~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
środa, 29 lutego 2012
1076. Z cyklu: Przeczytane (II) - Luty...

  

1. Pascal Quignard, Albucjusz. Przeł. T. Komendant, Warszawa 2002;

2. Orlando Figes, Tragedia narodu. Rewolucja rosyjska 1891-1924. Przeł. B. Hrycak, Wrocław 2009;

3. Sándor Márai, Dziennik. Przeł. T. Worowska, Warszawa 2007;

4. Jan Tomkowski, Ciemne skrzydła Ikara. O rozpaczy, Warszawa 2009;

5. Władysław Łoziński, Prawem i lewem. Obyczaje na Czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku, Warszawa 2005;

6. John Maxwell Coetzee, Ciemny kraj. Przeł. M. Konikowska, Kraków 2009;

7. Andreï Makine, Muzyka życia. Przeł. M. Hołyńska, Warszawa 2002;

8. Janusz Tazbir, Polska przedmurzem Europy, Warszawa 2004;

9. Milan Kundera, Tożsamość. Przeł. M. Bieńczyk, Warszawa 2004.

  

Tagi: książki
21:44, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
wtorek, 28 lutego 2012
1075. Short cuts...

  

Mój odkryty dwa miesiące temu dobry fryzjer złamał rękę – musiałem więc się oddać jego żonie. Ją zadowala grubość moich włosów, ja muszę się pogodzić z tym, co otrzymuję. Za krótko – nigdy nie umieją zatrzymać się w odpowiednim momencie, gdy słyszą lekko wycieniować… Kobiety mają mnóstwo talentów, ale ich rzemieślnicza sprawność nieczęsto ociera się o geniusz…

  

sobota, 25 lutego 2012
1074. Amphitheatrum hibernum...

 

Kusiły dziś moje ulubione z polskich mundurów (por. 1032) przy placu Szembeka i rekonstrukcja bitwy pod Olszynką Grochowską. Ale zbyt późne wstanie, huraganowy wiatr, obawa deszczu – i przede wszystkim brak śniegu, głównego elementu historycznej scenografii. Może za rok – o ile nie trzeba będzie się wynosić stąd za kilka miesięcy…

Jako że nastawiłem się na notkę o spektaklu, zdjęcia z widowiska natury i kultury – odwilż, więc też się może długo nie powtórzyć:

 

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

czwartek, 23 lutego 2012
1073. „To sleep, perchance to dream”…

  

Zasypiam już łatwiej (por. 563), trudniej za to teraz się obudzić. Nie znajdując wygody (bez pozytywnego efektu wypróbowane obie kanapy, podkładanie czegoś pod poduszkę, spanie w nogach, przeróżne pozycje), organizm ratuje się czymś w rodzaju utraty przytomności, która pozwala wyłączyć się, noc przetrwać. Rankiem, obolały, nie mogę się podnieść godzinami, nie widzę powodu, by to w ogóle robić, wątpiąc poniekąd, czy rzeczywiście nie śpię…

 

„Tak teraz się budzę: wyślizgując się nieufnie ze snu, jakbym spędził noc w ukryciu. (…) Nie cierpię poranków przypominających mi wymiętoszoną, zatęchłą pościel łóżka, w którym ktoś spał nazbyt długo. Ostatnio zdarzają się świty, kiedy budzę się i pragnę, żeby znów zapadła noc, żeby dzień skończył się jak najszybciej. Zacząłem myśleć o swoim życiu jako o nieustającym poranku; bez względu na godzinę odnoszę wrażenie, że dopiero co wstałem, próbuję oczyścić umysł i rozeznać się w świecie przedmiotów”

                       [John Banville, Zaćmienie. Przeł. J. Jarniewicz].

  

Co ciekawe, dopiero o świcie przychodzą obrazy, dialogi (por. 877) – nie wiem: wspomnienia? fantazje? urojenia?... Popołudniami coraz większe osłabienie, powtarzające się codziennie drzemki, nagłe wylogowywanie – nad książką, przy telewizorze. Po kilkudziesięciu minutach zdziwienie, że znowu; czasem zwątpienie: ja naprawdę spałem? Nawet jeśli i nie, to chyba niewielka różnica…

  

„Jej świadomość tkwiła na rozdrożu między hiperaktywną jawą a powrotem w sen i Isserley nie wiedziała, którą drogę ostatecznie wybierze, jeśli coś nie pobudzi jej wkrótce do działania”

                      [Michel Faber, Pod skórą. Przeł. M. Świerkocki].

  

wtorek, 21 lutego 2012
1072. Worthless...

 

Na bodaj kilkadziesiąt osób z wczoraj byłem wśród pięciu, które się dały na dziś nabrać. Bo zamiast wprowadzania danych brutalny marketing przez telefon, namawianie do abonamentu w nowej sieci; szaleńcze tempo, wieczny entuzjazm, do boju zagrzewanie jak rugbiści. Słuchałem gadki tego gówniarza-instruktora, tych jego chwytów, jak klienta podejść. Wyszedłem pierwszy – pierdolić każdą pracę, a tę zwłaszcza…

Nie wiem, co większym jest dramatem: moje narastające wciąż zdziczenie, przerażenie, już z nikim niepozwalające się spotykać, z nikim mówić – czy ta mentalność magazyniera, przepisywacza tekstów, archiwisty, która blokuje wszelkie starania o coś więcej, bo przecież ja i tak się nie nadaję, bo nie dam rady, bo w ten sposób nie chcę…

  

„[29 V 1968] (…) tchórzostwo, miękkość ogólna, pobudliwość emocjonalna granicząca z histerią, nie dość woli walki o własną wyższość i własne przyjemności”

                       [Sławomir Mrożek, Dziennik. T. I. 1962-1969].

   

Nieszczęsne studia doktoranckie w życiorysie, które skreślają właśnie z tego, na co liczę. Żadnych języków obcych, pięcia w górę, inwencji i samodzielności, bycia miłym. Odbębnić swoje jak najszybciej i mieć z głowy. I jeszcze fanaberia: móc za to utrzymać… Jedno nie idzie jednak w parze z drugim. Z dziwnych powodów bankier jest lepiej opłacany od kioskarza…

Podziwiam na swój sposób ludzi, którzy dążą. Choć z tej przyczyny głównie, że w ten sposób mają. Ja nie mam; mieć, ile bym chciał, nie będę. A cóż innego mogłoby okupić ten brak szacunku do samego siebie, jedyną wartość znaną…

  

                                „Bez ambicji mężczyzna jest nikim”

               [z filmu Tron we krwi (Japonia’1957), reż. Akira Kurosawa].

  

23:57, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
poniedziałek, 20 lutego 2012
1071. Light at the End of the Tunnel...

     

Mail z sobotniego wieczoru, odczytany w niedzielę przed północą, zaproszenie na poniedziałkowe popołudnie. Pierwszy w Warszawie odzew na wysyłane od kilku miesięcy aplikacje. Na miejscu tłum młodych ludzi z tekturowymi teczkami na cefałki. Minutowe rozmowy z kolejnymi grupami kandydatów: charakter pracy (już nie wiem: to wypełnianie umów czy call center?), godzinowy lub akordowy system płacy – do nas najmniejszych pytań. Stawki kuszące, odległość od domu spacerowa, opinie w Internecie przerażają. Jutro otwarty dzień, by się rozejrzeć co i jak, a potem zdecydować. Zacząłem już sobie ostatnio wyobrażać pakowanie, więc nie mam wielkiego wyboru…

 

                    „Czujemy, jak maszyna wymyka nam się z rąk,

                    jakby kierował nią kto inny;

                    jeśli na końcu tunelu widać światło,

                    jest to światło nadjeżdżającego pociągu”

                                        [Robert Lowell. Przeł. P. Sommer].

  

Długo czekało się na śnieg, błękitne z obłokami niebo. Tymczasem odwilż, wyjście bez aparatu, w interesach. Wracam na przełaj przez Stare Powązki, gdzie ciągle jeszcze „Środek zimy. / Dzwoniące tamburyny lodu” [Thomas Tranströmer. Przeł. A. Orzech], wszystko spoczywa pod głośno chrupiącą otuliną. Przynajmniej ci tutaj śpią spokojnie, czekają słońca – nadziei już nie muszą wypatrywać, na nic liczyć…

  

piątek, 17 lutego 2012
1070. Z cyklu: „The Winter’s Tale”…

  

Nie śnieżyło przez miesiąc, dopiero w środę i dzisiaj. Od jutra ma się topić – trzeba było uwiecznić, brodzić niczym dziecko przez zaspy, się-zachwycać

  

                    „(…) biel calutki dwór oplotła

                    Z kulami klombów i parkanem;

                    Na szybie haftowane wzory,

                    Na dworze zlot wesołych srok,

                    Lodowe srebrne drzew bisiory

                    I okolicznych wyżyn stok

                    Pod miękką, skrzącą się pościelą:

                    Dokoła aż pałało bielą”

                                   [Aleksander Puszkin. Przeł. A. Ważyk].

  

      

  

      

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

      

  

wtorek, 14 lutego 2012
1069. ...„et lux in tenebris lucet”...

  

Na „Różę” w ubiegłym tygodniu (por. 1067) szedłem z wielkimi oczekiwaniami, dziś z góry nastawiłem się nieco, powiedzmy, sceptycznie. Tymczasem „W ciemności” (Polska / Niemcy / Francja / Kanada’2011; reż. Agnieszka Holland) w mroku sali kinowej jaśniało czymś rzadko na ekranie spotykanym. Te latarenki w ciemnych kanałach (soczystość tej czerni), na zbliżeniach rzutujące światło w kierunku widowni – niezwykły efekt, jakby zatarcia granic, odwrócenia perspektywy. A w tym prawdziwi ludzie, ich emocje, słabości, realizm szczegółów świata wokół (może tylko zbyt łatwo rozpoznać w filmowym Lwowie warszawską ulicę Mostową), mieszające się języki (polski, ukraiński, jidisz, niemiecki, bałak), chciwość, brud, seks, nadzieja, rozpacz. Życie samo. I była miłość w getcie – nie przypadkiem obraz dedykowano Markowi Edelmanowi

Pokazać to wszystko, bez hołdów, laurek, uproszczeń, z dwuznacznościami moralnymi. Odkryć instynktowność w dojrzewaniu do bohaterstwa. Siłę przetrwania i pokłady dobra w piekle, które niektórzy chcieli widzieć jako karę boską. Jakbyśmy potrzebowali Boga, by karać się nawzajem…

  

niedziela, 12 lutego 2012
1068. Ich noce...

  

Dreszcz zimnej pościeli, kołdra wciśnięta między nogi, objęcia poduszki, tulenie się do niej od tyłu, dłonie w poszukiwaniu krągłości, czułości bez odpowiedzi, zdrobnienia, których już nie usłyszysz, szczęście wspólnego sypiania, utracone, wciąż wyobrażane. Tyle miesięcy minęło, a ja dalej kładę się w pustym łóżku obok Ciebie…

  

„(…) rzeczy, które kiedyś pozostawały w styczności ze sobą, nadal działają na siebie nawet wtedy, gdy kontakt fizyczny przestał istnieć”

                    [James Frazer, Złota gałąź. Przeł. H. Krzeczkowski].

  

czwartek, 09 lutego 2012
1067. „Ten podły czas, pora burz”...

  

Od kilku już miesięcy narastająca chęć wybrania się do kina. Czasem nawet proponowanie tego innym. Kolejne tytuły, co ciekawiły, które by się chciało: „Szpieg” (Wielka Brytania / Francja / Niemcy’2011; reż. Tomas Alfredson), „80 milionów” (Polska’2011; reż. Waldemar Krzystek), „Wymyk” (Polska’2011; reż. Greg Zglinski), „Daas” (Polska’2011; reż. Adrian Panek), „Mission: Impossible – Ghost Protocol” (USA’2011; reż. Brad Bird), „Code Blue” (Dania / Holandia’2011; reż. Urszula Antoniak), „Musimy porozmawiać o Kevinie” (Wielka Brytania / USA’2011; reż. Lynne Ramsay)… Wciąż jednak coś przeszkadza (zimno, ktoś nie chce, nie może, źle się czuję), godziny w najtańszych kinach nie pasują. Dopiero dziś, sam, wreszcie…

Na „Różę” (Polska’2011; reż. Wojciech Smarzowski) czekałem długo, jak tylko dowiedziałem się, że kręcą. A nowych filmów tego wadzącego się z polskością jak Wajda reżysera wypatruje się z niecierpliwością (por. 184, 709)… Tym razem spokojniej, przeźroczyściej, ciszej – bo też dopiero tak brutalniej, mocniej, głośniej. Może i nie do tego stopnia, nie tak płynnie i emocjonalnie, jak liczyłem (zobojętniałem? odczuwając historię jako sumę milionów tragedii pojedynczych jednostek nie jestem już w stanie zobaczyć niczego nowego, składającego się na jej obraz, czego bym nie znał, nie widział?) – a przecież pięknie. Brakowało w polskim kinie takiego realistycznego dopełnienia do westernowego „Prawa i pięści” (Polska’1964; reż. Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski), zilustrowania zagospodarowywania Ziem Odzyskanych (Gdzie las spalony, wiatr zmęczony, noc i front. / Gdzie niezebrany plon, / Gdzie poczerniały głóg) poprzez gwałt, mord, przemoc, szaber, wypędzenia, poniżenie, zniszczenie. Całą tę wykarmioną na wojnie i rozrosłą się tuż po niej ohydę, na której wszystko zbudowano (I spójrz – ziemia ciężka od krwi, / Znowu urodzi nam zboża łan, złoty kurz)… A pośród tego ludzie, okaleczeni, odrzuceni, ciągnący na polski Dziki Zachód (Ze świata czterech stron, / Z jarzębinowych dróg) i miejscowi, usiłujący żyć dalej, żyć na nowo (Przyjmą kobiety nas pod swój dach / I spójrz – będą śmiać się przez łzy), niemający do stracenia już nic poza okruchami, tracący całość ich świata. Chwile wytchnienia od koszmaru, przerywane wybuchami zwierzęcego bestialstwa („wojna jako niekończąca się walka o kobiece ciało, wojna szukających zaspokojenia samców”, pisze Paweł T. Felis). Nadzieje i brak wszelkich złudzeń (Za dzień, za dwa, / Za noc, za trzy, / Choć nie dziś)…

  

środa, 08 lutego 2012
1066. Eclipse (II)...

  

„Powodowany temperamentem solisty grawitował ku solipsyzmowi, kojarząc go z solą ziemi i z łacińskim określeniem słońca. Nie uświadamiał sobie, że zaszywa się przez to w ciemny kąt… Ponieważ jednak był przewrażliwiony (…), nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś jest nie tak… że coraz bardziej odgradza się od życia, a przełącznik w jego solarium odmówi w końcu posłuszeństwa. Żałosny stan, mający swój początek w reakcji szczerego młodzika na grubiaństwo świata, w który wtłoczono jego porywczą młodość, w czasach sukcesów pisarskich wystawiany na pokaz jako modna maska, nabrał teraz nowej ohydnej realności. Napis na deseczce zdobiącej pierś nie obwieszczał już: »Jestem artystą-samotnikiem«; niewidzialne palce zmieniły litery, abyśmy mogli przeczytać: »Oślepłem«”

                               [Vladimir Nabokov, Prawdziwe życie

                         Sebastiana Knighta. Przeł. M. Kłobukowski].

  

      

  

poniedziałek, 06 lutego 2012
1065. Proście, a nie będzie wam dane...

  

Dla „komunikatywnych, pozytywnie nastawionych do ludzi, kreatywnych i zaangażowanych”… A co z zamkniętymi w sobie, milczącymi, biernymi, odnajdującymi się tylko w rutynie, bez pomysłów?... Kto nie ma, ten i nie dostanie – to podstawowa reguła; przyzwyczajam się do niej od tak dawna…

 

Nie ma co dzieci zadręczać najgorszą ze wszystkich prawd. Tą mianowicie, że Bóg wybiera bez żadnego powodu, że Jego łaski nie można sobie zjednać żadnym staraniem, żadnym uczynkiem. Że Jego miłość jest niesprawiedliwa

                [Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

  

piątek, 03 lutego 2012
1064. Housekeeping...

    

Jak tylko przyzwyczaiłem się do chłodu, panującego od jesieni w mieszkaniu, zaczęli nareszcie mocniej grzać (a przynajmniej na tyle, by jakoś zneutralizować nieocieplone chyba ściany przedwojennego jeszcze budownictwa). I dobrze, bo za oknem temperatury już z drugiej dziesiątki na minusie. Ale coś przecież zawsze musi być nie tak, więc w lodówce nastąpiło rozszczelnienie układu. Po środowej wizycie fachowca (konsultacja: 96,45 zł; przy okazji był powód po raz pierwszy w tym roku odkurzyć), dziś zabrali ją do serwisu (astronomiczny koszt naprawy udało się przerzucić na właściciela). Przez kolejny tydzień jedzenie muszę stawiać na parapecie (od okien, choć nowe, plastikowe, na szczęście, mocno ciągnie) – że może nadpsute od dni kilku, i tak nie wyczuję…

W całej tej pseudozabawie w samodzielne życie mnóstwo improwizacji, sporo półśrodków, doraźności, radości minimalne, rzadkie, i najmniejszego bodaj planu, sensu, celu. Z nory się cudem wyrwałem, w innej się teraz zagrzebię…

  

środa, 01 lutego 2012
1063. Jej ostatni dowcip - Wisława Szymborska (1923-2012)

  

                    „Umrzeć – tego nie robi się kotu.

                    (…)

                    Coś się tu nie zaczyna

                    w swojej zwykłej porze.

                    Coś się tu nie odbywa

                    jak powinno.

                    Ktoś tutaj był i był,

                    a potem nagle zniknął

                    i uporczywie go nie ma”

                                        [Kot w pustym mieszkaniu].

   

                    Gdzie się zaszyłam,

                    gdzie się pochowałam

                    to nawet niezła sztuczka

                    tak samej sobie zejść z oczu

                                        [Dnia 16 maja 1973 roku].

  

Archiwum
Tagi