~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
sobota, 28 lutego 2009
571. L’Avare...

  

Tyleż upokarzające, co wzbudzające irytację. Wyliczanie sobie według cen biletów dopuszczalnej liczby przyjazdów do Wrocławia. Ciągłe blokady w telefonie na połączenia wychodzące z powodu niezasilania konta. Unikanie kolejnych lekarzy-specjalistów, bo tylko do wizyt prywatnych jest się uprawnionym. Skrępowanie ceną herbaty w lokalach na Starym Mieście i zapłaconym za nas rachunkiem, bo wypadałoby się zrewanżować przy następnej okazji. Wizyta w kinie raz na rok, raz na cztery lata − i zero razy przez całe życie w teatrze albo na koncercie. Strach przed wyruszeniem gdziekolwiek i wydaniem na to wszystkiego. Dwudziestoletnie marzenie o kupnie aparatu fotograficznego. Tępe ostrza w maszynce do golenia…

Jeszcze mnie stać na parę drobnych rzeczy, ale jak długo, kosztem rezygnacji z czego? A przecież nie muszę teraz płacić rachunków, więc z każdą zmianą mogę mieć tylko mniej...

Półrocze bez dochodów − co do dnia, co do złotówki…

  

Nie chodzi o brak pieniędzy, ale o lęk przed ich wydaniem. Bo skąpcy się nie rodzą − stwarzają ich takimi sytuacje. Podobnie jak ludzi sukcesu…

  

„Ci, którzy są bliscy doskonałości, udoskonalą się całkowicie. Miejcie, a będzie wam dane”

   [José Carlos Somoza, Szkatułka z kości słoniowej. Przeł. B. Wyrzykowska].

  

21:24, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
czwartek, 26 lutego 2009
570. ANNA - czyli Kobieta...

  

Rick: I think this is the beginning of a beautiful friendship [Casablanca].

  

Moja dziecinna radość z obfotografowania dla Niej swoich książkowych regałów, z czekania na każdy list, chłonięcia każdego zdania. Jej nieustanna obecność w moich myślach, ich intensywność, przyjemność, jaką dają. Moja wdzięczność za Jej gotowość... Pięknie się to wszystko rozwija − przynajmniej to jedno. Przy-najmniej, a przecież naj-więcej…  

  

„Dobrze gdzieś mieć kogoś. Choćby po to, by było komu opowiedzieć historię dnia, który właśnie z tego powodu warto było przeżyć”

                       [Taras Prochaśko, Niezwykli. Przeł. R. Rusnak].

  

wtorek, 24 lutego 2009
569. Nieustannie ta Achmatowa - czyli "Kwiaty naszego niespotkania"...

   

               „Sami z naszym obłędem i ulubionym kwiatkiem

               Widzimy, że naprawdę nie ma już o czym pisać.

               A raczej, że trzeba pisać o tych samych starych sprawach

               W ten sam sposób, powtarzając w kółko to samo,

               Żeby miłość mogła dalej trwać i zmieniać się stopniowo”

                              [John Ashbery, Późne echo. Przeł. P. Sommer].

  

Szkoda, że tak być najwidoczniej musi, że tak się to gdzieś rozpływa i już nic o sobie nie wiemy, bo też już żadnych listów, żadnych telefonów… Że nic Cię to już nie obchodzi i pewnie mnie nawet nie czytasz − a przecież piszę tu tylko po to, byś wiedział, co się u mnie dzieje. Przy odrobinie szczęścia zobaczymy się może raz na pół roku i nie wyjdziemy poza ogólnikowe „Cześć! Co słychać?”, bo nawet grzeczność jest teraz krępująca. I tylko pożegnalny uścisk Twojej ręki będzie się odciskał zagłębieniem w mojej dłoni aż do następnego spotkania…

  

A może tak właśnie jest lepiej? Bo co z tego, że jedynie przy Tobie mógłbym w pełni rozkwitnąć, skoro Ty przy mnie nieodwołalnie musiałbyś zwiędnąć… 

   

               „Gdybyś był o te kwiaty zazdrosny,

               Proszę cię, daj spokój.

               Są dla mnie absolutnie niczym”

                              [John Ashbery, Wazon z kwiatami. Przeł. P. Sommer].

  

sobota, 21 lutego 2009
568. O pożytkach z grafomanii - tudzież o kosztach tejże...

  

„Wszystko to wygląda na dość pogmatwane i niespójne, ale w gruncie rzeczy takim stosem niemożliwych do sklejenia skorup było całe moje życie. Żeby zrozumieć człowieka, trzeba kopać głęboko, sięgnąć korzeni. Nie wystarczy lekceważąco machnąć ręką i stwierdzić, nieważne, było, minęło. Trzeba rozdrapać szramy, wypuścić ropę. Zabrudzić ręce. Zresztą, nic mnie już nie mierzi. To mój codzienny znój. (…)

Pisanie to czynność bardzo bolesna. (…) Od pisania boli nie tylko ręka, boli też dusza. Człowiek nie jest stworzony do pisania, a poza tym, po co to wszystko? Po co mi to wszystko? (…)

Ludzie od dawna samotni często mówią na głos, do siebie, do ścian. Ja robię to samo, pisząc

          [Philippe Claudel, Szare dusze. Przeł. J. Stankiewicz-Prądzyńska].

  

czwartek, 19 lutego 2009
567. O uporze godnym lepszej sprawy...

   

                    Homme sans moeurs et sans religion…

                                        [Aleksander Puszkin, Dama Pikowa].

   

                    dass kein Name mich täuscht,

                    dass mich kein Dogma beschränkt

                                        [Johann Wolfgang Goethe, Herman i Dorota].

  

Ten mój − rzadki, co prawda − zapał do wdawania się w światopoglądowe spory, zabierania głosu w sprawach, o których nie mam pojęcia, do wydawania sądów i wysuwania jałowych argumentów, za którymi nie stoją żadne przekonania, bo przecież z równą swadą gotów byłbym bronić przeciwnego stanowiska niż to, za jakim się rzekomo opowiadam. Skąd to we mnie, po co? Z wrodzonej przekory, dla pobudzenia dyskusji, podświadomej chęci ośmieszenia się? Tymczasem brnę dalej i w efekcie jak u Gombrowicza: „im mądrzej, tym głupiej”.

Jak można mówić o pryncypiach, gdy nie jest się do niczego przekonanym i w głębi ducha każdemu przyznaje się jego racje? Albo też wsadza się kij w mrowisko wyłącznie dla czystej satysfakcji bycia przeciw...

  

„I trzymajmy się zasady, tym mocniej, im dotkliwiej onieśmiela, tym hardziej, im głębiej grzęźniemy w stracone pozycje, tym konsekwentniej, im drastyczniej nas zdeterminowano − żadnej pokory wobec opatrzności, nawet jeżeli jest najabsolutniejszym absolutem. Niech na nic nie liczy poza obojętnością, którą otrzyma w rewanżu za własną obojętność.

Chłód za chłód” [Eustachy Rylski, Po śniadaniu].

  

wtorek, 17 lutego 2009
566. O tym, "czego nauczyłem się od Jeanne Hersch"...

  

…„12. Że we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny[Czesław Miłosz].

  

Podobno hebrajskie imię Boga można też odczytywać jako Jestem Który Będę *. A ja wciąż w żaden sposób nie potrafię zrozumieć pojęcia przyszłości. Sami o sobie decydujemy − niemal śmieszne, a przecież prawdziwe...

  

* „Jestem-który-jestem. W oryginale Ehyeh-Asher-Ehyeh. Słowo ehyeh znaczy »jestem«, ale można je także zrozumieć jako »będę«. To jednocześnie forma czasu teraźniejszego i przyszłego. Da się więc odczytać całość następująco: »Jestem, który będę«. Bóg mówiłby zatem, że podobnie jak istoty, które stworzył, potrafi przeżywać tylko jedną chwilę naraz. Że nie jest w stanie z początku drogi dostrzec jej końca. Że istnieje dla siebie samego jako projekt kogoś, kim się stanie, kim będzie; kogoś, kto osiągnie zadowolenie. Ale nie dzisiaj. Może jutro. Jeśli wszystko pójdzie dobrze”

                    [Marcelo Figueras, Szpieg czasu. Przeł. B. Jaroszuk].

  

Przy ubiegłotygodniowym czytaniu tej książki miałem nieodparte wrażenie, że mówiąc o przemianach Starotestamentowego Boga autor musiał znać pracę Bóg. Biografia Jacka Milesa, która zrobiła na mnie przed laty tak wielkie wrażenie. I oto po dobrnięciu do ostatniej strony odnajduję tę pozycję w Podziękowaniach. Rzadki moment satysfakcji, że się coś wie. Co można zrobić z tak pobieżną wiedzą?…

  

niedziela, 15 lutego 2009
565. Did you get any valentines this year?... *

  

To doprawdy niewiarygodne, jak wielu ich się widzi na ulicach Wrocławia. Wystarczy tylko przyjechać, przejść się, wstąpić do paru sklepów. Mają wszystko − z wyglądem na czele. Uśmiechnięci, pachnący, świetnie ubrani i ostrzyżeni, wysportowani, w towarzystwie przyjaciół, rozmawiający w obcych językach o problemach współczesności, robiący kariery, jeżdżący po świecie. Zabójczo przystojni mężczyźni − zupełnie inny świat... Nie wiem nawet, gdzie się można nauczyć takiej klasy, gdzie zdobywa taką wiedzę, skąd czerpać wzorce, z jakich salonów mody i fryzjerstwa skorzystać, w jakich klubach spotykać, skąd brać na to pieniądze. Dla mnie już bilet na pociąg musi być wyrzeczeniem. Spuszczony z zawstydzenia wzrok wyznacza najbliższą odległość, na jaką mogę się do nich zbliżyć. Nigdy nie znałem kogoś takiego jak oni − mam dziecinne pragnienie choćby dotknięcia. A bez odwagi, jaką winienem w sobie nosić, nikt przecież nawet na mnie nie spojrzy. Bo nie chodzi tylko o wygląd…

Niektórzy powinni sobie zabronić choćby myślenia o miłości...

  

„Urodzić się pedałem i przeżyć życie i śmierć, nie mogąc nim być… Niewielu ludziom tak kiepsko poszło na tej drodze” [Fernando Vallejo, Matka Boska Płatnych Morderców. Przeł. M. Szafrańska-Brandt].

  

* Kilka zwyczajnych z pozoru zdań z komputerowego kursu podstaw angielskiego − żeby się nauczyć, pamiętać o czymś jeszcze, siebie przemyśleć: His parents never accepted his sexual orientation… It was definitely love at first sight… In my heart I know we were created for each other… I care about him, but I don’t know how to show him that I do… An unhappy childhood casts a shadow over your whole life... Shy people find it difficult to integrate into groups... His constant failures killed his ambition…

  

piątek, 13 lutego 2009
564. Do przerwy 1:3 - czyli "Gra Pana Cogito"...

  

Udało się, mimo kłopotów z lokalizacją miejsca i niepracującego dziś Działu Kadr, złożyć swoją kandydaturę do jednego z wrocławskich urzędów skarbowych. Nie udało się kupić wypatrzonej tydzień temu kurtki-marynarki z pagonami, o jakiej marzyłem całe życie: w całym mieście nie ma już mojego rozmiaru − no, chyba że w zielonej, zamiast czarnej wersji. Nie udało się też z nikim spotkać, bo i nie ma już z kim…

W głowie uporczywa myśl, że to, co robię, co może mnie czekać, o co się staram − nie przynosi mi żadnej satysfakcji. I w kontrze − że gdybym tylko mieszkał na swoim i mógł się samodzielnie utrzymać, mógłbym być równie zadowolony z siebie, jak Paweł. Tyle by mogło wystarczyć. „Bez psychoterapii, bez wsparcia przyjaciół, bez wnikliwych analiz swojej duszy”, bez pisania tutaj. Ale to już i tak byłoby zbyt wiele…

  

„Niektórym udaje się wszystko, innym (prawie) nic” 

                    [Michael Krüger, Wiolonczelistka. Przeł. A. Kopacki].

  

Bo przecież się oszukuję: na wszystko byłbym gotów, gdybym tylko miał Ciebie. Tyle energii i wiary się przez to marnuje...

  

środa, 11 lutego 2009
563. ..."to sleep; / No more" - czyli "Pan Cogito biada nad małością snów"...

  

„Te noce są okropne. Sen / odpycham precz jak ciężki zapach”… − napisałby Borowski. Nie mogę zasnąć, nie mogę spać ani leżeć, ani nawet wygodnie się w łóżku ułożyć. W jednej pozycji wytrzymuję nie więcej niż pięć minut, po czym odwracam się na drugi bok i szukam przeciwnego brzegu podłużnej poduszki. Ręce pod głową, pierzyna między nogami, pościel zimna, jak lubię. W końcu, nie wiedzieć kiedy, udaje się zasnąć, ale im bliżej ranka, tym częstsze przebudzenia, tym bardziej zmięte prześcieradło i tym większe zmęczenie. Kołowrót kilkunastominutowych stanów pełnej świadomości i jakby jej utraty podczas przyśnięć, ciemności w pokoju i pustki spania. Pustki, bo nic mi się nie śni − nawet tej nagrody więc mi w życiu odmówiono. Braki uzupełniam wieczornymi marzeniami…

Podnieść się rano z łóżka to heroiczny wysiłek, wymagający godzinnych przygotowań. Ale przynajmniej na tym polu codziennie zwyciężam…

  

„Ziemia niczyja przebudzenia jest jak ruchome piaski, tylko przesuwające się w odwrotnym kierunku, albo jak bagno, podnoszące się ku górze trzęsawisko, z którego człowiek stopniowo się wyłania, ale mimo to nie ma się z czego cieszyć” [Attila Bartis, Spokój. Przeł. A. Górecka]. 

     

niedziela, 08 lutego 2009
562. O płynięciu pod prąd - czyli Conrad u steru...

  

Pomijając rzekomo ambitnie zamierzone i nagradzane Dwanaście kręgów Andruchowycza − które jednak bledną w porównaniu z jego wcześniejszą Moscoviadą, dowodząc raczej jakiegoś regresu możliwości i pomysłów autora niż rozkwitu jego twórczości − ostatnie z moich lektur (Czekając na barbarzyńców J. M. Coetzee’go, Na przykładzie mojego brata Uwe Timma, Grzech miłosierdzia Davida Adamsa Richardsa) poruszają podobne, bliskie mi i wciąż skłaniające do myślenia kwestie: wierność wyznawanym zasadom, cena za niezależność, sprzeciw wobec powszechnych mód i opinii, potępienie sprawiedliwego, milczenie dobrych ludzi w obliczu zła, konformizm mas...

  

Odwaga powiedzenia nie, kiedy było się zdanym tylko na samego siebie. Non servo. Grzech pierworodny w religii i w każdym systemie totalitarnym, który opiera się na rozkazie i posłuszeństwie. Powiedzieć nie, również wbrew naciskowi społecznego kolektywu

          [Uwe Timm, Na przykładzie mojego brata. Przeł. A. Żychliński].

  

Coetzee, tu też mierzący się z tematem starości, swoiście ilustruje znany wiersz Kawafisa; Adams Richards przedstawia przypowieść o współczesnym Hiobie − u obu z nich przejmujące obrazy upodlenia bliźniego, bezmyślnego ludzkiego okrucieństwa. Najciekawszy jest jednak ten trzeci, zrazu niepozorny.

Podobnie jak Martin Pollack w Śmierci w bunkrze usiłował zrozumieć, jak jego nieznany ojciec został zbrodniarzem wojennym, tak Uwe Timm próbuje ze szczątkowych zapisków frontowych i rodzinnych wspomnień zrekonstruować losy brata − dobrowolnego członka Waffen-SS. Ponieważ więcej tu pytań niż odpowiedzi i więcej osobistych myśli niż faktograficznych szczegółów − udaje mu się to literacko lepiej niż nagrodzonemu „Angelusem” koledze, który przecież też w pełni nie rozwikłał zagadki.

Niepoznawalność wszystkiego do końca, luki w naszej znajomości faktów, wypieranie ich z pamięci przez innych…

Nic o tym nie wiedzieliśmy...

  

„Owo nie-mówienie-o-tym da się wyjaśnić głęboko zakorzenioną potrzebą nierzucania się w oczy, niewyłamywania się, lękiem przed negatywnymi konsekwencjami zawodowymi, utrudnionymi możliwościami awansu i przemożnym strachem przed terrorem reżimu. Pomijanie milczeniem − tchórzostwo, które weszło w zwyczaj” [Ibidem].

  

piątek, 06 lutego 2009
561. O mrożonej herbacie numer dwa (zamiast kawy numer trzy) jako przyczynku do ogólniejszych wniosków...

  

„Człowiek przyzwyczaja się do izolacji od innych, do niezależności; nie są to koniecznie dobre przyzwyczajenia”

          [Michel Houellebecq, Platforma. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

...I dlatego dewirtualizuję Adama, co właśnie na Króla Rogera przyjechał.

Jako że klub Academus, drugi już wrocławski lokal, z którym się miałem zapoznać, otwierają dopiero w południe, wstępujemy do Coffee Planet i przez następne prawie trzy godziny siedzimy na wysokich stołkach przy oknie, podpatrując przechodzących ludzi i zdejmowanie świątecznych dekoracji na Rynku. Hałas za naszymi plecami, intensywna, jak na moje możliwości, rozmowa − kilka uśmiechów, kilka zaskoczeń i wyznań. Nadzwyczaj przyjemne chwile…

…które uświadamiają mi już po wszystkim, jak wiele czasu do tej pory zmarnowałem, ile straciłem, ile trzeba teraz nadrabiać, jak niewiele takich okazji się trafia, ilu z nich wciąż się niepotrzebnie wyrzekam. I że pomimo Twoich starań, inni też czasem skazują Cię na milczenie…

  

„Świadomości samego siebie nabieramy poprzez relacje z innym człowiekiem; i to właśnie sprawia, że ta relacja z innym człowiekiem staje się nie do zniesienia” [Ibidem].

  

czwartek, 05 lutego 2009
560. O kolejnym stawaniu w szranki - mimo pobieżności najbardziej nawet kategorycznych sądów...

  

„Zawsze byłem słabym człowiekiem, nie jestem ani wytrwały, ani religijny. Długo sądziłem, że mam chociaż jakieś niepewne, mętne marzenie o pięknie i ładzie i że to wcale nie tak mało, niestety. Gdzieś czytałem, że są tacy, co budują labirynt, i tacy, co w nim błądzą. Być może to moja jedyna umiejętność: że jestem zdolny do obu tych zadań. Ocenić, czy moja budowla dorównuje, powiedzmy, kreteńskim, czy jest tylko ręcznie wykonaną pracą ogrodnika, to już nie moje zadanie. Ale dociekać, po co i jak wzniosłem tę dość ponurą budowlę, to zadanie, którego chyba już nikt poza mną wykonać nie może”

                            [Attila Bartis, Spokój. Przeł. A. Górecka].

         Zagłosuj na ten blog w konkursie Bloger 2008

Zachęcony nadspodziewanie wysoką pozycją w poprzednim konkursie, zwracam się do czytelników z kolejną prośbą o pomoc − tym razem jednak bez narażania ich na dodatkowe koszty. Głosowanie trwa od 5 do 25 lutego włącznie − wszystko wyjaśnia kliknięcie w baner powyżej. Zapraszam do zabawy i… serdecznie dziękuję.

  

wtorek, 03 lutego 2009
559. O tym, co niknie za horyzontem...

  

Myśli o innych możliwościach, wariantach swojego życiorysu − że mógłby urodzić się w wielkim mieście, w którym byłoby gdzie wyjść wieczorem, gdzie mógłby poznawać innych ludzi, uczestniczyć w mniej lub bardziej kulturalnych wydarzeniach, zaangażować się w jakąś społeczną czy też środowiskową działalność; że wybrałby z rodzicami szkołę, do której chce chodzić, lepszą niż ta, która dławiła choćby przypuszczenie, że edukacja może inaczej wyglądać; że nauczono by go tam, na przykład, odczytywać muzyczne nuty, dwóch obcych języków, posługiwania się komputerem, wskazano by mu jego umiejętności, zainteresowano czymś, zapewniono choć podstawy edukacji seksualnej zamiast lekcji religijnych rytuałów; że poszedłby na studia po dogłębnym zastanowieniu się nad swoją przyszłością, zdecydował na jakieś MISH-y lub kulturoznawstwo, o których to kierunków istnieniu dowiedział się gdzieś na etapie pisania pracy magisterskiej, albo jeszcze lepiej na coś w rodzaju administracji czy też bankowości, by móc później zarabiać; że miałby wokół siebie grono wypróbowanych, znanych od lat przyjaciół, przy których czułby się pewnie, którzy angażowaliby go we wspólne projekty i zabawy, spędzali z nim beztroski czas; że miałby już za sobą kilka żywszych uderzeń serca, dotyków, pocałunków, łóżkowych debiutów, wspólnych zamieszkiwań i rozstań, co pozwalałoby mu pewniej myśleć o sobie w kontekście płci; że zdobywałby ciągle nowe doświadczenia zawodowe, dorabiał, stażował, pracował, szukał i znajdował to, co chce w życiu robić; że przed trzydziestką mógłby już coś mieć, coś o sobie wiedzieć, gdzieś się już zakorzenić, snuć plany, mieć marzenia, uparcie do czegoś dążyć. Myśli o tym, że jakoś wszystkim się to udaje bez wymyślania alternatyw, bez karmienia się ułudą innych miejsc i czasów, w jakich mogliby żyć, ale nie było im to dane…

  

„Wszystko w życiu brał poważnie, jakby wypełniał z góry zadaną rolę. A był to w gruncie rzeczy szereg przypadków, które później dopiero starał się spoić sensem, budując w miarę składną biografię. Tylko że ulotna myśl − co by było, gdyby − w jednej chwili może zburzyć tę budowlę. Troszyn znów znajduje się na początku tysiąca możliwych dróg, jak pisarz, który ma bohatera, ale nie ma fabuły”

  [Dubravka Ugrešić, Forsowanie powieści-rzeki. Przeł. D. Cirlić-Straszyńska].

  

niedziela, 01 lutego 2009
558. O trudzie bezczynności...

  

Siódmy dzień tygodnia, pierwszy dzień szóstego miesiąca bez pracy. Dociera do mnie, że im dłużej nie mogę jej znaleźć, tym mniejsze mam na to szanse − zbyt wiele wątpliwości budzi taka luka w życiorysie. Z kolei dokonanie innej przerwy, wykreślenie z CV ostatnich czterech lat, mogłoby − paradoksalnie − zwiększyć moją atrakcyjność jako niewykwalifikowanego pracownika i zaowocować choć jednym zaproszeniem na rozmowę, gdzie jednak i tak wszystko zostałoby zdemaskowane. W efekcie nic tu niczemu nie służy…

  

„Billy jest ostatnio nadmiernie zafascynowany kontemplacją braku celu w życiu

                    [David Gilbert, Normalsi. Przeł. M. Świerkocki].

  

12:58, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
Archiwum
Tagi