~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 28 lutego 2010
750. Diagnosed...

  

Powinienem wstąpić do lekarzy na kontrole, ale zyskując pracę, straciłem ubezpieczenie zdrowotne, a i poprawy żadnej, mimo łykania kolejnych tabletek, nie dostrzegam. Chwilowo mam dość obnażania się przed ludźmi, którzy nie sprawiają wrażenia, że słuchają i nie zapewniają na tyle komfortu, by im powiedzieć o wszystkim…

Te drobne, upokarzające przypadłości. Przekonanie, że niewiele da się zrobić, przyzwyczajenie i z tym pogodzenie. Smutki zresztą płyną w inną stronę… Seks, pieniądze i młodość – to są prawdziwie bolesne tematy…

  

Wieczorem w telewizji równocześnie dwa dokumenty, o Szymborskiej i Różewiczu. Nadawane na tyle późno, że nie muszę między nimi wybierać. A przecież spać ostatnio też wcale nie mogę...

  

19:00, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
czwartek, 25 lutego 2010
749. Electrical Storm...

  

Najpewniej nie wygrałem w zakończonym wczoraj konkursie dla autorów blogów, ale też trudno było szczerze na to liczyć (coraz mniej czytelników, cóż poradzić). Sam będę musiał kupić sobie tego laptopa – mój przyszłoroczny warszawski niezbędnik. Rodzice zamawiają za to bez pytania nowy telewizor do mojego pokoju. Nawet ładnie wygląda – taka czarna płaska rzecz, ustawiona na drewnianym pudle od szachów i pośrodku książkowego regału, jednak przez ostatnie awaryjne tygodnie odzwyczaiłem się zupełnie od oglądania telewizji, więc i nie pałam zbytnio entuzjazmem.

Z trudnych do wyjaśnienia komuś postronnemu – a tu niemal naturalnych (człowiek się przyzwyczaja nawet do wyzwisk i przemocy) – względów, zmęczenie i znudzenie w moich oczach zostają odczytane jako nienawiść i pogarda (czy rzeczywiście niesłusznie?). Dziękuję zatem losowi za ten miesiąc względnego spokoju, bo chyba się skończył, najwyraźniej…

  

„Życie, choć krótkie, dało jej dobrze poznać gromy z jasnego nieba, niespodziewane reprymendy i nagłe polecenia”

            [David Adams Richards, Grzech miłosierdzia. Przeł. J. Kozak].

  

wtorek, 23 lutego 2010
748. His poetry is definitely better than his prose...

  

Wielkie dramaty, sporadyczne spotkania, nowe miejsca, doświadczenia bardziej inspirują niż codzienność, owa mechaniczna powtarzalność i rutyna. W efekcie zaś żadnych myśli, słów, pomysłów. Tęsknota za uniesieniami, brak czasu na najważniejsze – siebie. Dlatego tym cenniejsze te pojedyncze minuty, gdy nikt nie zajmuje ci pokoju, nie zmusza do cichego rzucania kurwami i niczym nie grozi. Trzeba wykorzystać w pełni to, co rzadkie – podczytywać wieczorami po kawałku: biografie, dzienniki, eseje, bo powieści już jedynie weekendowo (a i tak nie zdąży się wszystkiego przed wyjazdem, nietknięte za sobą zostawi); rzeźbić ciało ćwiczeniami, łapać formę (nie zobaczy nikt napiętych mięśni, nie doceni); i nie myśleć o tym, czego nie ma – może kiedyś zdarzy się poezja, lecz teraz tylko proza i walka o przetrwanie. Żadnych, panowie, złudzeń…

  

19:39, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 20 lutego 2010
747. Keep smiling...

  

Z najmniejszą obserwacją, powstałą pod jej wpływem emocją, przychodzi gotowe już zdanie – gromadzące się przez cały dzień słowa, które wystarczy tylko zebrać i zapisać. Wystarczy patrzeć i przeżywać…

  

Niezmierzona biel za oknami pociągu i z determinacją kopiące w śniegu sarenki; brzydota tonącego w czarnych roztopach Wrocławia; przyjemne, senne ciepło na fryzjerskim fotelu; ogromne stada kaczuszek na brzegach staromiejskiej fosy (jak mogłem nie wziąć aparatu?); 25% rabatu na wszystko (!) w ulubionej księgarni dzieciństwa (gdzie trudny wybór z pożądanych tytułów i jeden nabytek: Tragedia narodu Figesa), niezaspokojona chęć przejrzenia w Empiku ostatniego (Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni) Chwina, za to pierwsze spotkanie z HomoWarszawą i nawet niebo o zachodzie też fioletowo-różowe…

 

Udany dzień, ciągły uśmiech. I tak już trzeci tydzień. Może to jakaś nerwowa reakcja na dramat sprzed miesiąca, może skutek uboczny niedającego się wyleczyć przeziębienia, ale podoba mi się i chcę jeszcze…

     

czwartek, 18 lutego 2010
746. Who are you looking for?...

  

Jego, kogoś mu podobnego czy może pierwszego lepszego? I nad czym się w ogóle zastanawiać, gdy nie ma z czego wybierać?

Nikogo – perspektywa kusząca, gdyby nie tak nieunikniona...

  

„Lepiej umrzeć w środku życia z miłością niż dożyć stu lat samotnie, szepnęła Tirca, w której oczach dostrzegłam zazdrość. Są tylko dwie możliwości? zapytałam, a ona powiedziała, dwie to i tak dużo, czasem nie ma ani jednej”

                 [Zeruya Shalev, Życie miłosne. Przeł. A. Jawor-Polak].

   

wtorek, 16 lutego 2010
745. Matematyka egzystencjalna...

  

Wciąż jak odmieniec na innej planecie, wciąż brak zakorzenienia w jakiejś grupie, brak kogoś, z kim  można by o tym rozmawiać, przekonać się wreszcie, kim jestem. Te liczby... – są bezlitosne: nie znam ani jednego geja w promieniu 200 kilometrów; miałem dopiero 27 lat, gdy spotkałem pierwszego, przeżywając największy w życiu szok z odkrycia fascynującego, ledwie wówczas przeczuwanego wymiaru rzeczywistości i zarazem upokorzenie swoim nieuświadomieniem, dotychczasową obcością własnego, okaleczonego wskutek niewiedzy i zaniedbania ciała. Gdy pomyślę, co inni już do tego czasu... Nie zrozumie mego bólu nikt, kto żyje krócej niż ja czekam, kto miał szczęście rozwijać się normalnie...

A teraz jeszcze ta „rycząca trzydziestka” na horyzoncie i wciąż nic, co znaczy, że w istocie szanse coraz mniejsze, bowiem emocjonalna i fizyczna nieporadność potrafi jedynie odstraszać. Komentarz na branżowym profilu nie pozostawia wątpliwości: „Człowiek [trzydziestoletni] bez doświadczeń albo z niewielkimi doświadczeniami seksualnymi w łóżku to z reguły tragedia: często wstydzi się i ma kłopoty ze wzwodem, często ma zbyt szybko wytrysk, brak mu znajomości podstawowych technik seksualnych, brak mu śmiałości mówienia w łóżku o swoich potrzebach”...

Że ponoć nie ma to wielkiego znaczenia – pocieszać będą wszyscy, którzy i tak się mną nie zainteresują...

  

Inni: rozstania i powroty, mężowie i kochankowie, miłości na lata lub setki jednorazowych przygód. Luksusy nie do wyobrażenia... Jak mogło do tego dojść i dlaczego tak boli to, na co nie miało się wpływu? Rodzina, szkoła i Kościół – grzechy pierworodne, plamy nie do zmazania. I obwinianie siebie, mimo wszystko siebie właśnie – za wszystko...

