~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 31 stycznia 2012
1062. Z cyklu: Przeczytane (I) - Styczeń...

  

1. Michel Houellebecq, Mapa i terytorium. Przeł. B. Geppert, Warszawa 2011;

2. Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem. Przeł. B. Pietrzyk, Warszawa 2011;

3. Janusz Tazbir, Państwo bez stosów. Szkice z dziejów tolerancji w Polsce XVI i XVII wieku, Warszawa 2009;

4. Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom I. 1962-1969, Kraków 2010;

5. Tony Judt, Powojnie. Historia Europy od roku 1945. Przeł. R. Bartołd, Poznań 2010;

6. Tadeusz Klimowicz, Pożar serca. 16 smutnych esejów o miłości, o pisarzach rosyjskich i ich muzach, Wrocław 2005;

7. Piotr Kuncewicz, Legenda Europy, Warszawa 2005;

8. Witold Gombrowicz, Kosmos, Kraków 2003;

9. Julia Hartwig, Wiersze wybrane, Kraków 2010.

  

Tagi: książki
22:48, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 29 stycznia 2012
1061. Koloseum (II)...

  

Poprzednia moja wizyta na Stadionie Narodowym (por. 1006) musiała się ograniczyć jedynie do dolnej trybuny – obiekt był jeszcze zagraconym placem budowy, choć wszystkie ówczesne niedostatki rekompensowały kilkakrotne, zapierające dech pokazy rozkładania i zamykania dachu. Dziś już Wielkie Otwarcie – mimo że nawet oko laika dostrzeże konieczność kolejnych miesięcy wykańczania i sprzątania. Jest za to wreszcie górny poziom, schody i płyta pod murawę, na której seria koncertów… Pieruńsko zimno – dlatego nie dotrwałem do imponujących ponoć sztucznych ogni. Ale w ogóle sobie odpuścić też nie mogłem…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

I jeszcze jedno na deser, nie moje już, niestety:

  

      

  

sobota, 28 stycznia 2012
1060. Aimless...
  
Żadnych sensownych działań, od początku; bez sensu, bez ukierunkowania. Po nic – bez planu, marzeń, wyobrażeń, jak ma wyglądać owa przyszłość, jaką bym chciał, by była. Jałowe trwanie, bierne i samotne – nikt nigdy przy mnie, a i ja wciąż – nikim. Żadne kariery i kredyty, dzieci, dorobek, spełnienie albo rozwój. Emotional intelligence zerowa, poglądy nieukształtowane, ciało martwe. Lektury przypadkowe, zapomniane; pracy, co tak niezbędna, by tu przetrwać, nie ma… Sam sobie obojętny od tak dawna, że aż ciekawy, jaką się katastrofą wszystko skończy…

  

„(…) o zbyt wielu rzeczach myślę. Sieję rozmaite ziarno i żadne nie przynosi mi obfitych plonów. Moim przekleństwem są wielorakie zainteresowania i brak określonych, ukierunkowanych zdolności. Zajmuję się malarstwem i muzyką, literaturą klasyczną, średniowieczną i współczesną. Podfruwam tu i tam, ale w żadnym kierunku nie mogę rozwinąć skrzydeł.

– Ale to jednak szczęście mieć tak różnorakie upodobania, cieszyć się tyloma pięknymi rzeczami i móc po nie sięgać – mówiła Madzia w zamyśleniu. – Jednokierunkowe zdolności wydawały mi się zawsze czymś w rodzaju uczonej głupoty. (…).

– Różnorodność upodobań mogłaby dać mi szczęście, gdybym był jak inni mężczyźni – odparł gorzko Filip. – Mógłbym wówczas osiągnąć siłę i znaczenie dzięki zwykłej przeciętności, tak jak oni. Miałbym przynajmniej te poślednie satysfakcje, które pozwalają człowiekowi obywać się bez wielkich sukcesów. (…) Lecz nic nie sprawi, by życie warte było dla mnie bólu, jaki za nie płacę – nic prócz jakichś umiejętności, które wyniosą mnie ponad martwy poziom prowincjonalnego bytowania. Jest jeszcze jedna rzecz: namiętność może być równie wiele warta jak talent.

Madzia nie dosłyszała ostatniego zdania: walczyła z wrażeniem, że słowa Filipa znowu obudziły nurtujące ją dawniej niezadowolenie z życia”

      [George Eliot, Młyn nad Flossą. Przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska].

  

23:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 26 stycznia 2012
1059. Pałac Zimowy...

  

      

  

wtorek, 24 stycznia 2012
1058. Repetitio...

  

Pierwszy w Warszawie raz (czyt.: w życiu) ujrzani chłopcy beztrosko trzymający się za ręce. Ta wyjątkowa chwila, gdy wiadomo (bo wszystko, co tyczy płci i seksu, takie obce). I jeszcze jeden pan (już ładny, nie wyczuty) w załodze punktu ksero gdzieś przy Tamce. Z rodzaju tych, co to na Ciebie nigdy nawet i nie spojrzą. Swobodny taki, wypieszczony, a Ty spięty

Wydrukowano mi tam w końcu ten życiorys. Potem godziny na ulicach, w śniegu, w bramach – w strachu, by wejść, zapytać, złożyć, porozmawiać. Obłęd, paraliż jakiś autodestrukcyjny, atak paniki wzmocniony ciągnącym się dni (?) kilka (?) załamaniem. Kołowrót lęku i rozpaczy, bez nadziei. Wczorajsze ogłoszenie w Internecie, jedna z ostatnich może szans na kiepską pracę. I nie, gdy się zdołałem wreszcie przemóc – ktoś przyjęty. Tak właśnie się to miało skończyć – wciąż tak samo…

  

„Niektóre rzeczy jesteśmy w stanie zrobić, inne wydają się zbyt trudne. Stopniowo wszystko wydaje się zbyt trudne; życie na ogół sprowadza się właśnie do tego”

         [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

niedziela, 22 stycznia 2012
1057. Capitale de la douleur...
  
Drugie (por. 1011) spotkanie z M. I drugie śniadanie w oknie naprzeciw świętego Aleksandra. Przesympatyczny jest to chłopiec, o wielkich oczach i całkowicie odmiennych doświadczeniach (im bardziej życiowe tematy, tyczące wszystkich ludzi – tym większą są dla mnie abstrakcją, nie budzą myśli, uczuć). Być może się przeniesie, szukając swojej szansy, do Warszawy. Być może ja, po zmarnowaniu własnej, z niej wyjadę…

Przez całe popołudnie, wieczór wciąż płyną łzy po szybach  

  

piątek, 20 stycznia 2012
1056. El hombre solo...

  

„[29 V 1965] Człowiek istnieje tylko przez relacje, przez związki, w które wchodzi. Osiąga relacje przez działanie. Więc istnieje najpierw poprzez innych. (…) Jak wiadomo, moje »poprzez innych« jest prawie żadne. Zajmuje mi tylko mniejszą część. Co się dzieje z resztą, czy idzie na marne, czy mało mnie jest? Więc wymyśliłem, że człowiek ma relacje także ze sobą. Działa na siebie. Człowiek zamknięty w pokoju, odczuwający tylko ciepło albo zimno, przyjemność albo nieprzyjemność, istnieje mało. Ale człowiek o pewnej aktywności wobec siebie czy nie istnieje więcej? Czy, mówiąc inaczej, nie istnieje także działalność wewnętrzna? Nawet istniejąc poprzez innych, czy chociaż na chwilę człowiek jest wolny od stosunków wobec siebie? Od relacji do siebie? To jest moja racja stanu”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

  

wtorek, 17 stycznia 2012
1055. Extra-ordinary...

  

Pierwszy bodajże raz w tym roku w Centrum (fotki w poprzedniej notce jeszcze z grudnia). Wyrwanie się nareszcie, skoro słońce. Zdjęcia Pałacu Krasińskich w scenerii zimy (udane, choć nadciągające chmury mocno skróciły sesję) – bo przyszła, w połowie stycznia, choć na nią nie czekałem. Szósty (a czwarty warszawski) spacerownik od „Wyborczej”. Ambasadorowie na Placu Piłsudskiego (rocznica wyzwolenia). Chłopiec o urodzie (i włosach) Brada Pitta z „Wywiadu z wampirem” w tramwaju na sąsiednim torze (jak ciastko na wystawie cukierni, lecz za podwójną szybą). I obezwładniająca senność po powrocie…

Dzień zwyczajny – w swej banalności tak satysfakcjonująco wyjątkowy…

  

niedziela, 15 stycznia 2012
1054. Z cyklu: Światła wielkiego miasta...

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 13 stycznia 2012
1053. Bloodlands...

  

Po kilka tytułów naraz, zakładki w pięciu tomach jednocześnie – nowa praktyka, mająca ułatwić powrót do czytania. Raczej bez prozy (choć 2012 zacząłem z ostatnim Houellebecqiem), którą lepiej od razu, całościowo. Dzienniki, opracowania historyczne, biografie i dzieje kultury. Już teraz wiem, że wśród najważniejszych moich lektur tego roku znajdzie się z pewnością książka Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem Timothy’ego Snydera. Niezwykle wartościowa, a w pewnych punktach odkrywcza też pozycja, przywracająca twarze Zamienionym W Wielką Liczbę…

    

„W połowie XX wieku w środku Europy reżimy nazistowski oraz sowiecki wymordowały około czternastu milionów ludzi. Skrwawione ziemie – obszar, gdzie zginęły wszystkie ofiary – rozciągają się od środkowej Polski po zachód Rosji poprzez Ukrainę, Białoruś i kraje bałtyckie. W okresie konsolidacji narodowego socjalizmu i stalinizmu (1933-1938), wspólnej niemiecko-sowieckiej okupacji Polski (1939-1941) oraz wreszcie wojny niemiecko-sowieckiej (1941-1945) region ten dotknęła przemoc na skalę nieznaną wcześniej w dziejach. Jej ofiarami padły przede wszystkim narody zamieszkujące omawiane tereny: Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Polacy, Rosjanie i Bałtowie. Wspomniane czternaście milionów wymordowano w ciągu zaledwie dwunastu lat, od 1933 do 1945 roku, gdy władzę sprawowali jednocześnie Hitler i Stalin. Chociaż w połowie opisywanego okresu ich ojczyzny ogarnęła pożoga, ludzi tych należy bez wyjątku zaliczyć do ofiar morderczej polityki, nie zaś działań wojennych. Druga wojna światowa rozwinęła się w najbardziej śmiercionośny konflikt w historii, a co drugi z żołnierzy, którzy polegli na polach bitewnych całego świata, padł właśnie tu – na skrwawionych ziemiach. Nikt spośród tych czternastu milionów zabitych nie był jednak żołnierzem służby czynnej. Większość stanowili kobiety, dzieci i starcy, wszyscy bezbronni; wielu z nich pozbawiono wcześniej dobytku z ubraniami włącznie.

(…) Zbrodnie Stalina kojarzy się często z Rosją, a Hitlera – z Niemcami, lecz najstraszliwsze wydarzenia w Związku Radzieckim rozegrały się na jego nierosyjskich peryferiach, a naziści generalnie zabijali poza terytorium Niemiec. Za symbol okropności XX wieku uważa się obozy, a jednak większość ofiar narodowego socjalizmu i stalinizmu nie zginęła w obozach koncentracyjnych. Te nieporozumienia co do lokalizacji i metod masowych mordów przesłaniają nam rzeczywisty obraz okropności XX wieku. (…)

Sama liczba ofiar może nam utrudnić wyobrażenie sobie każdej z osobna. »Imiona ich zawsze bym chciała pamiętać – pisała rosyjska poetka Anna Achmatowa w swoim Requiem – spisałam je wszystkie, lecz spis mi odjęto« [przeł. E. Siemaszkiewicz].

(…) Znacznie łatwiejszą do przełknięcia opcją (…) jest identyfikowanie się z ofiarami zamiast zrozumienia warunków historycznych, które dzieliły one ze sprawcami i gapiami na skrwawionych ziemiach. Identyfikacja z ofiarą oznacza radykalne odseparowanie się od sprawcy. Strażnik w Treblince, który zapuszcza silnik, lub oficer NKWD, który pociąga za spust, nie jest mną – jest osobą zabijającą kogoś takiego jak ja. Trudno jednak powiedzieć, czy ta identyfikacja z ofiarami niesie dodatkową wiedzę, lub czy ten rodzaj dystansowania się od mordercy jest postawą etyczną. Nie jest wcale oczywiste, czy redukując historię do moralitetu, stajemy się moralni.

Przypisanie sobie roli ofiary nie prowadzi niestety samo w sobie do właściwych wyborów moralnych. (…) Każda wielka wojna i masowy mord w XX wieku rozpoczynały się tak samo: napastnicy lub sprawcy twierdzili najpierw, że są niewinni i dzieje im się krzywda. (…)

Ofiary były ludźmi i prawdziwa identyfikacja z nimi musi polegać na uchwyceniu ich życia, nie zaś ich śmierci. Ofiary z definicji nie żyją i nie mogą się bronić przed sposobem, w jaki inni wykorzystują ich śmierć. Łatwo jest uświęcać politykę lub tożsamość śmiercią ofiar. Mniej przyjemne, lecz ważniejsze moralnie jest zrozumienie działań sprawców. Zagrożenie moralne nie polega wszak na tym, że moglibyśmy stać się ofiarą, lecz na tym, że moglibyśmy być sprawcą albo gapiem. Kusi stwierdzenie, że nazistowski morderca wymyka się próbom zrozumienia. (…) Odmówienie człowiekowi natury ludzkiej uniemożliwia jednak stosowanie etyki.

Poddanie się tej pokusie – uznanie innych ludzi za pozbawionych człowieczeństwa – oznacza zbliżenie się do stanowiska nazistów, nie zaś zdystansowanie się od nich. Uznanie, że nie możemy innych poznać, równa się porzuceniu prób zrozumienia, a tym samym rezygnacji z historii. (…)

Nasza współczesna kultura upamiętniania przyjmuje za oczywistość, że pamięć zapobiega mordom. Nęcąca jest koncepcja, że jeżeli ludzie umierali tak licznie, musieli oddać życie za jakąś wartość najwyższą, którą można ukazać, rozwinąć i zachować, upamiętniając ją politycznie we właściwy sposób. Na następnym etapie tą wartością najwyższą okazuje się naród. Miliony ofiar musiały paść, by Związek Radziecki mógł wygrać Wielką Wojnę Ojczyźnianą lub Ameryka swoją »dobrą wojnę« (»good war«). Europa musiała odebrać lekcję pacyfizmu, Polska musiała zyskać legendę wolności, Ukraina – swoich bohaterów, Białoruś musiała dowieść swoich cnót, a Żydzi – wypełnić syjonistyczne przeznaczenie. Wszystkie te późniejsze racjonalizacje, choć przekazują nam ważne prawdy na temat polityki i psychologii narodowej, mają jednak niewiele wspólnego z pamięcią jako taką. O zabitych się pamięta, lecz zabici nie pamiętają. Władzę sprawował ktoś inny i ktoś inny zadecydował o tym, jak umarli. Później ktoś jeszcze inny decyduje, dlaczego. Gdy sensu szukamy w zabijaniu, pojawia się ryzyko, że więcej zabijania przyniesie więcej sensu.

Tutaj tkwi być może cel historii – gdzieś pomiędzy odnotowywaniem śmierci a jej nieustanną reinterpretacją. Jedynie historia masowego zabijania może połączyć w jedno liczby ze wspomnieniami. Bez historii wspomnienia stają się prywatne, co oznacza dzisiaj – narodowe, a liczby stają się publiczne, czyli służą za instrument międzynarodowej rywalizacji o tytuł męczenników. (…) Po zakończeniu II wojny światowej i ponownie po upadku komunizmu nacjonaliści na skrwawionych ziemiach (i poza nimi) popuścili cugle fantazji w opisie rozmiaru doznanych krzywd, roszcząc sobie w ten sposób prawo do niewinności. (…)

