakują z jednego koncertu na drugi. Głowa mnie od tego boli po paru godzinach – nie chce się nic czytać ani też oglądać. O północy drobny łyk szampana (nie mogę pić bąbelków) i zaraz do łóżka. Po raz trzydziesty witam Nowy Rok jedynie z rodzicami, w domu – i nie wiem, że można inaczej…

  

Jeśli zaś miałbym sobie czegoś życzyć, to determinacji – zmusić się do odwiedzenia w końcu tych lekarzy, nim ułomności ciała zeżrą całkowicie poczucie wartości; wciąż pracować, ciułać, ćwiczyć, przełamać zmęczenie, zwątpienie; nie przestraszyć tego, co konieczne, co postanowione – i nie cofnąć, nie przepaścić szansy, ostatniej okazji. Znaleźć swoje miejsce, małą, cichą przestrzeń, nie wyrzekać wiary, że ktoś kiedyś jeszcze… Poczuć się bezpiecznie, odetchnąć spokojnie – może to najbardziej: wolności. Seksu wreszcie…

  

Archiwum
Tagi