  

„Żyjąc w epoce całkowitego wyzwolenia seksualnego (…), nie mogła oczywiście się zasłaniać jakąkolwiek etyką dziewictwa. Była poza tym zbyt inteligentna i zbyt świadoma, by tłumaczyć swój stan »wpływami judeochrześcijańskimi« (…). Jakiekolwiek wykręty pozostawały więc poza jej zasięgiem. Mogła jedynie asystować z milczącą nienawiścią w wyzwoleniu innych; obserwować chłopców tłoczących się niczym kraby wokół ciał innych; przeczuwać zawiązujące się relacje, zdobywane doświadczenia, coraz częstsze orgazmy; i wobec ostentacyjnej przyjemności innych poddawać się cichej i całkowitej autodestrukcji. Tak oto musiała rozwijać się jej młodość, i tak też się rozwijała: zazdrość i frustracja powoli fermentowały, tworząc obrzęk napadowej nienawiści” 

         [Michel Houellebecq, Poszerzenie pola walki. Przeł. E. Wieleżyńska].

  

niedziela, 14 lutego 2010
744. Dzień ponoć taki szczególny...

  

Mija zupełnie niezauważenie. Wypada w niedzielę, nie trzeba więc z domu wychodzić, spotykać innych ludzi, patrzeć na wystawy, serduszka i pary. Do tego telewizor od dawna zepsuty, strony główne internetowych portali też nieczytane. Nie słychać nic o tym, można nieomal zapomnieć – trzydziesty taki raz, więc i przyzwyczajenie. A jednak bym nie chciał przywyknąć…

Refleksje nad tym, co czułem wtedy i czy dane mi będzie jeszcze kiedyś tego zaznać. Czy ktoś na to czucie odpowie...

  

Ania: „Wciąż zastanawiam się, czy naprawdę Cię kocham, czy to tylko taki stan myśli i teraz już tak będzie ze wszystkimi, i zawsze. Może ta domniemywana »prawdziwość« uczuć nie ma w ostatecznym rozrachunku żadnego znaczenia, a liczy się to, co uzyskujemy dla siebie, co wynosimy z naszych relacji, co będziemy później wspominać”…

  

Tagi: kobiety
19:26, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 13 lutego 2010
743. Something he has to do...

  

Przybrane ramy znowu uwierają i chciałoby się czegoś ponad monotonię dni, więcej, niż tylko wyjść, iść, pracować i wrócić; jeść, kąpać się, ćwiczyć, położyć… Jakoś czas wykorzystać inaczej, ale czasu nie ma, brak wokół miejsc, brak tu ludzi. Książki jedynie w niedziele, wieczorem ukradkiem notatki, gdzieś po drodze gubione soboty. I cisza, pustka wielka w myśleniu

Dziś w domu bezrodzicielsko, pierwszy raz od tygodni samemu – chociaż Wrocław i mnie by się przydał: trzy miesiące nie widziałem fryzjera. Sprzątam całe mieszkanie, wieszam pranie, coś na obiad próbuję zgotować – podsmażane ziemniaki, kotlet z czwartku i kiszone ogórki. I gapienie się w ścianę, i Internet, zdjęcia, chłopcy, obrazy, gazety… Niby radzę sobie, ale nie wytrzymuję…

Myślę wciąż, jak to będzie – w przyszłym roku. Czy podołam i jak o tym powiem? Coraz bardziej jestem zdecydowany, coraz mniej w tym odczuwam podniety. Bo to żaden kaprys, lecz zwyczajna konieczność. Choć wielkiego szczęścia pewnie nie przyniesie...

  

„Po zastanowieniu zamiar »odejścia« wydawał jej się coraz bardziej sztuczny, wymuszony, nierealny, podobny do jednej z owych utopijnych iluzji, którymi się łudzimy, choć w głębi ducha dobrze wiemy, że niczego nie można zrobić i niczego nie zrobimy”

                    [Milan Kundera, Nieśmiertelność. Przeł. M. Bieńczyk].

  

środa, 10 lutego 2010
742. The Happy Few...

  

W pracy rotacja dość spora, co kilka tygodni przychodzą nowi ludzie – rozwijamy się,  przetasowujemy, wdrażamy technologie i zdobywamy rynki. A ja zostaję, trwam i zagłębiam się – nareszcie podpisuję umowę. Wczoraj na konto wpływa ostatnie stażowe stypendium, dziś firmowa, całkiem przyzwoita premia za dotychczasowych pięć miesięcy – w sumie dwa i pół tysiąca złotych w przeciągu dwóch dni. Od następnego miesiąca będę wzbogacał się już tylko o połowę tej kwoty, ale w końcu nabiera wszystko jakichś form nareszcie, zaczyna się jakoś układać...

  

Rano w alejce znowu stukanie dzięcioła, w drodze powrotnej popiskiwanie sikorek. Moje absolutne uwielbienie dla ptaków, zwłaszcza tych maleńkich, głośnych, żwawych, z okrągłymi brzuszkami. Można patrzeć godzinami, takie to zabawne…

  

Myśl o nim i o niej, co pozwala przetrzymać ten czas wyciszenia, ukrycia się, długiego wyczekiwania. Nie słyszymy się już, nie widujemy – nie ma jak, nie ma kiedy i nie wolno. Ani razu nawet być nie mogło tak, jak trzeba. Pozostają jedynie wspomnienia, nieśmiałe nadzieje; gdzieś w pamięci jego twarz, jej dotyk, ich tak ciepłe głosy. Wszystko dzięki nim obojgu, wszystko dla nich...

Świadomość, że gdzieś – beze mnie nawet, a ja bez nich – są, że tyle mi było dane – to pomaga. Mimo wszelkich przeszkód, jakie stają temu na drodze... 

   

                    „Zabiorą nam

                    nasze ciasta i przysmaki,

                    radosne powitania, czas miłej rozmowy, uśmiechy,

                    i dadzą nam za to

                    wzrok naszych oczu i nasze ciche myśli;

                    zabiorą nasze jęki i westchnienia

                    i dadzą nam –

                    jedynie oddech”

                                        [Charles Reznikoff. Przeł. P. Sommer].

  

niedziela, 07 lutego 2010
741. "City of Joy" - czyli: Co mnie nie zabije...

  

Zaskakuje mnie ten tydzień, niemożliwie. No bo jak po takim wstrząsie, takich stratach, usłyszawszy tyle złego, znowu życie na rok przyszły odłożywszy, z trudem wstając świtem, pod wiatr zimny idąc, nudząc się i męcząc w dusznym i rozgrzanym biurze – można humor taki dobry mieć, na twarzy uśmiech, ciągle żarty, dwuznaczne aluzje dziewczynom serwować? Od początku niby tak, lecz teraz jakby bardziej... Cudem jakimś i nie wiedzieć kiedy, nie starając się przesadnie, nie udając, żeby ukryć coś innego i nie zamierzając nawet – cieszę się chyba sympatią jako – sam nie wierzę – flirciarz!…

  

„Nie odczuwał w sobie żadnej życzliwości, co więcej, miał wrażenie, że jest przeciętnym aktorem: jak też wszyscy mogli się na to nabrać?”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

I dopiero w domu, na weekend inaczej. Tu uważać trzeba, mieć się na baczności. W lekturze zatopić, pod kocykiem schować, pisać szybko i nie na widoku, odpowiadać grzecznie… Jedno jednak teraz zrozumiałem – już się nie da mnie bardziej skrzywdzić, bardziej rozgniewać. Będzie jeszcze smutno, biednie i nerwowo. Ale chyba nie powinno gorzej…

   

                    „Teraz gdzieś w głębi swej rozpaczy on się uczy

                    Epistemologii straty, jak sobie radzić

                    Z tą wiedzą, którą kiedyś zdobędzie każdy,

                    A większość wiele razy, jak sobie radzić”

                                                  [John Berryman. Przeł. P. Sommer].

      

czwartek, 04 lutego 2010
740. Szukając wciąż szans i nie wyrzekając się nadziei...

  

Uparcie, dumnie i skrycie, oszukując, że to niby dla moich już oczu jedynie, nieodwiedzany przez najbardziej pożądanych, bez większego odzewu i najmniejszej nagrody, za to cięgi wciąż nowe dostając – brnę naprzód i nie zamierzam przestawać. Nie teraz jeszcze, nie teraz… 

   

                    „Niestety, ja mogę opowiedzieć tylko własną historię – 

                    mówiąc do siebie, czytając albo pisząc,

                    albo mężnie nie ukrywając nic przed przyjacielem,

                    który przez chwilę mi wierzy”

                                                  [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

                     Zagłosuj na mnie - Bloger 2009 roku - Wiadomosci24

  

Zachęcony bardzo dobrym ubiegłorocznym wynikiem, zapraszam wszystkich czytelników do kolejnego konkursu na blogera roku. Z jednego adresu e-mailowego można oddać pięć głosów, po jednym w pięciu kategoriach (nie ma obowiązku głosowania w każdej). Aby poprzeć mój blog, należy do 24 lutego kliknąć na powyższy obrazek, wybrać kategorię „Życie”, odnaleźć mój blog na początku alfabetycznej listy, kliknąć w buton „Głosuj” obok tytułu bloga, a następnie podać swój e-mail, na który zostanie wysłany potwierdzający link. Wszyscy głosujący, którzy do 13 kwietnia zarejestrują się w serwisie wiadomości24.pl, wezmą udział w rozlosowaniu laptopa. Dziękuję i namawiam!

  

19:01, alexanderson , Wierszo- / blogopisanie
Link
wtorek, 02 lutego 2010
739. The Final Countdown...

  

Dobrze, że jest – jaka by nie była; pozwala oderwać się na parę godzin od kłopotów, o bólu zapomnieć, uniknąć ataków i wyrzutów, wyjść z domu po prostu, usłyszeć ludzką mowę... Nowa-stara praca po pięciu miesiącach stażowania, drugi w niej wczoraj „dzień pierwszy”. I następnych jakichś po nim czterysta pięćdziesiąt, i rok też kolejny, też stracony, bo cały czekaniem być musi. Dopiero w 2011 coś ma się wydarzyć. Obym do tego dotrwał, obym miał siłę spróbować – tych trzydzieści już lat obezwładnia…

 

Choć zwyczajni, to przecież całkiem sympatyczni ludzie; praca męczy, ale mogła przecież cięższa być – blisko na dodatek, no i najważniejsze: płacą. Przyzwyczajam się i staram to polubić – zanim zrobię tę najgłupszą w życiu rzecz i z tego zrezygnuję...

 

„Problem, przed jakim stanął i na jaki nie znajdował odpowiedzi, polegał na tym, że porucznik nie znał swego miejsca i w związku z tym nie wiedział, kim jest, do czego zmierza, gdzie chce się zatrzymać, na czym osiąść.

Do tej pory takich pytań sobie nie zadawał, bo nie był ciekaw odpowiedzi. To się zmieniło. Pod wpływem wydarzeń, wieku, może osamotnienia (…).

Doszedł do przekonania, że jeżeli nic w związku z tym nie przychodzi mu do głowy, to może zdać się na okoliczności. A okoliczności, jakkolwiek absurdalnie by to zabrzmiało, zbliżały go do życia, które dotychczas miał w największej pogardzie” [Eustachy Rylski, Warunek].

  

Archiwum
Tagi