~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 27 lutego 2011
910. Apart Together...

  

W „A jeśli to miłość?” (ZSRR’1961; reż. Julij Rajzman) szkolna i środowiskowa nagonka na zakochaną parę (czy może: tejże pary wobec drwin i kontroli nie tak znów wrogiego otoczenia uległość) niszczą świeżość rozkwitłego uczucia. W „Razem czy osobno” (Chiny’2010; reż. Quanan Wang) dawni kochankowie spotykają się po kilkudziesięciu latach wymuszonej przez Historię rozłąki i przez moment Ona jest nawet gotowa opuścić dla Niego swoją rodzinę, w czym zresztą Mąż nie widzi jakiegoś większego problemu. Dwie dość abstrakcyjne sytuacje, lecz to w staruszkach więcej życia, prawdy, uczucia…

  

My z A. też trochę tak – bez siebie i dla siebie. Czym mogłoby to być, gdybym coś więcej, mocniej, bardziej? Nie można mieć lepszego przyjaciela i mało komu zdarza się podobne szczęście. A jednak wciąż nie mogę wyzbyć się wrażenia, że coś wycieka, mija coś bezpowrotnie, jakaś ogromna szansa. Ciepło i spokój, tak mało mi przecież wystarcza...

  

„(…) nie myśl, że jestem na Ciebie wściekła. Po prostu smutno mi i samotnie. Byłeś dla mnie taki życzliwy, a ja chyba nie mogę nic dla Ciebie zrobić. Zawsze jesteś zamknięty w swoim własnym świecie i choć pukam i wołam: »Hej, Watanabe!«, podnosisz tylko na chwilę wzrok i od razu znowu się zamykasz”

                               [Haruki Murakami, Norwegian Wood.

                           Przeł. D. Marczewska i A. Zielińska-Elliott].

  

czwartek, 24 lutego 2011
909. Arbeit macht frei...

 

Powrót do pracy odwlekany – dziś, jednak nie, czy jutro? może, nie chce mi się… Nie zwolnią kogoś, komu już podziękowali – mogą mi skoczyć, muszą cierpliwie czekać… Odzwyczajenie ręki od pisania, oczu od wpatrywania w monitory. Od telefonów, krzyków i papierów; niechlujstwa innych, ortografii durniów, bałaganu… A jednak wkrótce pójdziesz, a jednak ciągle myślisz. Bo jeszcze jeden miesiąc i jeszcze jedna pensja, a potem nic, tygodnie, lata poszukiwań miejsca. Ziarnko do ziarnka zatem, tysiączek do tysiąca. Tik, tak, od ósmej do szesnastej – uwolnisz się dopiero, kiedy zdechniesz…

  

Tagi: praca
19:56, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 lutego 2011
908. Poszukiwany żywy lub martwy...

  

Temperatura 39,2, ciśnienie 97 na 48, nocami stan terminalno-agonalny. Ale rozpogadza się i powinienem przeżyć...

Dzwonią z pracy, bo nawet zwykłej formatki zamówienia nie potrafią beze mnie zrobić. Szkoda, że nie będę mógł oglądać, jak się to wszystko wali, gdy odejdę. Dali mi dodatkowy miesiąc, muszę przeszkolić wszystkich...

Jeszcze przez kilka dni zostanę w domu – niech się pomęczą, zdenerwują, niech docenią...

  

Tagi: praca
12:21, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 lutego 2011
907. "W pocie oblicza twego"...

  

Koszmar zaczyna się jeszcze wczoraj w nocy, kiedy to budzę się co kilkadziesiąt minut, a w sennych widziadłach przeszłość miesza się z teraźniejszością. Potem, zaraz po przyjściu do pracy, dostaję dreszczy, które tak mną trzęsą, że po załatwieniu najpilniejszych spraw zwalniam się wcześniej i wracam do domu. Tam zaraz na tapczan i pod koc z gorączką trzydziestu ośmiu stopni – nie udaje jej się zbić przez następne półtorej doby. Bodajże pierwszy raz w życiu tak zwala mnie z nóg w jednej chwili. Ani siedzieć, ani czytać, ani nawet oglądać – psujące się od przeszło dekady dwudziestoletnie wideo nie przyjmuje już nawet kasety (a tu mnóstwo filmów nagranych przez ostatnie lata). Pozostaje jedynie leżenie i patrzenie w sufit, trzęsienie się z zimna, pocenie z gorąca – oraz myślenie o rozkoszach, co za dwa tygodnie. Dla których należy wyzdrowieć… 

  

poniedziałek, 14 lutego 2011
906. Body & Soul...

  

Mijają miesiące, a ta Ola z pracy (por. 819) coraz bardziej mi się podoba. Nie jest to może uroda w pełni doskonała – nieco za szczupła, jej oczy są dziwnie duże, lubię też inny kształt nosa – ale ma w sobie tyle energii, uśmiechu, tej niepowtarzalnej dziewczęcej świeżości, że patrzenie na nią sprawia mi ogromną przyjemność. W pamięci zostanie jej cudowna skóra, wysoko odsłaniane latem nogi (po których chciałoby się wciąż przesuwać dłonią) i zamiłowanie do kusych bluzeczek (wzrok ciągnie do rozchylenia dekoltu); kilka miłych rozmów i jej emocjonalne zaangażowanie. Naprawdę świetna dziewczyna – mam szczęście do spotykania takich, w całej ich różnorodności. Facetów zaś nie spotykam niemal żadnych, i w tym chciałoby się wszak na odwrót cały problem. Zostaje mi tylko ślinienie się do czeskich pornosów i buź z plakatów...

  

W tym teledysku chłopak z dziewczyną tańczą na wrocławskich ulicach, skaczą po kładce na Wyspie Słodowej, wbiegają na Wzgórze Partyzantów – a on jest taki słodki, fajnie ubrany (te białe buty z wysokim językiem) i robi takie urocze, zadowolone z siebie miny, że aż mi w duszy gra, nawet jeśli muzyka dość denerwująca...

  

Tagi: homo kobiety
20:44, alexanderson , Miłość (?) / Seks (!)
Link
sobota, 12 lutego 2011
905. A Painting by Spring...

  

Grupka pięciu, sześciu gili baraszkuje na przydrożnych drzewach. Widzę je na żywo bodajże pierwszy raz w życiu – ilustracje sprzed lat, zdjęcia w książkach zatarły się w mej pamięci już na tyle, że nazwa Pyrrhula zdążyła zrodzić jakieś inne, większe nieco, bardziej toporne wyobrażenia. Ale że ja lubię wszelkie wróblowate, bardzo miło było się przekonać, że są właśnie takie. Przelatują mi szybko nad głową, wiercą się, po kolei skaczą po gałęziach. Czerwone koraliki nanizane na jesienny las u zmierzchu zimy. Zaś dziesiątki, setki srok przy torach jak kadry z Hitchcocka…

A we Wrocławiu całkowita bezradność w sklepie, gdy chcę wstępnie przyjrzeć się laptopom (jak tu wybrać coś, o czym pojęcie żadne?), bezowocne szukanie jakiejś torby na ramię, bo w obecnej, ośmioletniej właśnie po raz trzeci pasek się oderwał; zapominam też zajrzeć do Banku, bo wciąż mają stary numer poprzedniego, jeszcze książeczkowego dowodu. Ale za to słońce, lekko podbite fioletem paski chmur u linii horyzontu, błękit nieba – prawdziwie już dzisiaj wiosenne (choć powietrze lute, mroźno niemożebnie). Po raz pierwszy na Malarskiej i na Jatkach; strzelam zdjęcia i zadzieram głowę – nie wracam z pustymi rękoma…

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 10 lutego 2011
904. Inversio...

  

Zabawne: czytam kogoś od dawna, nawiązuję z nim wreszcie pozablogową znajomość, wymieniamy listy, rozmawiamy o prywatnych sprawach – i okazuje się, że wszystkie moje uprzednie wyobrażenia były całkowicie błędne, że jego słowa tam oznaczają coś zupełnie innego i jest odwrotnie, niż myślałem. Ma inne życie, inne doświadczenia, innym jest – niż wydawało się – człowiekiem. Nie gorszym, lepszym pewnie, ale tak odległym od ugruntowanego we mnie obrazu, że wciąż trudno wyjść ze zdziwienia – byłżebym aż tak niedomyślnym czytelnikiem, zbyt poważnie i dosłownie traktującym każde słowo? Aż do tego stopnia wypaczona byłaby inteligencja emocjonalna, ukształtowana przez lata obcowania z książkami zamiast z żywymi ludźmi? Czyżbym rzeczywiście podświadomie ustawiał wszystkich ludzi w swojej sytuacji, zakładając (mając nadzieję?), że są jak ja, że tak samo wyglądało ich życie – bo przecież jedynym wzorem, do jakiego mogę przyłożyć życie jako takie jest właśnie moje tu i teraz nędzne bytowanie? I pewnie dlatego zawsze pierwszą reakcją jest wielkie zaskoczenie, że ktoś coś z kimś i kiedyś. Po chwili dopiero zaczynam rozumieć, co tu w istocie jest normalne, a czego i komu zawsze brakowało, co było niewiadome, niemożliwe, zupełnie niedostępne. Jakie też owe braki miały konsekwencje. I czego już się w żaden sposób nie da naprawić i odwrócić…

  

Tagi: homo
20:02, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 lutego 2011
903. "Jakoweś fata nas pędzą / w przepaść"...

  

Rozwiązanie dylematów sprzed tygodnia (por. 900) przychodzi już po czterech dniach, w ubiegły piątek – długa zaś lista spraw do poruszenia, z którą udałem się na spodziewane negocjacje, straciła z miejsca na znaczeniu, ledwie zdążyłem usiąść. Bezprzedmiotowe stały się terminy, stanowiska, obowiązki, przywileje, kwoty – w nowej strukturze działu nie ma dla mnie miejsca. Prezes nie daje swojej zgody, umowa nie zostanie przedłużona – koniec, kropka…

  

„Jak większość ludzi, którzy nie zaznali szczęścia w nadmiarze, (…) z góry zakładał, że jego obecna szczęśliwa passa – czyli praca – nie potrwa długo. Miał rację” [David Adams Richards, Grzech miłosierdzia. Przeł. J. Kozak].

  

Może to jakieś przeznaczenie, Los mnie wzywa? – nie zwlekaj, nie kalkuluj, wyjedź wreszcie! Daje w ten sposób szansę – czy też chce prędzej zgubić?...

  

piątek, 04 lutego 2011
902. Pod czułą kontrolą...

  

Obejrzeć obsesyjną „Matkę” (Korea Południowa’2009; reż. Joon-ho Bong), przedtem zaś wrócić do domu i odkryć, że wszystkie Twoje ubrania, a zwłaszcza bielizna, zostały jej rękoma na nowo poskładane w kosteczkę i równiutko ułożone w szafkach… Zrozumieć w jednej chwili, co znaczy powiedzenie o zagłaskiwaniu kota na śmierć…

  

Zrobić Ci herbatę?... Wyprasować koszulę?... Nie smakuje Ci? Zjesz, jest dobre... Ojciec Cię podwiezie... Wstawaj już... Zgaś już światło... Co tam piszesz?... Masz jakieś plany, znów chcesz nas czymś zaskoczyć?...

  

„Po trudach dnia córka wrzeszczy na matkę, żeby ta wreszcie pozwoliła jej prowadzić własne życie. Już choćby ze względu na wiek powinna mieć do tego prawo, drze się córka. Matka każdego dnia odpowiada, że matka wie lepiej niż dziecko, bo nigdy nie przestaje być matką”

                        [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

wtorek, 01 lutego 2011
901. "Sen ze srebra i kryształu" (Zygmunt Krasiński)...

  

Przez dwie i pół doby utrzymuje się na wszystkim gruba szadź. Okrywa szczelnie krzewy, samochody, słupy, schody, kraty. Z drzew pozostają jedynie smukłe kolumny pni, podtrzymujące coś nierzeczywistego, rozpływającego w bieli ponad głową – gałązki, witki, igły to teraz miliardy kryształków, istne cukrowe druciki. Sroki radośnie kiwają ogonkami na czubkach choinek, w myślach przypomina się „ldinka na jazykie” u Cwietajewej. W mgle, pod mlekowatym niebem zmrożony świat przedstawia się jak z porcelany, przezroczysty i ulotny, bardzo kruchy – zdawać by się mogło: pstrykniesz palcem, a zaraz się rozleci w pył niezliczonych drobinek. Cofasz bojaźliwie rękę przed jakimś zlodowaciałym przydrożnym badylem, jak gdyby był dźwignią, uruchamiającą efektem domina masowe zniszczenie… Dopiero dziś w południe przebija się nareszcie słońce. I rzeczywiście – czar, nie wiedzieć kiedy, szybko pryska, bajka kończy, znika to, poza czym jeszcze rano niczego nie było…

  

20:04, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi