~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 28 lutego 2008
385. Glances

  

…w każdym lustrze, krzyczącym o ambicjach na coś lepszego… u nowego fryzjera (– Pan zawsze taki milczący? – Zawsze), co szansę rewolucji na głowie (Ty, który wchodzisz, witaj się z nadzieją) pacyfikuje zgniłym kompromisem z moją niewyglą(do)skonałością (obietnica pół żartem-pół serio, że gotów jestem wiele ofiarować – siebie nawet – pierwszemu, co mnie w końcu zadowoli, wciąż nie zagraża ani mojemu budżetowi, ani rdzewiejącej cnocie)… roześmianych licealistów łażących z piwem po parku wzdłuż dawnej fosy, ewidentnie na wagarach (śmiać się tak, tak łazić, piwo pić, wagarować)… czarnego sznaucera, wgryzającego się w torbę bawiącej siebie nawet bardziej niż jego staruszki… nieziemsko przystojnego chłopca w hallu Dworca Głównego, oglądającego się za mną z błyskiem w oku w chwili bezpowrotnego mijania (obejrzeć się trzeba było mi też)… i po kilku godzinach, w tym samym miejscu moje, za kimś innym już, lecz równej tamtemu klasy z zazdrością skierowane, co na powracającą do rodzinnego domu koleżankę nieoczekiwanie się natknęło, przedwcześnie tracąc obiekt podziwu z pola widzenia…

Spojrzenia... na ostatnie dni lutego... gdy coś wisi w powietrzu, coś się zbliża, coś pachnie... nie na wzrok tylko oddziałuje…

  

Tagi: homo Wrocław
21:27, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 26 lutego 2008
384. Dicta acerba

  

Myśli złote, prawdy oczywiste, zdania proste, złożone, kłujące:

 

„Naszą historię kształtujemy dzisiaj”

                    – mimochodem zapamiętane…

„Za ogrodzeniem wysokich wymagań hoduję samotność”

                    – z zaskoczeniem przeczytane (przywłaszczone)…

„Masz większy potencjał, niż wielu innych, więc i marnujesz go bardziej niż oni”

                    – przed rozstaniem usłyszane (uogólnione)…  

„Mogę nie być szczęśliwy, ale mogę się uśmiechać”

                    – sobie z niewiarą wmawiane…

  

20:53, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 24 lutego 2008
383. Brak

  

Ktoś znany prawie, podziwem za to zupełnym darzony, wykreślił mnie z blogowej listy miejsc polecanych; ktoś inny, zapoznawany od niedawna, lecz z równą tamtemu fascynacją, na liście podobnej umieścić mnie raczył. Obaj słusznie to czyniąc, na wdzięczność mą zasłużyli. Pierwszy bardziej nawet, bo kara słuszniej mi się należy niźli nagroda…

  

Dzisiejsze zachwyty...

I Okudżawa w oryginale, o wiosną odchodzącej piechocie, rekonstruowany słowo po słowie, nuta po nucie gdzieś w zakamarkach pamięci... I Majestic (USA’2001, reż. F. Darabont), prostota w duchu najlepszego Franka Capry, o czarze kina, amerykańskich wartościach, których wcale nie trzeba ujmować w cudzysłów, i o krzyczeniu J’accuse! gdy krzyczeć rzeczywiście jest potrzeba... I chłopiec ze słońcem we włosach, co wciąż nie odpowiada na list jednak (zbyt późna decyzja) wysłany... I Ewa Bieńkowska o Apollo i Dafne Berniniego: „gładkość ciał, chropawość kory, kruchość listków, rozrzucone włosy”... I różane świty Lorraina na ze czcią przewracanych kartach albumu, i krwawe zachody Turnera, i to, co na żywo za wieczornym oknem, co przekraczać się zdaje całe bogactwo palety ludzkiego wypowiedzenia:

   

                    „A niebo, niebo – to twój Buonarroti!”.

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. S. Pollak]

  

I mimo całego tego nasycenia brak. Ciągły brak czegoś jeszcze… Co najważniejsze. Pożądane. Wciąż niezaznane. Już niemożliwe…

Dzisiejsze zmysły...

  

piątek, 22 lutego 2008
382. Cheer up!

  

Gdybym o tym, co dzisiaj, miał napisać ledwie dwa dni temu, pewnie mówiłbym o wydobyciu się z dna otchłani lub też o cudownym przywróceniu do życia. Dziś już wiem, że mniej trzeba wielkich słów, a więcej starań, więcej drobnych kroczków. Więcej pracy nad sobą.

I wtedy, powoli, z dystansem, nie naciskając się udaje…

  

czwartek, 21 lutego 2008
381. Knock, knock, knocking...

  

Otworzyć się, zaufać, zwierzyć, przyjąć pomoc, podzielić tym, co sam mogę zaoferować, współuczestniczyć w czymś razem, czyjegoś życia stać się częścią… Chciałoby się, tak bardzo by się chciało. A tymczasem bliżej mi raczej do Czechowowskiego człowieka w futerale, chodzącego latem w płaszczu z podniesionym kołnierzem, w kaloszach i z parasolem w pokrowcu, co w trumnie dopiero znalazł swój ideał.

Silę się na sztuczność, gdy stykam z żywiołową naturalnością, stroszę kolce, gdy łagodnym być trzeba, umyślnie zniechęcam do siebie już na samym wstępie, odmawiam, obrażam się, nie wpuszczam… 

   

                    „Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale,

                    nieoglądane, piękne nadaremnie,

                    głuche, bez echa czyichkolwiek kroków. 

                    […] 

                    – Wielkie i puste sale – mówi kamień – 

                    ale w nich miejsca nie ma. 

                    […] 

                    Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy. 

                    Całą powierzchnią zwracam się ku tobie,

                    a całym wnętrzem leżę odwrócony”.

  

Do tej pory myślałem, że to ja tylko stawiam wciąż bariery, aż ten raz jedyny, gdy mi zaczęło zależeć, musiałem się natknąć na barierę cudzą. I oto stoję u zamkniętych drzwi, a głuche echo jest mi odpowiedzią na wszystkie pytania i nadzieje… 

   

                    „Pukam do drzwi kamienia. 

                    – To ja, wpuść mnie. 

   

                    – Nie mam drzwi – mówi kamień”

                              [Wisława Szymborska, Rozmowa z kamieniem].

  

wtorek, 19 lutego 2008
380. Distance

  

Każde Jego słowo jest upragnione, z niecierpliwością wyczekiwane, z radością przyjmowane i każde przeszywa mi serce jak sztylet. To, co daje mi największe szczęście (jedyne, w czym szczęście swe upatruję), rani mnie też najboleśniej.

Sporadyczność i pobieżność tych kontaktów jest niemal równie frustrująca, jak moja nieumiejętność ich zacieśnienia...

   

                    „On mi powietrze skąpo odmierza, ostrożnie.

                    Tak nikt nie czyni z najstraszniejszym wrogiem…

                    Och, dyszę jeszcze z trudem, boleśnie i trwożnie,

                    Mogę oddychać, lecz już żyć nie mogę”. 

                              [Fiodor Tiutczew. Przeł. W. Grodzieńska]

  

Im bliżej chciałbym być, tym bardziej się odsuwam. Rosnącego dystansu między nami nie mierzy się tylko w kilometrach – a przecież nikogo tak mi drogiego nie mam i mieć nie chcę…

  

niedziela, 17 lutego 2008
379. Wild

  

Zadajcie mi jakiekolwiek pytanie odnośnie mojej osoby, a na każde odpowiem: Nie wiem.

Niezdolny do pracy, do nauki, do uczuć, do kontaktów, rozmów, zabawy, seksu, wysiłku, podróży, wszystkim znudzony – wypala się coś we mnie i po kolei wygasa, zanim zdążyłem czegokolwiek doświadczyć. Moja obojętność rani mnie jeszcze bardziej niż tych, których ją obdarzam. Tyle tylko jest we mnie ludzkiego…

  

Słoneczny chłopiec.

Ma długie włosy, łagodne spojrzenie, wygląda na szczupłego. Skomentowałem zdjęcie, mówiąc, że takich twarzy się nie zapomina, a nawet nie wiem, czy rzeczywiście mi się podoba. Chyba wcale do niego nie napiszę, bo przecież nie mam nic do powiedzenia ani do zaproponowania. Jestem dobry dla obcych, dlatego oszczędzam ludziom rozczarowań i marnowania czasu. Okrutny bywam dla tych, którzy zechcieli się do mnie zbliżyć…

  

Trzeba by mnie czym prędzej oswoić, lecz już zdziczałem na dobre. Jedna tylko osoba mogłaby mnie obłaskawić, ale…

  

Tagi: homo
16:50, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (7) »
czwartek, 14 lutego 2008
378. Fail

  

Dysputa w klubie studenckim o kondycji polskiej nauki przypominała raczej grecki symposion niż egzamin z filozofii – ale czy wobec tego rozmowa about Andrzej Wajda’s films, przeprowadzona w prywatnym mieszkaniu z autystycznym dzieckiem za ścianą, w większym stopniu spełniała formalne wymogi egzaminu z angielskiego? Ważne, że fikcji stało się zadość i moja niewiedza została dwukrotnie oceniona na bardzo dobry.

Szkoda tylko, że egzamin z przyjaźni najwyraźniej oblałem…

  

wtorek, 12 lutego 2008
377. Der Abschied

  

Słucham ostatniej pieśni z Das Lied von der Erde Mahlera.

Ten finał, co mógłby trwać bez końca – jak szmer fal, muskających z czułością brzeg, coraz cichszych w miarę naszego odchodzenia w głąb lądu, gdy najpierw znika z oczu samo morze, potem w uszach zamiera nawet echo, a my pozostajemy z samym tylko wspomnieniem, równie niekształtnym co woda… Ewig… ewig…

Zmierzch dnia, zmierzch życia – muzyka przechodzi w ciemność jakby umierała. I cisza. Już zawsze… na zawsze…

  

„Pozostaję w szponach przeszłości, wszystkiego, co utraciłem, teraźniejszości wypełnionej samotnością… Wiesz, że takie nastroje miewam od czasów młodości. Nigdy nie było nikogo, z kim coś by mnie łączyło, z kim mógłbym podzielić się doświadczeniami, pomysłami i nadziejami” [Gustav Mahler, 1894].

   

Przez całe życie tylko raz byłem gotów się otworzyć, tylko raz poczułem czyjeś ciepło. Ale żar (nie mój) wygasł, a dom pozostał pusty. Jak mam uwierzyć, że jeszcze się zdarzy, że znów…? 

   

                    „Ale uprzedzam o tym was,

                    Że żyję ten ostatni raz”

                              [Anna Achmatowa. Przeł. W. Grodzieńska].

  

Nie wiem, czym zawiniłem, że mnie to wszystko spotyka. Widać, zasługuję na wiele, dlatego też wiele będzie mi zabrane…

Żegnam się więc zawczasu – ze wszystkim, czego mieć nie będę...

   

niedziela, 10 lutego 2008
376. Raz jeden...

  

Niby się uczyć trzeba, pisać, do zawodowego przygotowywać (to już za dni parę!)… A ustawicznie tylko prywatne roztrząsam, wyrzec się czegoś próbuję, coś sobie wciąż przypominam… Bo niby jak mam zapomnieć? To już sześć miesięcy przecież – przeszłyby bez śladu, gdyby nie każda godzina odliczana, każde słowo i każde milczenie…

   

                    „To pierwsze dziś jest nasze święto, 

                    To święto, co zwie się rozstaniem”

                              [Anna Achmatowa. Przeł. J. Iwaszkiewicz].

  

Świętuję sobie w samotności tę półrocznicę niezaistniałego naszego, co się już nigdy i z nikim nie zdarzy… 

   

                    „Raz jeden każde życie eksploduje. Każde”

                              [Sándor Márai, Pierwsza miłość. Przeł. F. Netz].

  

Moje wybuchło wtedy. Na krótko i niezauważenie…

  

czwartek, 07 lutego 2008
375. Expiatio

  

Proszę… Dziękuję… Przepraszam…

Trzeba było obnażyć się przed przyjacielem z żywionej wobec niego nie-miłości / tęsknoty / zazdrości, by znaleźć wreszcie spokój po dniach i nocach płaczliwych…

Trzeba było świeckiej pokuty, by zrozumieć religijne znaczenie spowiedzi…

Trzeba było zostać ateistą, by ogarnąć geniusz chrześcijaństwa…

Wiara… Nadzieja… Miłość…

  

wtorek, 05 lutego 2008
374. Błyski I

  

Natłok myśli w nocy nie daje zasnąć i dotkliwie męczy. Kolejne obrazy, niczym burzące spokój nieba błyskawice, przeszywają mój umysł i wytrącają z równowagi. Tylko w dzień, pracując, pisząc, mogę jako tako odpocząć. Nie muszę wtedy używać wyobraźni…

„Moje oczy są ciężkie od zmyśleń” (Fernando Pessoa)…

Z koszmaru nocy zostają w pamięci ledwie okruchy, migocące w ciemności błyski…

  

Niedomówienie zakłada tajemnicę, wieloznaczność, niepewność. Nasze domysły i interpretacje nadają mu sens określony, wyzbyty wątpliwości i właśnie dlatego mylny…

  

