~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
czwartek, 29 listopada 2007
340. Bliźni

  

Nawet nie wiedziałem, że we wczorajszym wpisie nawiązałem do Stachury. Tak to jest, jak się kradnie cudze pomysły – wykorzystałem bowiem prywatny język innych osób bez dostrzeżenia ukrytej tam aluzji. Drobiazg, ale rozbawiło mnie to. Podobnie uśmiecham się do siebie, ilekroć nie mogę zrozumieć jakiegoś umownego określenia z języka rówieśników, nie wyczuwam ukrytej w słowach ironii bądź też biorę żarty na serio. Ze sobą porozumiewam się w myślach lub na piśmie, do innych muszę się dopiero uczyć przemawiać…

  

Od czasu do czasu list od kogoś, kogo istnienia nawet się nie podejrzewało – z wyrazami uznania, sympatii, deklaracjami o współodczuwaniu i porozumieniu, z podziękowaniami za umiejętność ujęcia w słowa emocji innych. Pocieszenie w zdziwieniu, że nie jest się jedynym, że nie tylko mnie to dotyczy. Smutek w konstatacji, że jest nas tak wielu, że dopiero w wirtualnej przestrzeni można odnaleźć, poznać, polubić bliźniego swego...

  

21:15, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
środa, 28 listopada 2007
339. Blizny

  

Oni się „zbliźniają” ze sobą, do siebie, dla siebie. A ja nawet nie pozwalam do siebie dzwonić – nie mogę przecież wciąż tylko słuchać, a mówić oduczyłem się już dawno. Wszystko inne zaś jest tak sporadyczne, jakby go wcale nie było. Niech więc pozostanie wyobrażeniem. Nie będzie tak ranić. Chociaż – te rany się nigdy nie goją, ta zazdrość wcale nie znika.

Bliźni – zbliźnić – zabliźnić – blizny...

  

„I ciągle widzę ich twarze…” Sto lat temu zmarł Stanisław Wyspiański. Im większego Polaka wydaje ta ziemia, tym mniej on znaczy dla następnych pokoleń, zwłaszcza, jeśli na domiar złego jest artystą. Poświęcić mu rozdział w podręcznikach, to go na trwałe uśmiercić dla całego społeczeństwa...

   

wtorek, 27 listopada 2007
338. Niemoc II

  

Mam nieodparte wrażenie, że nie kontroluję żadnej ze sfer mojego życia, nie tylko własnego ciała (à propos – z odkrywaniem w sobie coraz to nowych nieprawidłowości, które teraz dopiero, gdy wiem, jak być powinno, swoją nieprawidłowość objawiają, z wydłużającą się listą lekarzy, których powinienem w najbliższym czasie odwiedzić, pojawia się coś w rodzaju odrazy do samego siebie, nie tyle nawet do własnej kalekiej fizyczności, co do wynikającej z niewiedzy głupoty, do popełnionych błędów, do poczynionych nawet na polu biologicznego rozwoju i higieny zaniechań). Najgorsze, że umiałbym się z tym pogodzić, wyrzec tego, czego pragnę, co mi się tylko wydaje pożądanym, słowem – mógłbym się pogodzić z samym sobą, ale nie potrafię zaakceptować warunków, w jakich przyszło mi funkcjonować, a na które nie mam wpływu, nie godzę się z nieosiągalnością pełnej wolności i niemożnością samorealizacji. W efekcie wszystko zaczyna się sprowadzać do kwestii pieniędzy; upatrywanie ratunku w nich właśnie – w pieniądzach, których nigdy mieć nie będę – jest chyba wyrazem mojej krańcowej rozpaczy, rezygnacji, niemocy...

  

W marzeniach oczekuję cudu, w myślach życzę śmierci najbliższym, w głębi duszy zazdrość wobec podziwianych zamienia się w zawiść. Ze złości na siebie nienawidzę wszystkich innych. Tylko to potrafię.

  

Tagi: homo
20:12, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (9) »
niedziela, 25 listopada 2007
337. L’Ignorance

  

Ciągnąca się przez lata nieświadomość spraw najbardziej elementarnych, tak naturalnych, a odkrywanych prawem młodości – upokarza mnie, a że dotyczy to spraw boleśnie intymnych, wstyd przed samym sobą staje się nie do zniesienia. Wskutek własnej niewiedzy, własnego zaniechania, z braku czyjegoś przykładu dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat zacząłem poznawać to, co wiadome już nastolatkom; wówczas to pojawiły się myśli, pragnienia i czyny, które musiały się zderzyć z utrwalonymi już do tego czasu złymi nawykami i nieprawidłowymi reakcjami własnego organizmu, którego rozwój (a w tym kontekście należałoby raczej powiedzieć: niedorozwój) także został źle ukierunkowany. Nie wiedziałem tego, co wiadome wszystkim, zaniechałem tego, co niezbędne w dalszym poznawaniu siebie i innych ludzi, nie byłem świadom posiadania ciała. Bez tego oparcia wszystko inne staje się zbędne: głos, który nie potrafi przemówić, serce, w którym brak odwagi, dotyk, który unika zbliżenia, intelekt, przekonujący się ustawicznie o powierzchowności nabytej wiedzy, męskość, która jest tylko rubryką w ankiecie, parodią swojej nazwy, wieczną tęsknotą za tym, co nigdy nie zostanie poznane, doświadczone, zdobyte…

  

piątek, 23 listopada 2007
336. Pewność

  

Zadawane sobie od lat pytania na widok zakochanej pary: co on w niej widzi? co ona widzi w nim? – dzisiejsza terapeutyczna rozmowa o sprawach intymnych – uświadomienie sobie, że o ludziach nie stanowi tylko ich zewnętrzność, że każdy może być dla kogoś pociągający, że najważniejsze i fascynujące jest owo odkrywanie drugiego, docieranie do pełnego poznania – i, dla kontrastu, wciąż uparta myśl, że nie mam do zaoferowania nic ciekawego, i nawet moja zewnętrzność jest tylko złudzeniem, bo nigdy nie dostrzegłem błysku w cudzych oczach, bo nie zyskiwałem uznania jako mężczyzna (byłem za to ładną dziewczynką), bo nie sprawdzam się jako mężczyzna nawet na poziomie czystej biologii… Nie mam więc nic, czego byłbym pewny, nie jestem pewny nawet samego siebie…

  

Ciemna aleja wzdłuż fosy, Amor bez łuku na Pegazie bez ogona, drzewa bez liści, fontanna bez wody, sms bez odpowiedzi, rozmowa w myślach bez rozmówcy. Pewnie odpoczywa, pewnie nie usłyszał… Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś

  

wtorek, 20 listopada 2007
335. :-)

  

Listopadowego słońca, skrępowanej niedoświadczeniem ekspedientki w księgarni, rozbawionych dowcipem studentów, koleżanki, z którą w godzinach konsultacji żartujemy z naszych błędnych wyborów życiowych, ślicznego kleryka na Rynku, przesyłane poprzez komunikator w zastępstwie po raz kolejny niedoszłego spotkania – promienne uśmiechy. Nie pozostały dziś nieodwzajemnione...

  

niedziela, 18 listopada 2007
334. Je passe

  

Krępujące więzy – niezrywane, zasady nie do zaakceptowania – przestrzegane, praca nadaremna – kontynuowana, z niesłyszącymi cię – rozmowa, z przywodzącymi do szaleństwa – współżycie, z niechoroby – leczenie, niemożliwego do zniesienia – wytrzymywanie… Wciąż wygodnictwo, wciąż to przeklęte lenistwo… 

   

                    „Tak to rozwaga czyni nas tchórzami;

                    Przedsiębiorczości hoża cera blednie

                    Pod wpływem wahań i zamiary pełne

                    Jędrności, zbite z wytkniętej kolei,

                    Tracą nazwisko czynu”.

                              [William Shakespeare, Hamlet. Przeł. J. Paszkowski]

  

piątek, 16 listopada 2007
333. Mniej...

  

Jakby spokojniej ostatnio, jakby lżej – i z tej lekkości, tego relaksowania się w dniach ostatnich, niezdarzania się niczego, co wzbudzałoby niepokój i rozterki, rodzi się, tak dobrze znane, a tak dziś odmienne, milczenie, tym razem jednak milczenie myśli, bo pustka, bo niedostatek wrażeń, bo brak lęku… I w efekcie jakby wszystkiego mniej, mniej złego, zarazem dobrego mniej, szczególnie zaś mniej słów, mniej pisania, mniej przypominania i analizowania. Odpoczywam od siebie samego…

   

I zadowolenie – intensywna rozmowa z lekarzem i poczucie pełnego porozumienia, zaproszenie na herbatę od MrD. do zrealizowania w niemogącej się już doczekać przyszłości, jakieś głupie w swej skocznej wesołości piosenki, uparcie chodzące po głowie, zachwyt nad cudownie długą paradą zatopionych w miłości ciał, aż do namacalności podglądanych gdzieś w wirtualnej przestrzeni, chłodne spacery wzdłuż samotnego peronu, i zapomniane łzy, których ostatnio też jakby mniej, tak mało, że aż wcale…

  

Tagi: homo
21:57, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 listopada 2007
332. Bariery

  

Zbyt liczyłem na dzisiejsze spotkanie, by rzeczywiście mogło się ono odbyć; zbyt się wzdragałem przed nową znajomością, by w pełni ją nawiązać. Wciąż jakieś bariery do przełamania, jakieś techniczne ograniczenia w komunikacji, odległości, inne zajęcia – ważniejsze niż to, co najważniejsze, – nieporozumienia, kontakty urwane, numery telefonów niewykorzystane, listy bez odpowiedzi. Nie rezygnuję jednak, wyzbywam się tylko złudzeń…

  

sobota, 10 listopada 2007
331. Rozdarcie

  

Twoje milczenie mi nie pomaga – wystarczy, że muszę zmagać się z własnym.

  

                    „I thought I saw a man brought to life 

                    He was warm, he came around like he was dignified 

                    He showed me what it was to cry 

                    Well you couldn’t be that man I adored”.

  

Wciąż jestem zazdrosny. Nie jest to zazdrość o Ciebie (choć chciałbym Cię mieć na własność, a nie mam nawet okazji, by się Tobą dzielić z innymi), lecz zazdroszczenie Tobie – Twojego udziału w życiu, Twojej umiejętności wyrażenia siebie, Twoich zalet i wad. Wiem, jak nieczysty jest tego rodzaju podziw – zamienia mnie niemalże w Toma Ripleya. Nie jestem jednak aż tak zdeteminowany… 

   

                    „I’m all out of faith, this is how I feel 

                    I’m cold and I am shamed lying naked on the floor 

                    Illusion never changed into something real 

                    I’m wide awake and I can see the perfect sky is torn 

                    You’re a little late, I’m already torn”.

  

Już tylko te dowrocławskie podróże dostarczają większych wrażeń – nadzwyczaj miłych w swej banalnej prozaiczności, tak niezwykłych w codzienności. Przed wyjazdem pierwsza w życiu samodzielnie przyrządzona jajecznica na kiełbasie; w pociągu podsłuchana z uśmiechem rozmowa anglojęzycznej pary, dociekającej, czy ziemniaki kwitną; kłujący w twarz śnieg z rozświetlonego błękitnego nieba, a zaraz potem mgliste chmury i biała kula słońca, równie tajemnicza jak nocny księżyc; nieskrępowana niczym swoboda młodych ludzi na Świdnickiej, energicznie korzystających z praw swego wieku; w aptece wraz z lekami kupione pierwszy raz (nie żeby ich z kimś użyć, lecz by się odważyć) prezerwatywy; a na koniec w samochodowym radio Natalie Imbruglia i lubiana od czasów liceum piosenka Torn, przywracająca wszystkiemu właściwe proporcje… 

  

                    „I don’t care, I have no luck, I don’t miss it all that much 

                    There’s just so many things that I can’t touch, I’m torn”.

  

czwartek, 08 listopada 2007
330. Se non è vero...

  

Nie rezygnować mimo ustawicznych wątpliwości, nie poddawać, nie uciekać, nie chować, próbować wciąż od nowa, kontynuować, odważyć, pisać, wysyłać, pogodzić się z myślą, że nie zawsze, nie od razu się uda, że nie ten, i ten też nie, nie przejmować się mimo tego, nie zadręczać, uwolnić od tego, co wciąż więzi, nie oczekiwać za wiele, ale nie wyrzekać się przy tym wyobrażonego – tym bardziej, im mniej w nim prawdy…

   

               „Jeżeli ziemia jest snem, to trzeba dośnić do końca

               i sen za życie wziąć, obrazom utkanym z mgły

               wierzyć, jak gdyby były wykute z kamienia i brązu,

               za rzeczywiste brać kształt i ułamek kształtu,

               niedokończenie ruchu, czyjś wpółurwany głos,

               wiszący w powietrzu krok, wpółprzechylenie piersi,

               fragmenty imion i nazw, szczątki roztkanych form,

               i trzeba po ścieżkach iść, choćby powietrzem wiodły,

               ufając obrazom kamieni, jakby naprawdę były

               ciosanym z piaskowca brukiem, wbitym w powierzchnię ulic.

               […]

               Gdziekolwiek ziemia jest snem nieprzebudzonym jeszcze,

               uwierzyć trzeba w kształt i kochać senny pozór,

               na wietrze budować mgłę i wpół nie urywać snu. 

               Gdziekolwiek ziemia jest snem, tam trzeba dośnić do końca”. 

                                   [Tadeusz Borowski, Obrazy snu]

  

A po wszystkim się obudzić, stwierdzając z zadowoleniem, że to wcale nie był sen…

  

wtorek, 06 listopada 2007
329. Idąc...

  

Przez kałuże, przez deszcz, przez zabłocone miasto, w chłodzie, w wełnie, w mokrych rękawiczkach, z parasolem, z nowymi książkami (znowu torba się nie domyka), z euforią, śmiejąc się z nieporadności kasjera w Empiku, wspominając ponętne ciała płci obojga (ale raczej tej swojej) z przejrzanych nieśmiało kalendarzy (ktoś przechodzi obok – zostaw to i odejdź!), wierząc, że wczorajsze nowe komplementy pod adresem własnej atrakcyjności fizycznej nie były bez podstaw (gdybyś zajrzał do H2O…), dumnie, energicznie, ze śmiałością w oczach – idąc…

  

poniedziałek, 05 listopada 2007
328. Brak

  

Ostatnie spostrzeżenie: każdy z nowo nawiązywanych kontaktów to z mojej strony przedstawianie siebie w niekorzystnym świetle, tak jakbym od razu, z góry, nie wiem – świadomie czy nie – chciał do swojej osoby zniechęcić, a być może – oszczędzić innym rozczarowań. Zaczynam więc, by zakończyć, inicjuję, by przerwać. Dlaczego wciąż sam sobie nie daję szansy? I dlaczego brak tego, czego nie mam, jest coraz bardziej dotkliwy?

  

piątek, 02 listopada 2007
327. Point de rêveries...

  

I znów, jak kiedyś, jak nieraz – pustka. Milczenie. Trwanie. Odpoczywanie od niezmęczenia. Niezapisywanie niewymyślonego. Jałowe, a mimo wszystko uporczywe przeglądanie podniecająco zapładniającej zmysły wulgarności. Wyobrażanie sobie tego, co nieurzeczywistnione. Tęsknota za niebyłym. Rozmijanie się z niespotkanym. Pytania bez odpowiedzi. A na koniec już żadnych mrzonek, żadnych złudzeń…

  

Archiwum
Tagi