Poza Polską nie docenia się rozmiaru polskich cierpień. Nawet polscy historycy rzadko wspominają o Polakach z ZSRR, których zamorzono głodem w sowieckim Kazachstanie i na sowieckiej Ukrainie na początku lat trzydziestych lub zastrzelono podczas stalinowskiego wielkiego terroru końca lat trzydziestych. Nikt nie dostrzega, że Polacy w Związku Radzieckim ucierpieli w latach trzydziestych bardziej niż jakakolwiek inna europejska mniejszość narodowa. Nieczęsto przywołuje się uderzający fakt, iż w 1940 roku sowieckie NKWD dokonało na okupowanych ziemiach wschodnich Polski większej liczby aresztowań niż na reszcie terytorium Związku Radzieckiego. Wskutek bombardowania Warszawy w 1939 roku zginęło mniej więcej tylu Polaków, ilu Niemców w nalocie na Drezno w 1945 roku. Dla Polaków bombardowanie to oznaczało zaledwie początek jednej z najkrwawszych okupacji wojny, podczas której Niemcy zabili miliony polskich obywateli. W czasie samego powstania warszawskiego liczba polskich ofiar przekroczyła liczbę Japończyków zabitych wskutek zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Mieszkający w 1933 roku w Warszawie Polak niebędący Żydem miał mniej więcej takie same szanse dożycia 1945 roku jak mieszkający w 1933 roku w Niemczech Żyd. Podczas wojny zamordowano niemal tylu niebędących Żydami Polaków, ilu w Auschwitz zagazowano europejskich Żydów. W Auschwitz zginęło zresztą więcej Polaków niebędących Żydami niż Żydów z dowolnego kraju europejskiego z wyjątkiem dwóch: Węgier oraz samej Polski.

(…) Pomimo zaiste straszliwych strat Polska jest kolejnym przykładem polityki zawyżania doznanych krzywd. (…) Polacy niebędący Żydami musieli znosić niewyobrażalne trudności w porównaniu z ludnością pod okupacją niemiecką w Europie Zachodniej. Pomimo to Żydowi w Polsce zadana z premedytacją śmierć groziła podczas wojny piętnastokrotnie częściej niż Polakowi nie-Żydowi.

W ciągu dwunastu lat obydwa reżimy wymordowały celowo czternaście milionów ludzi. To moment, który ledwie zaczynamy rozumieć, nie wspominając o całkowitym jego ogarnięciu. Powtarzając zawyżone liczby, Europejczycy uwalniają miliony duchów ludzi, którzy nigdy nie żyli. Takie widma mają niestety siłę. To, co zaczyna się jako rywalizacja na polu martyrologii, może kończyć się jako martyrologiczny imperializm. (…) Gdy z równania usuniemy historię, liczby pną się w górę, a pamięć zamyka w sobie; stanowi to zagrożenie dla nas wszystkich. (…)

Ofiary pozostawiły po sobie żałobników. Zabójcy pozostawili liczby. Dołączenie po śmierci do wielkiej liczby oznacza rozpłynięcie się w strumieniu anonimowości. Pośmiertny zaciąg do rywalizujących stronnictw pamięci narodowej umacnianej liczbami, do których zaliczono czyjeś życie, oznacza utratę indywidualności. Równa się zapomnieniu przez historię, która wychodzi z założenia, że każde istnienie ludzkie jest nieredukowalne. W całej swojej złożoności historia jest tym, co wszyscy mamy, i tym, czym możemy się wszyscy dzielić. Nawet więc, gdy znamy poprawne liczby, musimy dołożyć wszelkiej staranności. Prawidłowa liczba nie wystarcza.

Każdy zapis śmierci sugeruje niepowtarzalne życie, nie może go jednak zastąpić. Musimy potrafić nie tylko określić liczbę zabitych, lecz wyliczyć z osobna każdą ofiarę jako człowieka. Spośród wielkich liczb jedną, która ostaje się przy dokładnej analizie, jest ta dotycząca Holocaustu: 5,7 miliona zabitych Żydów, z tego 5,4 miliona z ręki Niemców. Tę liczbę, podobnie jak wszystkie inne, trzeba jednak postrzegać nie jako 5,7 miliona, a więc abstrakcję, którą niewielu zdoła ogarnąć, lecz jako 5,7 miliona razy jeden. Nie oznacza to uogólnionego obrazu Żyda, którego 5,7 miliona razy spotyka abstrakcyjna śmierć. Oznacza to niezliczone jednostki, które trzeba niemniej policzyć, pośrodku ich życia (…).

Obchody pamięci organizuje się wokół okrągłych liczb – dziesiątek, setek, tysięcy; o umarłych łatwiej jest jednak pamiętać, gdy liczby nie są okrągłe, gdy ostatnią cyfrą nie jest zero. (…)

Jeżeli chodzi o historię masowego zabijania na skrwawionych ziemiach, we wspomnieniach trzeba zachować milion (razy jeden) leningradczyków zamorzonych głodem podczas oblężenia, 3,1 miliona (razy jeden) różnych jeńców sowieckich zgładzonych przez Niemców w latach 1941-1944 lub 3,3 miliona (razy jeden) różniących się od siebie chłopów ukraińskich zagłodzonych przez reżim sowiecki w latach 1932-1933. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy, wśród nich kryją się jednak pojedynczy ludzie (…).

Każdy z 681 692 ludzi zastrzelonych podczas stalinowskiego wielkiego terroru lat 1937-1938 miał własną, inną historię (…). Każdego z 21 892 polskich jeńców wojennych rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku śmierć zastała pośrodku życia. (…)

Reżimy nazistowski i sowiecki zamieniły ludzi w liczby, spośród których część możemy tylko szacować, część umiemy zaś odtworzyć ze sporą precyzją. Jako naukowcy musimy określić te liczby i przedstawić je we właściwym kontekście. Jako humaniści musimy nadać im z powrotem ludzki wymiar”

                [Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Przeł. B. Pietrzyk].

  

środa, 11 stycznia 2012
1052. Images and imaginations...
  
„Senność” (Polska’2008; reż. Magdalena Piekorz) i „Tetro” (USA / Argentyna / Hiszpania / Włochy’2009; reż. Francis Ford Coppola) – szelest papieru w każdej scenie, w każdym dialogu. Sama wykoncypowana literackość – co w tym przypadku znaczy: zero kina / życia. Pretensje do bycia czymś. Napisy końcowe jak przebudzenie po męczącej nocy…
A właśnie – ocknąłem się po ósmej, już wiedząc, że tym razem nie usnę; nie byłem tak wymordowany, tak bezsilny jak dotychczas (a przecież położyłem się, jak zwykle, tuż przed trzecią) – niemal od razu mogłem wstać, być w formie. Czyżbym więc (zaraz pojawia się nadzieja) po tylu miesiącach nagle się wyleczył? Ot, tak – niczym Fiodor Michajłowicz z hazardu (że katar przeszedł, skoro minęło siedem dni, nie trzeba chyba pisać)? A skoro porównanie do obsesji – zakup kolejnych butów. Dziś przyjechały, trzewiczki ocieplane od Riekera – poprzednie zdzierałem bodaj pół dekady. Nie tyle pragnienie więc tym razem, co konieczność (ale w odkrytej tak niedawno, już ulubionej zajefajnej marce wyprzedaże, więc byłaby na czasie jakaś wygrana w Totka – jak dotąd tylko trójki: dwadzieścia cztery złote)…

W snach także wciąż bez żądz – jakieś fabuły sensacyjne, mocno filmowe nawet (rosyjscy szpiedzy w Turcji? pościgi, strzelaniny). Lecz mnie w nich nie ma raczej. A tej, z którą rozmawiam nim zapadnie ciemność – już na pewno…

 

                    „Oto, kochana, przymykam powieki,

                    słyszysz ich szelest – ku tobie znak,

                    słyszysz, podnoszę je ruchem tak lekkim…

                    …Ale czemu ciebie tu brak”

                              [Rainer Maria Rilke, Cisza. Przeł. J. Brzostowska].

  

niedziela, 08 stycznia 2012
1051. Zaopiekuj się mną...

  

Mrozów i śniegu ciągle nie ma, lecz wystarczyło raz zasiedzieć się wieczorem w jednej bluzce. I oto w moim magicznym domu coś złapałem, się przyplątało jakieś leciutkie przeziębienie. Może grzejniki miałem zakręcone, gdy je jesienią napełniano wodą – i teraz grzeją nie dość mocno, w mieszkaniu dziewiętnaście stopni lub poniżej. W efekcie w todze z koca przychodzi spędzać mi te dni ostatnie, kichając wciąż, smarkając; w lekturze nowy Houellebecq, oglądam „Wszystkich innych” (Niemcy’2009; reż. Maren Ade – gorzkie) i „Króla Lwa” (USA’1994 – klasyczny jeszcze Disney, tuż sprzed rewolucyjnych obrazów Pixara i DreamWorksu – które wolę). Jako lekarstwa jedynie Ibupromy, sok malinowy do herbaty i jabłuszka. Na szczęście bez gorączek, dreszczy, osłabienia – bez kogoś, kto zrobiłby rosołek i podał do łóżeczka. Mężczyzną chorującym trzeba się opiekować niczym bezbronnym dzieckiem, a ja świetnie się czuję w roli małego chłopca…

  

piątek, 06 stycznia 2012
1050. Ogród Saski (I)...

 

Z tęsknoty za kolorem i pogodą (większa galeria tutaj):

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

wtorek, 03 stycznia 2012
1049. New Year’s Resolutions...

  

Z ubiegłorocznych postanowień (por. 887) udało się jedynie najmniej efektowne, codzienne, skrupulatne, dzięki któremu-m tutaj. I teraz też tak – miłość zbyt boli, seks jest niemożliwy, praca to kwestia szczęścia, więc tylko powrót do czytania; każdego dnia fragmencik, rozdział, artykulik. I nie kłaść się tak późno. Jeść. Ćwiczyć. Sprzątać. Wychodzić, by spotykać…

 

„[7 XI 1963] Może mnie uratować tylko porządek dzienny, dyscyplina. (…) trzeba stosować szkołę angielską, golenie i herbata o piątej bez względu na okoliczności. Należy sobie stwarzać małą stałość, stałość i trwałość jakąkolwiek, kiedy wszystko jest niestałe, właściwie już niebyłe. (…)

[12 VIII 1964] Żeby już wyłoniła się jakaś praca. Sama się nie wyłoni. (…)

[4 XII 1964] Alleluja. Nowy dzień, nowe nadzieje, nowe zachcenia, nowe klęski i nowe kładzenie się spać wieczorem, kiedy znowu nic się nie udało. (…)

[29 XII 1964] Powiedzmy, od Nowego Roku. (…)

Co najmniej, żeby wstawać nie o dwunastej w południe. Życie hrabiego. (…)

[1 I 1965] Z Nowym Rokiem nic nie mam sobie ani innym do powiedzenia. Nikomu nie mam nic do powiedzenia. Jest to na pewno bardziej uciążliwa forma samotności niż ta, która polega na tym, że nikt do nas się nie odzywa”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

 

niedziela, 01 stycznia 2012
1048. Big Bang...

       

Pomysł, by w tę wyjątkową ponoć noc – zamiast samotnego siedzenia w domu – pójść na górkę w Parku Moczydło, okazał się lepszy, niż mogłem przypuszczać. Zgromadził się tam nawet pokaźny tłum z potężnymi zapasami materiałów pirotechnicznych, a o północy (czy raczej: już na pięć minut przed) tuż nad naszymi głowami i wszędzie wokół nad bliższymi i dalszymi dzielnicami miasta (najefektowniej wypadła Wola i Śródmieście), rozbłysła półgodzinna kanonada ogromnych fajerwerków. Spektakl był iście bajkowy, miejscówka chyba z lepszych w Warszawie. Obracałem się wciąż w kółko z uśmiechem dziecka, któremu sprawiono prawdziwą niespodziankę, podziwiając ten pierścień ognia, ciesząc z huku, dymu i eksplozji. Pierwszy mój Sylwester po swojemu i od razu taki wybuchowy…

  

Archiwum
Tagi