~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
niedziela, 30 listopada 2008
528. O Rycerzu Łabędzia fragmenty nieprzypadkowe - czyli: Że nic dobrego z takich fascynacji nie może wyniknąć...

  

„(…) głębokie rozchwianie jego życia. Przeświadczenie, że wszystko mu się należy, nie wytrzymuje próby rzeczywistości. Wobec tego unika jej i chroni się w marzenia i rozmyślania. (…)

[Wychowawca hr. La Rosée:] »Trzeba rozwinąć w nim upodobanie i ochotę do życia, zwalczać melancholię, nie pozwolić mu na rozpamiętywanie przykrych wrażeń, lecz niech próbuje głęboko wyryć je sobie w pamięci«. (…)

  

Samotność… Oto choroba towarzysząca Ludwikowi, lecz jemu samemu owo towarzystwo wydaje się odpowiadać. (…) O czym myśli? O swoich lekturach, wypełniających mu wyobraźnię, jeszcze nierozprzężoną pragnieniami, które uczynią z jego życia splot następujących po sobie marzeń i koszmarów. Czyta książki historyczne i romantyczne (…).

 

Ludwik lubi tylko ludzi urodziwych, a dokładniej, nie znosi brzydoty, zwłaszcza u mężczyzn. (…)

[Dr Gilbert Robin:] »Podczas gdy zazwyczaj egzaltowane marzenia, idealne i czyste, przeradzają się po okresie dojrzewania w kompleks uczuć i bodźców zmysłowych przygotowujących do przeżycia miłości, u księcia te dwie tendencje nie podlegają wyraźnej fuzji. Podniecenie fizyczne idzie w kierunku autoerotyzmu. Potrzeba uczucia znajduje ujście, jak i przed okresem dojrzewania, w wyidealizowanych marzeniach, w miłości na odległość, w wyimaginowanych namiętnościach. Głęboka przepaść otwiera się między instynktem moralnym a seksualnym, który jawi się niczym rodzaj wymagającego i wszechogarniającego intruza. Między tymi dwoma instynktami rozgrywa się nigdy nieuśmierzona walka«. Innymi słowy, Ludwik jest zakochany w swoim przeżywaniu miłości jak nastolatek ogarnięty pierwszymi miłosnymi doznaniami. (…) I trudno się dziwić, że odebrawszy wychowanie, w którym rozpieszczanie graniczyło z tyranią, pozbawiony przyjaźni rówieśników Ludwik, znajdując godnego siebie przyjaciela, nie potrafi odróżnić przyjaźni od miłości. Nic nie wie ani o jednej, ani o drugiej. (…)

  

A teraz cisza. Straszliwa cisza poprzedzająca tragedię. Rezygnując z małżeństwa, król Bawarii jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy, że odwraca się plecami do życia. Do tej pory dźwigał swoją egzystencję z mniejszym lub większym powodzeniem. Pomagały mu w tym różne sztuczki oraz złudzenia. Chronił się dotąd w swoich marzeniach, teraz staną się one treścią jego życia. Nowe królestwo, dokąd wyprawiał się już wielokrotnie, nazywa się Noc. I w niej się zgubi.

Cisza. (…) schroniwszy się w górach, podczas gdy za gotyckimi oknami szaleje listopadowa zawieja, Ludwik, przy bladym świetle lampy, rozkoszuje się odzyskanym spokojem. »Wszystko jest tu tak spokojne, cisza tak krzepiąca, natomiast wśród zgiełku świata jestem nieszczęśliwy!« (…)

  

Ludwik II zaczął pisać dziennik, gdy miał 24 lata. Będzie go prowadził przez 17 lat, czyli aż do śmierci, ostatnie bowiem zanotowane tam słowa noszą datę 7 czerwca 1886. »Nie ma większej różnicy między pierwszymi a ostatnimi stronicami − pisze dr Robin. − Brak równowagi psychicznej jest mniej więcej taki sam«.