Dlaczego zachody słońca są spektaklem, eksplozją barw, symfonią zmysłów, a wschody przychodzą niepostrzeżenie, bez wyraźnego akcentu, w bladej szarości mgieł? U ludzi jest na odwrót: krzyk narodzin, milczenie śmierci…

  

Tydzień temu kolega z roku (miałem kiedykolwiek kolegów?) mimochodem wspomniał, że spodziewają się z żoną drugiego dziecka. Nawet nie umiałem się zdziwić, choć wewnętrznie aż mną wstrząsnęło. Żona, dzieci, własna firma, praca… Jestem jak dziecko zaskoczone tym, że pójście do szkoły to koniec zabaw w piaskownicy…

  

Zastanawiam się, czy nie zrezygnować na tych łamach z posługiwania się drugą osobą gramatyczną. Myśli wyrażane bezpośrednio, w prostych słowach są przecież rozumiane na opak, jednoznacznie ukierunkowane zwroty nie trafiają do adresata wypowiedzi…

Zastanawiam się więc, ale chyba nie mam dość sił, by znieść własną kapitulację...

  

Serce mi krwawi… Ogrom banału, jaki wyrósł w kulturze wokół tego zdania, nie przesłania wcale bólu jego dosłowności…

  

Wciąż słyszę, że powinienem zaakceptować siebie takim, jaki jestem. A przecież ja siebie uwielbiam! Na śmierć…

  

W coraz cieplejszym lutym tylko srogość i okrucieństwo zawarte w nazwie miesiąca trwają niewzruszenie. A przecież chłodno, coraz chłodniej…

  

12:21, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 04 lutego 2008
373. Sunset

  

Gdy czuję, że zbliża się to najgorsze, gdy się obawiam tego, co mnie najbardziej przeraża, gdy uświadamiam sobie, że właśnie przegrywam lub coś tracę – obejmuje mnie drżenie nie do opanowania, zimne poty występują na plecach i zdaje mi się, że pogrążam się w czymś nieokreślonym, tracę kontrolę nad własnym ciałem, że tonę, czy też bardziej – że odpływam, oddalam się, znikam. Wystarczy jakiś drastyczny obraz, bym wpadł w taki stan, czyjeś spojrzenie, słowo, a czasem nawet niedopowiedzenie… Głównie jednak własne wyobrażenia, zawiedzione pragnienia, zderzone z obojętnością świata...

  

„[196] Najbardziej bolesne uczucia, najbardziej uciążliwe emocje to te, które są absurdalne – pożądanie rzeczy niemożliwych, właśnie dlatego, że są niemożliwe, tęsknota za tym, czego nigdy nie było, pragnienie tego, co mogło być, żal, że nie jest się kimś innym, niezadowolenie z istnienia świata. Wszystkie te półtony świadomości duszy tworzą w nas bolesny pejzaż, wieczny zachód słońca naszej istoty. Odczuwamy wówczas siebie jako puste pole, które pogrąża się w mroku i smutku, z sitowiem nad rzeką bez łodzi, czerniejącą połyskliwie pomiędzy oddalonymi brzegami”. 

               [Fernando Pessoa, Księga niepokoju. Przeł. M. Lipszyc]

  

21:33, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
sobota, 02 lutego 2008
372. Et si tu n’existais pas...

  

Boli mnie nierównoczesność, nieadekwatność, jednokierunkowość – moich sygnałów, prób, oczekiwań. Ten dojmujący brak wzajemności – we wszystkim. A przecież mnie ostrzegałeś…

Nie musiałem się zakochiwać, byś przesłonił mi sobą innych. Ale w drugą stronę to jakoś nie działa. Bo czy zauważyłbyś w ogóle moją nieobecność? Zbyt wielu Cię otacza, bym uwierzył, że tak...

   

                    „A ci, z którymi Pan Bóg nas rozłączył,

                    Świetnie obeszli się bez nas – i nawet

                    Wszystko wyszło na lepsze…”

                                        [Anna Achmatowa. Przeł. S. Pollak]

  

Znikasz, wymykasz się, ukrywasz. Nie chcesz. Nie mówisz. Nie dzielisz.

Jak gdyby Cię nigdy nie było…

Tymczasem to mnie nie ma, brak dla mnie miejsca. A jeśli nawet w Twoich myślach nie, to już nigdzie…

  

I pomyśleć, że gdybyś nie istniał, nie znałbym nawet tej tęsknoty. Może dla Ciebie byłoby tak nawet lepiej, ale nie dla mnie...

  

Archiwum
Tagi