~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 28 lutego 2007
202. "Radykalne umiarkowanie"

  

   Pięćdziesiąte urodziny tygodnika „Polityka”. Czytam to pismo już dwunasty rok (każdy numer od deski do deski), a więc zacząłem w wieku 15 lat. Jego fenomen i znaczenie – zwłaszcza w słusznie minionej epoce – zdumiewają mnie nieustannie.

   Pisze redaktor Jerzy Baczyński: „jubileusz »Polityki« stwarza znakomitą okazję do poważnej – i potrzebnej – dyskusji o naszej najnowszej historii, o życiu w PRL, o różnych formach układania się z władzą i buntu przeciw niej, o genezie Okrągłego Stołu, o przejściu od PRL do III RP. »Polityka« przez te pół wieku, jak cały kraj, przeżyła kilka historycznych epok i zwrotów. Redaktorzy i publicyści gazety niekiedy wyprzedzali swoje czasy, nadawali ton publicznej rozmowie, to znów spóźniali się lub mijali z nastrojami społeczeństwa. Mamy to zapisane na stronach gazety; tu wszystko jest jawne i dostępne łatwiej niż teczki w IPN.

   Nasza gazeta nosi grzech wczesnego urodzenia. W dodatku miała »paskudny początek«. (...) »Polityka« powstała jako przeciwwaga dla popaździernikowych »rewizjonistów«, skupionych wokół legendarnego tygodnika »Po prostu«. Także w następnych latach i dekadach – kiedy, kierowana przez Mieczysława Rakowskiego, stawała się już najważniejszym tygodnikiem w Polsce – popierała przecież partię i socjalizm, opisywała kolejne plena i zjazdy, lansowała gierkowską modernizację, a jeszcze później niektórzy prominentni publicyści tygodnika stanęli u boku gen. Jaruzelskiego. Z punktu widzenia dzisiejszej rządowej wersji historii, »Polityka« w czasach PRL uczestniczyła w zniewoleniu narodu, wspierała moskiewską władzę nad Polską, co najwyżej, za zgodą władz i pod kontrolą cenzury, dawała iluzję jakiejś debaty i wymiany myśli. I jeśli coś się »Polityce« na 50-lecie należy, to nie gratulacje, a lustracja. Nie wybieraliśmy daty jubileuszu, ale cieszymy się, że wypada on właśnie teraz. Z naszej historii, którą teraz sobie odświeżyliśmy, wynika bowiem wyraźnie, że gazeta cieszyła się największym szacunkiem i solidarnością czytelników w czasach, gdy była źle postrzegana przez władze.

   Dzisiejszy zespół »Polityki« to już bodaj trzecie pokolenie redaktorów tygodnika. Nie mamy obowiązku bronić wyborów, jakich dokonywali nasi poprzednicy z pokolenia ojców czy dziadków. Współczesna »Polityka« niemal pod każdym względem różni się od poprzednich wcieleń. Nie wiem, czy nasi poprzednicy wierzyli w PRL, czy tylko czuli się zmuszeni uwzględniać realia; moje pokolenie, nie mówiąc już o rocznikach młodszych, nie cierpiało PRL. A jednak nie mamy zamiaru odcinać się od przeszłości gazety albo – co najłatwiejsze – wybierać z niej te okresy, teksty, autorów, z których nietrudno być dziś dumnym. Mam także nadzieję, że nasi poprzednicy, dziś na ogół na emeryturach – nawet jeśli się z nami nie zgadzają, mają poczucie satysfakcji, że ich gazeta żyje, że w nowych czasach jest tym, czym była wtedy, kiedy oni ją redagowali: największym tygodnikiem politycznym w kraju i najważniejszym pismem polskiej inteligencji.

   Chętnie przyznajemy, że przy wszystkich odmiennościach jest wiele cech łączących »Politykę« i jej dziennikarzy z różnych epok: pewien sposób oglądu rzeczywistości, raczej mało ideologiczny i zacietrzewiony, ciekawość świata, wrażliwość na problemy społeczne, przekonanie o potrzebie modernizacji Polski, nieufność wobec narodowego patosu, skłonność do kompromisu… Ale to, co naprawdę pozwala nam obchodzić tę rocznicę jak własną, to bilans tego półwiecza, przekonanie, że »Polityka« i miliony jej czytelników przeszły wspólnie krętą drogę – od naiwnej wiary w naprawę socjalizmu, kolejne próby systemowych reform, przez okresy buntów, stabilizacji i stagnacji, zwątpienia i nadziei, aż do Okrągłego Stołu i początku Wielkiej Transformacji. Nie każdy był od razu taki mądry jak działacze PiS; większość Polaków – jak my w gazecie i pewnie nasi czytelnicy – zmieniała się, uczyła, dostosowywała do nowych czasów, nabierała odwagi, dojrzewała do życia w wolności, zmieniała zawody, miejsca pracy, przekonania. Te meandry polskich losów są zapisane i udokumentowane na łamach »Polityki«. Nasz tygodnik, na miarę swoich możliwości i wpływów, współtworzył III RP. I nadal uważamy, że, mimo błędów, Wielka Przemiana nadspodziewanie się powiodła i że niemały udział mieli w tym ludzie wychowani na »Polityce«.

   Na progu następnego półwiecza wszystkim, którzy czytają »Politykę«, którzy cokolwiek jeszcze czytają, chcemy powiedzieć: Wykształciuchy wszystkich pokoleń, łączcie się!”

  

poniedziałek, 26 lutego 2007
201. La promesse...

  

„Nie jest dobrze być bardzo kochanym w tak młodym wieku, tak wcześnie. To powoduje złe przyzwyczajenie. Wydaje się, że tak już być musi. Wydaje się, że to gdzieś powinno istnieć, że można to odnaleźć. Liczy się na to. Wypatruje się, ma nadzieję, czeka. Miłość macierzyńska to obietnica, którą życie daje nam na progu i której nie dotrzymuje nigdy. Z tym niedosytem pozostać trzeba do końca życia. Ilekroć kobieta bierze nas w ramiona i przyciska do serca, są to tylko kondolencje”...

                    [Romain Gary, Obietnica poranka. Przeł. J. Pański].

  

środa, 21 lutego 2007
200. Drzewa

   

                  „W życia wędrówce, na połowie czasu,

               Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,

               W głębi ciemnego znalazłem się lasu.

                  Jak ciężko słowem opisać ten srogi

               Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,

               Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi.

                  Gorzko – śmierć chyba większe zna gorycze”

                         [Dante, Boska komedia. Piekło. Przeł. E. Porębowicz].

  

Ale czy naprawdę – większe?

   

   Wczoraj bezsilnie patrzyłem, jak na podwórku przed moim blokiem piły tarczowe masakrują dwie ogromne, rozłożyste wierzby płaczące, rosnące tam, zdawałoby się, od zawsze. Jedną z nich, na wprost mego okna, traktowałem jako najtrwalszy punkt odniesienia. Zostały gołe pnie i obcięte wpół konary. Drzewo, tak kiedyś potężne i piękne, dziś stoi obnażone w swej nędzy i wyciąga kikuty ramion, wołając niemo o pomstę do nieba. Król, który dziś jest żebrakiem, stojący nad przepaścią, bez siły, by choćby zapłakać... 

   

               „Jęcz, jęcz, jęcz, świecie! – O, wy wszyscy z głazu!

               Gdybym miał wasze oczy, wasze usta,

               Wstrząsłbym niebiosa mym jękiem”

                         [William Shakespeare, Król Lear. Przeł. J. Paszkowski].

     

środa, 14 lutego 2007
199. Pokolenie

  

Dziś na konferencji w Sejmie obszerne, fascynujące, zachwycające (jak zawsze) wystąpienie Władysława Bartoszewskiego. I jakby przypadkiem – 65. rocznica przekształcenia Związku Walki Zbrojnej w Armię Krajową. Powołująca się na tradycje narodowe IV RP nie wspomniała o tym ani słowa w serwisach informacyjnych. I dobrze – bo przez polskie Państwo Podziemne, Powstanie Warszawskie i opozycyjne ruchy niepodległościowe w PRL-u (a profesor Bartoszewski uosabia wszystkie te tradycje) wykuwała się nie ona, lecz III Rzeczpospolita. Ale dziś i III RP milczała. I chyba nigdy nie umiała odwołać się do swoich źródeł. Pozwoliła sobie zabrać naszą przeszłość. I to jest jej grzech największy.

  

A swoją drogą – gdzie dziś jesteśmy my w porównaniu do takich ludzi, jak Władysław Bartoszewski? Jak ma się obecna polska polityka i kultura do pokolenia Kolumbów, do generacji Giedroycia (rocznik 1906), Miłosza (1911), Karskiego i Nowaka-Jeziorańskiego (1914), Herlinga-Grudzińskiego (1919), Wojtyły (1920), Różewicza (1921), Bartoszewskiego (1922), Chrzanowskiego (1923)? Umyślnie piszę „generacja”, choć rodzili się oni na przestrzeni kilkunastu lat. A jednak to jedno, niezwykłe pokolenie. I wielki to kraj, który wydaje takich ludzi... Mimo wszystko jestem dumny z Polski. Bo dziś? Cóż mamy dziś? I kto się dziś rodzi – w święto zakochanych?

  

niedziela, 11 lutego 2007
198. Hołota

  

…A z tej brzydoty wychodzą brzydcy ludzie – zdecydowanie prą naprzód i obejmują władzę nad krajem, a ja czuję bezsilność i złość, bo nie potrafię nie przejmować się otaczającą mnie rzeczywistością. Mój Boże, cóż to za wyrosłe z gomułkowszczyzny męty – te obrzydliwe zakłamane mordy, te ujawniające się na każdym kroku kompleksy (zresztą, uzasadnione, jeśli spojrzeć na ich nosicieli), to schizofreniczne myślenie, ten bełkotliwy język, te absurdalne decyzje i posunięcia. Ta zadufana w sobie kasta „chorych na własną niewinność”, buńczucznymi hasłami kryjąca lęk przed współczesnym światem, ta banda nieudaczników, cyników i frustratów, biorących dziś odwet za lata czekania w kolejce, te skarlałe, zaplute, wynaturzone typy, ta zgraja błaznów i potakiwaczy, „Wódz, a za Wodzem wierni” prawdziwie bierni i mierni. Im gorszy władca, tym więcej takich typów na jego dworze.

Dość tylko wyliczyć: Kaczyńscy, Gosiewski, Zawisza, Cymański, Dorn, Kurski, Kuchciński, Jurek, Ziobro, Piłka, Wassermann, Suski, Bielan, Kamiński, Mojzesowicz, Putra, Jurgiel, Fotyga, Polaczek, Jasiński, Marcinkiewicz, Szczygło, Legutko, Kruk, Macierewicz… Można by niczym Diogenes przejść się z lampą po PiS-ie i wołać: „Szukam (normalnego) człowieka!”

A do tego jeszcze: Lepper, Łyżwińscy, Filipek, Beger, Maksymiuk, Hojarska, Bestry, Wiśniowska, Giertychowie, Wierzejski, Bosak, Dobrosz, Orzechowski, Sobecka…

Ludzie, których kiedyś prano po pysku w korytarzu, dzisiaj zasiedli w salonie. Aż chce się zacisnąć pięści i udzielić im lekcji w starym stylu…

  

piątek, 09 lutego 2007
197. Brzydota

  

Brzydota, która nas otacza. Niewiarygodne wprost, jak Polska – mam tu na myśli, oczywiście, przestrzeń kształtowaną przez człowieka – jak ta Polska jest brzydka. Jak brzydka jest cała Europa Środkowo-Wschodnia. Jeśli Historia czymś nas rzeczywiście skrzywdziła, to tym nie do wykorzenienia, nieusuwalnym dziedzictwem brzydoty. Tym brakiem elementarnego zmysłu estetycznego – naszym najboleśniejszym kalectwem. Tymi miastami-koszmarami, które są wszystkim, tylko nie tym, czym śmią się nazywać (inaczej Paryż – Paryż jest kwintesencją miasta). Gdzie by nie spojrzeć, wszystko jest nie tak. I ten powszechny brud, to odgradzanie się od siebie, ten brak dbałości o przestrzeń publiczną. Ta szarość, bylejakość, wiecznie trwająca doraźność. I ci ludzie. Snujący się, podejrzliwi, nastroszeni, smutni, zmęczeni jak obnażona z tynku kamienica z obsikanym przez pijaków podwórkiem.

Jak na Rosjanina oddziałuje bezkres, tak Polaka kształtuje brzydota. Od niej się wszystko zaczyna…

  

poniedziałek, 05 lutego 2007
196. Chwilo trwaj!

  

Dziś było tak zwyczajnie, lekko, wesoło. Tak dobrze…

Idę przez słoneczny Wrocław i dusza mi śpiewa.

   

                              It’s a beautiful day

                              Sky falls, you feel like

                              It’s a beautiful day

                              Don’t let it get away

  

                              You’re on the road

                              But you’ve got no destination

                              You’re in the mud

                              In the maze of her imagination
  

                              You love this town

                              Even if that doesn’t ring true

                              You’ve been all over

                              And it’s been all over you

  

Choć na chwilę udało się zapomnieć, odlecieć stąd…

  

                              What you don’t have you don’t need it now

                              What you don’t know you can feel it somehow

                              What you don’t have you don’t need it now

                              Don’t need it now
                              Was a beautiful day

                                                  [U2, Beautiful Day].

  

sobota, 03 lutego 2007
195. Wcielenie

  

   Ach, przekuć ten ból, tę złość, ową urazę do świata, do siebie w coś twórczego, wartościowego, nadać temu jakąś formę, ubrać w słowa, napisać, wyrzucić z siebie, zamknąć raz na zawsze, tak by wiedzieć, że to wszystko, co dotąd i co wciąż, było warte swojej ceny, bo zostało okupione czymś innym, wyższym, czymś, co oddziela się stopniowo ode mnie i przechodzi w realne istnienie.

   Napisać – jak mam to napisać?

  

   „Więcej miał w sobie nieuświadomionego dążenia niż logicznie określonych pobudek, aby uczyć się i wiedzieć, podobnie jak i w każdej innej, najwęższej nawet dziedzinie, która go dotąd zajmowała. Jeszcze w dziecinnych latach uważano go za dziwaka, był niepodobny do kolegów. Rodziców nie znał; koledzy ze względu na dziwaczny, nietowarzyski charakter traktowali go nieludzko i brutalnie, dlatego też stał się nietowarzyski i ponury i stopniowo zaczął się wyróżniać swoją odrębnością. Ale w jego samotnych zajęciach nigdy nie było porządku i określonego systemu, nawet i teraz był to jedynie pierwszy zachwyt, pierwsza gorączka, pierwszy dreszcz artysty. Sam tworzył sobie system, kształtował go całymi latami i w jego umyśle powoli, stopniowo narastał jeszcze ciemny, niewyraźny, ale sprawiający jakąś dziwną ulgę obraz idei, wcielonej w nową, jaśniejszą formę; forma ta wyrywała mu się z duszy, szarpiąc tę duszę; z pewnym lękiem jeszcze odczuwał jej oryginalność, prawdę, odrębność; tworzenie było już na miarę jego sił, formowało się i krzepło. Ale czas wcielania i tworzenia był jeszcze daleki, może bardzo daleki, może całkiem nieosiągalny!”

                         [Fiodor Dostojewski, Gospodyni].

  

piątek, 02 lutego 2007
194. Nie tak, nie to...

  

Jak to było u Gombrowicza?

„Poniedziałek – ja. Wtorek – ja. Środa – ja. Czwartek – ja. Piątek”.

  

Dlaczego nie umiem być mężczyzną?

A może – dlaczego nie umiem być tak zwanym „normalnym człowiekiem”?

A może – dlaczego nie umiem „być”?

Dlaczego nie chcę?

  

Wszystko jest „nie tak”.

Nieśmiałość. Wstydliwość. Subtelność. Przewrażliwienie. Delikatność. Lęki. Kompleksy. Uprzedzenia. Niesamodzielność. Zdziecinnienie. Brak doświadczeń. Dziewiczość. Abstynencja. Prostackie imię. Za niski wzrost. Za grube włosy. Za ciemne oczy. Za żółte zęby. Za wydatny podbródek. Za małe dłonie. Za cienkie ręce. Za długie nogi. Zbyt sterczące łopatki. Za mały, za krzywy penis. Za słaba, za krótka erekcja. Przedwczesny wytrysk. Za mało siły. Brak oddechu przy wysiłku. Płaskostopie. Łuszczyca. Zbyt wiele książek, filmów, myśli uczuć – za mało tematów do rozmowy. Brak kogokolwiek do rozmowy. Zbyt irytujący rodzice. Zbyt obcy krewni. Zbyt głośne szepty za moimi plecami. Niepotrzebne studia. Nie do skończenia doktorat. Za mało pieniędzy. Całkowita osobność. Zbędność. Obojętność. Trwanie w stanie czystym.

Wszystko jest „nie tak”, „nie to”.

I zazdrość – tak wyglądać, to mieć, to potrafić, na to się odważyć.

  

Mówią mi, że muszę zaakceptować to, na co nie mam wpływu. Czyli, że muszę zaakceptować wszystko. Czy oni wiedzą, co to znaczy zmusić się do wszystkiego? Zabić samego siebie, by narodzić się na nowo?

  

Archiwum
Tagi