Nie wdając się w niepotrzebną psychoanalizę, można z owych stronic wyczytać dwojakiego rodzaju zaburzenia równowagi psychicznej króla: związane ze skłonnościami homoseksualnymi oraz schizofrenię. Ludwik II zaczął pisać swój dziennik w okresie godnej ubolewania próby zawarcia związku małżeńskiego, tego szczęśliwie unikniętego »koszmaru«. Jako niewolnik swojej natury i swego dziedzictwa, zaczyna w ten sposób drugie tajemne życie. Jest tam spis wewnętrznych walk, złamanych przysiąg, obietnic bez pokrycia. Król zaklina się, chcąc dokonać rzeczy niemożliwych… »To nie jest dziennik − odnotuje dr Robin. − To rachunek poniesionych porażek«.

(…) Król zwraca się do siebie samego. Czyni różnicę między Ludwikiem a królem: Ludwik jest słaby, król silny. Wewnętrzne zmagania między sprzecznymi skłonnościami króla są faktem i zakończą się dramatycznie.

(…) Intymny dziennik króla ujawnia coraz bardziej utrwalającą się i przesadną koncepcję świętości monarchii. Przesadną, gdyż im bardziej powołuje się na boskość, tym liczniejsze są jego upadki. Ta mieszanina świętości i cielesności, wzniosłych dążeń i żałosnych słabości uwydatnia jego niezrównoważenie. (…) Rzadko zdarzało się w historii, by któryś z jej pierwszoplanowych bohaterów tak bezskutecznie próbował nad sobą zapanować. (…)

   

Ludwik II odrzuca swój homoseksualizm. Trudno mu się z tym faktem pogodzić, ponieważ nie jest on wynikiem dobrowolnego wyboru, lecz poddania się. Im częściej mu ulega, tym bardziej stosowane zakazy i nakazy wydają się niepoważne. Im bardziej walczy, tym więcej cierpi. Im jest słabszy, tym głośniej woła, że jest silny.

Ludwik II wydaje wielką wojnę sobie samemu, a rozgrywa się ona między jego skłonnościami a wiarą. Te »przewinienia« to po prostu grzechy. W prawdziwej izolacji znajdzie się począwszy od 6 maja 1872. Tego dnia król Bawarii inauguruje swoje prywatne przedstawienia teatralne. (…)

  

Ludwik II Bawarski ogranicza się do nadziei. Pozostawia sprawy ich własnemu biegowi, izoluje się, ucieka od rzeczywistości. (…) Czuje się szczęśliwy tylko w swoich zamkach, które stały się schronieniem izolującym go od świata. Jeśli wychodzi, to po to jedynie, by ukryć się w mrokach lasu lub nocy.

Samotny, niedostępny, bujający w obłokach i po bawarskich szczytach, staje się odludkiem, jego przeszywający wzrok jest chwilami groźny. Ma spojrzenie drapieżnego ptaka.

  

Aresztowanie i internowanie króla Bawarii przypomina decyzję rady rodzinnej przestraszonej rozrzutnością marnotrawnego syna. (…) Jako księcia można by go było dyskretnie ograniczyć w wydatkach. Jako króla trzeba go było usunąć. Król Bawarii miał warunki do popełnienia szaleństw i owo względne obłąkanie jest raczej wynikiem pewnej sytuacji niż przyczyną tragedii. Nie pozwala mu się być królem, nie pozwala mu się być ekscentrykiem. W przystępie jasnej świadomości i zdrowego rozsądku Ludwik II chce odebrać sobie życie. (…)

  

Ludwik II Bawarski jest pod wieloma względami ostatnim królem. Słowa, jakie zapisał w swoim dzienniku na tydzień przed śmiercią, 7 czerwca, brzmią jak wyrocznia: »Ostatnie przewinienie zmysłowe. Odtąd żadnych pocałunków. Pamiętaj, królu, pamiętaj. Nigdy więcej! Nigdy więcej!«

Jego królestwo nie było już z tego świata”

                  [Jean des Cars, Ludwik II Bawarski. Przeł. T. Jekielowa].

  

Ustawicznie zatracam się w sobie.

Parsifal, Lohengrin, Tristan...

  

piątek, 28 listopada 2008
527. O ciągu dalszym - czyli: Że, niestety, nie potrafię...

  

…Bo nie dostrzegam wokół owych drobnych elementów, które urozmaicić by mogły te dni, ucieszyć istnieniem, stworzyć w zmysłach wrażenie, pozostawić ślad. Pozwoliłyby mówić, opowiadać, pisać. Bo każda próba rozmowy, listu, odpowiedzi przynosi ustawiczne upokorzenie niemocą, wstyd nieumiejętnością, obnażenie pustką. Bo brak tego wewnętrznego ciepła, jakie On miał, a które tak przyciąga ludzi, takich ludzi… Które pozwala ich przyjmować, zatrzymywać, z sobą wiązać. Bo wciąż wszystko rozmija się z oczekiwaniami, bo dostaje się za dużo jak na swoje mało − odmawia współudziału, rozczarowuje, wpada w obojętność, nudzi. Bo tylko wmawia się w siebie, że jest coś tu, w środku, co ma swoją wartość i jedynie czeka na odkrycie. Bo jak by to było − wzbudzić w kimś zachwyt i odpowiedzieć wzajemnością? Usłyszeć na żywo komplement, dostać od losu szansę, już drugą...

  

„Z nikim nie rozmawiał, z nikim się nie przyjaźnił; był naprawdę fascynujący” [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudziń-ska]. Nie znajdował jednak dla tego przekonania uzasadnienia...

  

środa, 26 listopada 2008
526. Nie tylko o odczuwaniu i chłonięciu świata - czyli: Że ja również chciałbym tak umieć...

  

„Nie szkodzi, że brakuje Ci słów… może pewnych spraw nie powinno się przesadnie podkreślać. Niech pozostaną niedopowiedziane, a dorozumiane. Jeśli nie masz pomysłu na dialog, pisz mi po prostu jak upływa Ci czas (nawet jeśli pozornie nic szczególnie ciekawego nie miało miejsca), jakie wrażenie zrobiła na Tobie nowa lektura, zasłyszana piosenka, felieton w gazecie. A może coś Cię zachwyciło, urzekło, rozbawiło, zasmuciło, przeraziło? Na przykład… rytmiczna zwrotka wiersza, który niespodziewanie wrócił do Ciebie echem po latach, magiczna aura okoliczności przyrody, chłodne krople dżdżu na rozgrzanych policzkach, zapach herbacianych róż, które układała w wazonach uliczna sprzedawczyni, bezradne spojrzenie niedawno owdowiałego mężczyzny, przytłoczona bagażem wspomnień sylwetka starca z sąsiedztwa, dźwięczne głosy dziewcząt mijanych w pośpiechu na pasach, rozkoszna słodycz pulchnego ciasteczka, które wygląda jak odlane w prążkowanej skorupie muszli… Cała ta nieuchronna nieskończoność, która zamyka się w prostej codzienności. Zapomnianych zdarzeniach, galerii kształtów i brył, szkicach dźwięków, rutynowym działaniu, nieświadomie zadanym bólu. Można odnaleźć tyle spokoju w tej nieskończoności”.

Prawda, że A. pisze przepiękne listy?

  

poniedziałek, 24 listopada 2008
525. O czymś na kształt urodzin, bo oto już trzy lata, jak nie mogę przestać pisać...

   

                    „Śpiewam, gdy krtań wilgotna, dusza schnie

                    I w miarę mokry wzrok, i proste rozeznanie”

                                        [Osip Mandelsztam. Przeł. M. Jastrun].

  

niedziela, 23 listopada 2008
524. O ogniwie w łańcuszku - czyli: Że nikomu innemu raczej nie dałbym się na coś takiego namówić...

  

...Zaproszony jednak przez MrDallowaya do krążącej wśród blogów czytelniczej ankiety, ulegam:

  

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Każdy czas wydaje się być odpowiedni, choć rano najwięcej ku temu sił, wieczorem najwięcej ochoty, a i tak czytać mi przychodzi głównie wczesnym popołudniem.

 

2. Gdzie czytasz?

Najczęściej w swoim pokoju − przy biurku, na tapczanie, na podłodze; także w pociągu obustronnej relacji Brzeg Dolny-Wrocław Główny; na ławce na Wzgórzu Partyzantów i przy Promenadzie Staromiejskiej nieomal naprzeciw Renomy... Na działce pod drzewem się nie udaje − nie wiedzieć kiedy, zawsze zasypiam…

 

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Na plecach to kiedyś, w pościeli. Obecnie zaś przyjmuję pozycję pośrednią, ustawicznie przy tym przewracając się z lewego boku na prawy i z powrotem, nie zastygając nad książką nieruchomo, balansując niejako na krawędzi…

 

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Ich rodzaj niczego z góry tu nie gwarantuje − nierzadko piękno odkrywa się przypadkiem, a zawsze dopiero w trakcie lektury, niewolnej przecież i od zawodów. Ale jeśli już to: wiersze smutkiem pisane; powieści, w których im więcej realizmu, tym one magiczniejsze; około-podróżnicze eseje; żywoty wielkich nieśmiertelnych i dzieje umarłych cywilizacji; dzienniki intelektualne, a mało prozaiczne; i kilka blogów na koniec − może to i nie książki, ale literatura przednia…

 

5. Jaką książkę ostatnio kupiłeś?

Morze Johna Banville’a; Życie sekretne Pascala Quignarda; Zuckermana wyzwolonego Philipa Rotha; Na brzegu Rubéna Gallego; Strefę cyrkową Jachyma Topola − brak dochodów w ostatnim czasie nie powstrzymuje mojej skłonności do nabywania książek hurtem. A tu jeszcze 17. Wrocławskie Promocje na horyzoncie…

 

6. Co czytałeś ostatnio?

Niezwykłych Tarasa Prochaśki; 444 zdania polskie Jerzego Bralczyka; Śmieszne miłości Milana Kundery − wrażenia przy tych trzech różnorakie.

 

7. Co czytasz aktualnie?

Opowiadania Sándora Máraia z tomu Magia; pierwszą księgę Polskich złudzeń narodowych Ludwika Stommy; trzeci tom Historii powszechnej z Biblioteki GW − od niedawna dopiero kapryśnie zmieniam klimaty, porzucam na chwilę lektury, zdradzam jednych autorów na rzecz innych.

 

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Onegdaj były to tekturowe kalendarzyki, którymi różne instytucje mamią swoich klientów. Teraz zaś to napływające wraz z paczkami książek zakładki sensu stricto od wydawnictw i księgarni (najwięcej z Czarnego, ulubione zaś to te z Czytelnika i warszawskiego antykwariatu Atticus). Zaginanie stron, podobnie jak podkreślenia w tekście tudzież notatki na marginesach uznaję za zbrodnię przeciwko ludzkości…

  

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Trudno mi nazywać je książkami − skoro słuchać można tylko tego, jak czyta na głos ktoś inny, to nie różnią się one zbytnio od, chociażby, płyt muzycznych. W tym sensie w czytaniu prawdziwych książek jest coś z karaoke − nie można poznawać ich biernie…

  

10. Co sądzisz o e-bookach?

Słyszałem jedynie o istnieniu podobnego zjawiska…

  

A do dalszej zabawy, po ostrej selekcji, zapraszam Praetextusa i Intymaty.

  

Tagi: książki
18:58, alexanderson
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 listopada 2008
523. O dolinach rzek świętych i piaskach między stronicami, z urywków od Zbigniewa H. wykorzystaniem...

  

Nie rozgrzewa ani kołdra po szyję, ani odkurzony dziś płaszczyk, ani herbata z malinowym sokiem − wciąż drętwieją mi palce. Ściana białego puchu od razu zasypuje samochody − nie ma nic równie przygnębiającego jak mroźne dni na szarym blokowisku w prowincjonalnej dziurze. Puste ulice, wymarłe miasto, nawroty depresji i samotność bez końca…

Zmienianie zatem klimatu, bo nad Eufratem, Nilem, Indusem cieplej i jakby słoneczniej; podróżowanie tam, gdzie „ruiny świątyń widma ogrodów i domów”; przedzieranie się „przez uśpione bazary / miasta traktatów kryptoportyki (…) przez uchyloną zasłonę Izydy / korytarze jak lustra oprawione w ciemność / milczące inicjacje i niewinne orgie / przez opuszczone sztolnie mitów i religii”; szukanie towarzystwa odległych (nie)znajomych, których „imiona są jak muzyka przejrzyste i bez znaczenia”: Lugalzagesi, Naramsin, Szamsziadad, Utuhengal, Suppiluliumas, Tukultininurta, Tiglatpilesar, Aszurnasirapli, Barhadad, Amenhotep, Salmanasar, Merenptah, Jeroboam, Asarhaddon, Kyaksares, Necho, Nabopolassar, Ćandragupta, Aśoka, Siddhartha… Może nie wszyscy z nich wydają się być sympatyczni, ale przynajmniej zawsze są pod ręką. W tym sensie nigdy nie zawodzą jako namiastka przyjaciół, wiele także obiecują przygód „pośród długich mów wodzów / bitew oblężeń zarazy / gęstej sieci intryg / dyplomatycznych zabiegów”…

Śnieg pada, zima idzie, a życie mnie boli − i właśnie dlatego klasycy

  

czwartek, 20 listopada 2008
522. O pretensjach do losu i oszukiwaniu siebie - czyli: Że jedynie "w moim magicznym domu cicho jest i bezpiecznie"...

  

„Dni mijały powoli − niby powracający do domu żołnierze rozbitej armii − naznaczone jedynie datami z kalendarza oraz kapryśnymi myślami, które ogarniały Juana, ilekroć zatapiał spojrzenie w nicości, próbując za wszelką cenę zadomowić się w niej na dobre. Mieszkał w hotelu niespełnienia, na piętrze niepowodzeń, przekonany, że wszystkie trapiące go bolączki pochodzą z tamtej roztaczającej się za drzwiami strony świata, gotów uznać tę udrękę za prowokację graniczącą z nieposłuszeństwem”

          [Antonio Gómez Rufo, Żegnajcie, mężczyźni. Przeł. M. Płachta].

  

wtorek, 18 listopada 2008
521. O kacu moralnym - czyli: Że zwłaszcza wolność ma swoją cenę i nie tylko pieniędzmi ona się wyraża...

  

Listonosz przychodzi gdzieś pomiędzy zakupami w Tesco i wprawianiem się w robieniu prania a zmywaniem po ruskich pierogach i czytaniem o imperium akadyjskim i monarchii nowosumeryjskiej. Polecony (nigdy nie umiałem się podpisać na stojąco): „Na podstawie art. 197 ust. 4 Ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (Dziennik Ustaw nr 164 poz. 1365 z późniejszymi zmianami) skreślam Pana z listy uczestników Studium Doktoranckiego Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Wrocławskiego z dniem 30. 09. 2008 r. z powodu niewywiązywania się z obowiązków doktoranta określonych w art. 197 ust. 1-3 cyt. wyżej ustawy. Uzasadnienie: brak zaliczenia semestru letniego roku akademickiego 2007/2008. Od niniejszej decyzji przysługuje Panu odwołanie do Rektora w terminie 14 dni od daty jej doręczenia”. Dziękuję, ale nie skorzystam.

Ze wszystkich trapiących mnie problemów od tego właśnie najłatwiej udało się uwolnić. Żeby tak jeszcze można było wykreślić ów czteroletni rozdział z życiorysu, by nie odstraszał potencjalnych pracodawców. Albo żeby chociaż pozwalał mi on patrzeć w przyszłość z nadzieją na cokolwiek jeszcze…

Z drugiej strony jednak − dostać od biednego państwa prawie 50 tysięcy złotych, wydać niemal wszystko na raczej nienaukowe książki i nawet nie musieć tego zwracać, to też pewnego rodzaju osiągnięcie. Uznajmy więc, że zadowolenie moich studentów było tyle warte...

  

Zastanawiam się, czy w większym stopniu jestem złym, czy tylko głupim człowiekiem. I kiedy nareszcie coś mi się w życiu uda...

  

niedziela, 16 listopada 2008
520. O niewychodzeniu na "ulice zakażone bezradnością dni" - czyli: Że "nauczyłem się umierać w sobie"...

  

Zgaszono w nim przyjemność, jaką czerpał z życia. Zaczął dryfować ku swojemu końcowi, jak liść na powierzchni strumienia, jak puch mlecza na wietrze. Widzi to całkiem wyraźnie i świadomość ta napełnia go (cóż za natrętne słowo!) rozpaczą. Z jego ciała uchodzi żywotna krew, a na jej miejsce wdziera się rozpacz, która jest jak gaz, bezwonny, bez smaku, bez wartości odżywczej. Wdychasz go, rozluźniają ci się mięśnie i już się nie przejmujesz, chociaż twojego gardła właśnie dotyka stal”

               [John Maxwell Coetzee, Hańba. Przeł. M. Kłobukowski].

  

piątek, 14 listopada 2008
519. Szanowny Pan Autor na występach gościnnych - czyli: Że zadebiutowałem na innych niż te, choć równie wirtualnych łamach...

  

Jakkolwiek wrodzona skromność wciąż nie pozwala mi spróbować szczęścia w reklamie i telemarketingu, to brak pracy owocuje nadmiarem czasu na cytowanie samego siebie − stąd moja publikacja na niedawno odkrytym serwisie o „niepublikowanych”. Z pewną taką nieśmiałością zapraszam...

  

środa, 12 listopada 2008
518. "Marność nad marnościami" - czyli: O zawiści...

  

Niektórych filmów nie da się w ogóle oglądać. Występują w nich zbyt śliczni chłopcy. To naprawdę boli. Internet też zresztą nie przynosi ulgi.

Oglądam zrobione przez profesjonalistów portretowe zdjęcia i podziwiam klasę i szyk tych, co mogą sobie na to pozwolić; czytam o karierach, awansach i podwyżkach tych, którzy umieją dążyć do celu i wykorzystywać do zarabiania pieniędzy własne talenty; zachwycam się literackim językiem tych, którzy w paru słowach potrafią zawrzeć esencję swojego odczuwania świata i trafić w samo serce; zazdroszczę tym, którzy są kochani i potrafią kochać albo chociażby tylko uprawiają seks… Jeszcze do niedawna nie przypuszczałem nawet, że tacy mężczyźni istnieją naprawdę (od zawsze musiałem się mężczyzn bać lub odczuwać do nich wstręt). Nie sądziłem też wobec tego, że będę się czuł przy nich tak żałosną miernotą…

  

Tagi: homo
22:16, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 10 listopada 2008
517. O czym zapomniałem we wczorajszym liście do kogoś, a co i mnie powinno dać do myślenia...

  

Istnieje duże niebezpieczeństwo, że Twój głód miłości do drugiego mężczyzny nigdy nie zostanie zaspokojony. Zawsze jednak mieć będziesz spore szanse na to, by zyskać oddanych przyjaciół. Nie gorsze to kochanie od tamtego − jedynie nieco inne…

  

niedziela, 09 listopada 2008
516. O skutkach - a może i o przyczynach...

  

„I w tym haniebnym stanie ducha przesiadywałem godzinami i dniami, wpatrując się w ścianę, zadręczałem się i stopniowo pojmowałem, jakie to straszne, gdy nawet najbłahsze zadanie albo czynność, na przykład umieszczenie jakichś rzeczy w szufladzie, jest ponad nasze siły. Tak jak gdyby jakaś od dawna trawiąca mnie choroba parła do wybuchu, jak gdyby zagnieździło się we mnie coś ociężałego i uporczywego, co stopniowo sparaliżuje wszystko. Za kośćmi czoła czułem już paskudne otępienie, które poprzedza rozpad osobowości, zdawało mi się, że naprawdę pozbawiony jestem pamięci i władzy myślenia, że w ogóle nie istnieję, że przez całe życie nic tylko gasłem i odwracałem się od świata i od samego siebie. (…) Zwłaszcza w porze zmierzchu, którą zawsze najbardziej lubiłem, nachodził mnie zrazu niewyraźny, potem coraz bardziej dojmujący lęk, skutkiem czego piękna gra blednących kolorów obracała się w złowrogą, stęchłą szarzyznę, serce kurczyło mi się w piersi do jednej czwartej swojej naturalnej wielkości, a w głowie tłukła mi się już tylko jedna jedyna myśl, że muszę z podestu na trzecim piętrze pewnego określonego domu przy Great Portland Street, gdzie kiedyś przed laty po wizycie u lekarza doznałem dziwnego przypływu słabości, rzucić się przez poręcz schodów w ciemną otchłań. Odwiedzić któregoś z i tak nielicznych znajomych albo jakoś zwyczajnie iść między ludzi było dla mnie wtedy niepodobieństwem. Grozą przejmowała mnie możliwość − mówił Austerlitz − że miałbym słuchać, co ktoś mówi, albo co gorsza samemu mówić, i gdy tak to się rozwijało, zacząłem powoli pojmować, jak bardzo jestem i byłem zawsze samotny (…). Nigdy nie myślałem o swoim prawdziwym pochodzeniu. Nigdy też nie czułem się przynależny do żadnej klasy, zawodu czy wyznania. W otoczeniu artystów i intelektualistów czułem się tak samo nieswojo, jak w sferach mieszczańskich, a od dawna też nie mogłem się zdobyć na zadzierzgnięcie jakiejś osobistej przyjaźni. Zaledwie kogoś poznawałem, już mi się zdawało, że zanadto się spoufalam, zaledwie ktoś się do mnie zbliżył, zaczynałem się odsuwać. Na koniec moje stosunki z ludźmi sprowadzały się już w ogóle tylko do pewnych, z mojej strony najskrupulatniej przestrzeganych form grzecznościowych, które, jak to dziś wiem − mówił Austerlitz − nie miały związku z tym czy innym człowiekiem, lecz raczej chroniły mnie przed zrozumieniem, że zawsze, odkąd sięgam pamięcią, znajdowałem się w stanie bezsprzecznej rozpaczy. (…) w tępym stuporze uświadomiłem sobie, jakich spustoszeń dokonało we mnie osamotnienie przez wszystkie te minione lata, i poczułem się straszliwie zmęczony na myśl, że nigdy naprawdę nie żyłem albo że teraz dopiero się urodziłem, poniekąd w przeddzień śmierci”

               [Winfried Georg Sebald, Austerlitz. Przeł. M. Łukasiewicz].

  

piątek, 07 listopada 2008
515. O tym, czym można by uzupełnić zapiski z 25 września, albowiem stanowi dla nich kontrapunkt lub też dopełnienie...

  

Od bardzo wczesnych lat przyszło mi zmagać się z kpinami, wyzwiskami i plotkami na własny temat. Boleśnie to wszystko przeżywałem − tym bardziej, im mniej w owych obmowach dostrzegałem uzasadnienia. Nawet do tego jednak można się przyzwyczaić, choć ceną było unikanie kontaktów z innymi i mój pogłębiający się emocjonalny autyzm. Fakt, że mówi się o mnie, ale już nie ze mną, że coś dotyczącego mnie odbywa się poza moimi plecami, w dalszym ciągu jest dla mnie upokarzający. I wciąż najbanalniejsze sprawy odbieram zbyt osobiście.

Uświadamiam sobie jednak, że sam też nie jestem wolny od wścibskiej ciekawości, że chcąc kogoś poznać, zbyt obcesowo być może wkraczam w jego sferę prywatną. Wirtualny (a więc na poły anonimowy) charakter moich obecnych kontaktów z ludźmi wpływa zapewne na skłonność do przesadnie wylewnych zwierzeń na własny temat, głębokiego sięgania w prywatność, duchowego obnażania się. I pewnie też oczekując podobnej wzajemności nieco opacznie rozumiem szczerość. Nie tą drogą, najwidoczniej, ludzie zbliżają się do siebie i sympatię zamieniają w przyjaźń…

Ponieważ dotąd nie zostałem przez nikogo obdarzony zaufaniem, wszystkie moje relacje są więcej niż powierzchowne; nikt jeszcze nie stał się (nie chciał być) częścią mojego życia. Jeszcze mniej miejsca ja zajmuję w życiu innych − jestem tylko trzecią osobą liczby pojedynczej: Nim, a nie Tobą. Warunki mojego życia i zadawnione urazy dodatkowo niczego nie ułatwiają. W efekcie, wszyscy nawzajem mamy o sobie jedynie fałszywe wyobrażenia…

  

„Inni każą nam żyć w nieprawdopodobnych światach. I w tych światach żyjemy i tam nas spotykają, tam prowadzą rozmowy z naszymi duplikatami, które przecież sami wymyślili. W gruncie rzeczy nigdy nie spotykamy się w zwykłym życiu”

            [Andreï Makine, Zbrodnia Olgi Arbeliny. Przeł. M. Wołyńska].

  

środa, 05 listopada 2008
514. O tym, czego nie da się wyrazić w tak krótkim tytule i wytłumaczyć postronnym obserwatorom...

  

„Ilekroć budził się rano, czuł, że pragnie żyć w sposób prawy, być człowiekiem dobrym i znaczącym, że chce − jakkolwiek prosto to brzmi i jakkolwiek niemożliwe okazywało się w rzeczywistości − być szczęśliwy. Lecz każdego dnia serce zstępowało mu z piersi do żołądka. Zaraz po południu ogarniało go przemożne wrażenie, że wszystko jest nie tak albo że tylko dla niego wszystko jest nie takie, jakie być powinno, a wrażeniu temu towarzyszyło pragnienie samotności. Do wieczora osiągał spełnienie: samotny w bezmiarze swojego żalu, samotny w swojej bezcelowej winie, samotny nawet w swoim osamotnieniu. Nie jestem smutny − powtarzał w duchu raz po raz. Nie jestem smutny. Jak gdyby miał szansę pewnego dnia na dobre to sobie wmówić. Albo siebie okłamać. Lub wmówić to innym − bo gorsze niż smutek może być tylko to, że o naszym smutku wiedzą właśnie inni. Nie jestem smutny. Nie jestem smutny. Jego życie kryło bowiem w sobie bezkresne perspektywy szczęścia, a to z tej przyczyny, że było pustym białym pokojem. Zasypiał z sercem w nogach łóżka, jakby to było udomowione zwierzę, a nie część jego własnego ciała. Co rano budził się i stwierdzał, że wróciło do kredensu klatki piersiowej − troszkę cięższe, troszkę słabsze, wciąż jednak biło. Po południu zaś znów ogarniało go przemożne pragnienie, żeby być gdzie indziej, kim innym, kim innym gdzie indziej. Nie jestem smutny

     [Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją. Przeł. M. Kłobukowski].

  

poniedziałek, 03 listopada 2008
513. O tym, że po przeczytaniu czternastu książek w dwa tygodnie dostałem w końcu zawrotów głowy...

  

…„domyślał się, że autorzy głośno nie przemawiają; trwał więc w ich milczeniu bez końca; zagłębiał się jeszcze bardziej w wir tych przeszłych losów, których nikt nigdy nie przeżył, tych przygód, które przypominały te, jakie przytrafiły się innym, choć nie przydarzają się nikomu. (…) Od tamtej pory życie jego zeszło było na manowce w czasie zaprzeszłym − wiem o tym, bo nim jestem”

                    [Pierre Michon, Żywoty maluczkich. