~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 29 lutego 2016
1550. Z cyklu: Przeczytane (L) - Luty...

1. Sándor Márai, Pierwsza miłość. Przeł. F. Netz, Warszawa 2007;

2. José Carlos Somoza, Klara i półmrok. Przeł. M. Perlin, A. Trznadel-Szczepanek i B. Wyrzykowska, Warszawa 2004;

3. Jan Białostocki, Sztuka XV wieku. Od Parlerów do Dürera. Przeł. G. Przewłocki, Warszawa 2010;

4. Serhij Żadan, Hymn demokratycznej młodzieży. Przeł. M. Petryk, Wołowiec 2008;

5. Pawieł Basiński, Lew Tołstoj. Ucieczka z raju. Przeł. J. Czech, Warszawa 2015.

Tagi: książki
20:27, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 27 lutego 2016
1549. Kronika wypadków bynajmniej nie miłosnych...

Powrót na Fellow, nie wiem po co. Ostatnia rzecz, na jaką teraz jestem gotów, to spotkanie (jak gdybym kiedykolwiek zresztą był na randce). W pracy, na wejściu, bukiet żonkili; wiosna. W środę mój pierwszy urlop (pracuję 3,5 miesiąca); dziś pociąg do Wrocławia, jak codziennie, ale nie Stadion – Centrum. Na polach żurawi coraz więcej (zimą po kilka, ostatnio naliczyłem aż trzydzieści), na niebie klucze dzikich gęsi; saren dziesiątki, w tym samym miejscu regularnie para lisów. Próbuję kupić dżinsy – z tym zawsze jest najtrudniej; wszystko zbyt wąskie teraz. Przeglądam kilka książek (mam kartę, wartą 50 zł, za wypełnianie ankiet w Internecie, lecz wszystko, co by mogło mnie interesować, nieco droższe), na Placu Solnym już rozchodzi się manifestacja KOD-u. Odnotowuję nowe przejście w ciągu Świdnickiej i bielejące OVO. Wczoraj powrotny pociąg utknął wraz ze mną stację wcześniej (ojciec musiał przyjechać samochodem; od kiedy most jest, to nie problem. Ile jednakże było takich przygód dojazdowych od lat studiów – urok mieszkania w Pierdziszewie), dziś już bez przeszkód, nie licząc zatłoczenia. Nic więcej się nie wydarzyło, kolejne coś – nieprędko…

22:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 24 lutego 2016
1548. Bilans pierwszych 100 dni PiS-obolszewii...

„Sądy ogólne mają to do siebie, że znoszą wszelki światłocień wątpiącej z zasady jednostki.

Władze kraju, w jakim miałem nieszczęście się urodzić, odnoszą niewątpliwe sukcesy w praniu mózgów swojego elektoratu, gdyż do perfekcji opanowały sztukę redukcji każdego komunikatu do pozycji sądu ogólnego. Bóg, naród, suweren, Prezes, Polska – to nudne kwantyfikatory. Trzeba było je na nowo rozruszać. Dodać im paliwa, pogrzebać w resentymentach, mitach i kompleksach jak w kompostowniku. No i od razu się udało! Wrze nam oto społeczeństwo, podzielone jak tuczniki w zagrodach, i wrzenie to gwarantuje trwanie władzy, która opiera się na sądach ogólnych, z nich czerpie żywotne soki nienawiści do własnych obywateli. Na dobrą sprawę najbardziej na rękę władzy pójdziemy jako ta biomasa wtedy, kiedy zaczniemy nawzajem się wyrzynać. Logika podsycania wrzenia finalnie doprowadzi do takich lokalnych wyrżnięć.

(…) mieć świadomość praw i obowiązków obywatela demokratycznego kraju to jedno. Bronić tych praw i obowiązków to drugie. Na razie jednak jako społeczeństwo jesteśmy biomasą, która wydała z siebie, w akcie wolnych wyborów, swoją reprezentację. I na tym etapie nie zasługujemy na nic więcej.

(…) Gdziekolwiek odwracam głowę, mówi do mnie paranoiczna szczekaczka nienawiści. Hodowaliśmy ją długo, najpewniej całe te 27 lat demokracji. Teraz odezwała się głośniej i dobitniej ustami sąsiadów, ludzi, których znamy jako porządnych obywateli. Problem nie leży w obronie demokracji przed paroma konusami, którzy jej zagrażają. Rzecz rozbija się o znacznie poważniejszą kwestię świadomości społecznej i umiejętności rozpoznawania natury polityki jako takiej. Bo nie barwy partyjne się liczą, tylko zasada funkcjonowania władzy”

[Krzysztof Siwczyk, Szarzy, burzy ludzie, „POLITYKA” 2016, nr 7].

22:29, alexanderson , Polityka / Historia / Polska
Link
piątek, 19 lutego 2016
1547. I ty możesz zostać kanibalem...

Rozprawiają o adekwatnej represji dla Hannibala z Żoliborza (jego odcinek serialu o Lecterze: dekapitacja, podróż taksówką z rozczłonkowanym ciałem w torbie, próba spalenia zwłok). Delektują się repertuarem tortur dla takich zwyrodnialców. „Tłum przystawia komuś do twarzy pięści / Żądają dla niego kary śmierci” [Kult, Polska. Słowa: Kazik Staszewski]. Porządni obywatele, dobrzy ludzie, „jutro spotkają się w kościele”. A jednak niczym się w tym momencie nie różnią od tamtego. Bo „czy jeżeli ludożerca je widelcem i nożem – to postęp?” [Stanisław Jerzy Lec]...

23:05, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
poniedziałek, 15 lutego 2016
1546. Choć za oknem coraz jaśniej...

„Jego myślami rządziła ta sama monotonia, co jego działaniami, a ich następstwo odpowiadało porządkowi dnia. (…)

A za tymi miarowymi codziennymi myślami, jak za słowami napisanymi na szkle, rozpościerała się ciemność, ciemność, w którą nie należy spoglądać”

[Vladimir Nabokov, Król, dama, walet. Przeł. L. Engelking].

poniedziałek, 08 lutego 2016
1545. Ma fin est mon commencement...

Zdecydowało się. Umowa na dwa lata (pierwszy raz w życiu tak długa perspektywa, jakiś horyzont, przyszłość), te same obowiązki… oraz pensja – jak będą możliwości, będzie podwyżka, choć starsi stażem pierwsi są w kolejce; do tego premia 15% od podstawy, uznaniowa i 5% co kwartał (?). Akurat jutro kończy się mój bilet trzymiesięczny na pociągi (droższy, niestety, znacznie niż 90 dni w Warszawie) – pora na szereg nowych. Czas będzie teraz płynąć jednostajnie, a każdy dzień tak samo. Wakacje – znowu pierwszy raz – trwać będą ledwie dwa tygodnie. To taki początek, co zamyka; szansa, która wiąże się z rezygnowaniem…

Tagi: praca
22:52, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 03 lutego 2016
1544. Rozdroża i koleiny...

Czasem zbyt duże tempo, nieraz migreny wieczorami (jak dziś, po ośmiu godzinach przed ekranem), zmęczenie dojazdami (bywa się co dzień we Wrocławiu, choć się nie widzi miasta – wokół stadionu brak nawet kiosku z gazetami; dzień jeszcze krótki, idzie się wprost na pociąg – nie to, co czas w stolicy, kiedy po pracy było jeszcze Śródmieście, parki, Wilanów czy Ogród Botaniczny), a jednak można to – jeśli nie lubić, to choć jakoś oswoić. Gdybyż to jeszcze mogło być w Warszawie, czułbym się wręcz spełniony. Lepszej pracy nie znajdę, tym bardziej należy to doceniać. Pięć dni przed końcem mej umowy brak jakichś wyraźnych deklaracji. Są tylko pewne sygnały – dwa razy premia (200 i 250 zł, choć się stażowo nie kwalifikuję) z „oby tak dalej” w mailu; sesja zdjęciowa; żądanie, bym wskazał letni urlop (na szybko wybieram przełom czerwca-lipca). Zarazem zaś przypuszczam, że kogoś zastępuję (chyba jakieś zwolnienie od lekarza, wypadek czy choroba), tak więc zamiast umowy na dwa lata, być może mi zaproponują coś krótszego. Zgodzę się, co mam robić – wreszcie trochę zarabiam (jest jeszcze kilka książek do kupienia, zepsuł mi się aparat z dużym zoomem), mniej jest okazji do irytacji w domu. Innego życia nie ma…

„Ile to lat temu uchyliłem się przed najwyższym posłannictwem? (…) Co odtąd robiłem? Właściwie nic.

A przynajmniej – nic istotnego. Można by powiedzieć, że, w bardzo przyziemnym i ekonomicznym sensie, byłem zajęty przetrwaniem”

[Daniel Kehlmann, Beerholm przedstawia. Przeł. J. Ekier].

Archiwum
Tagi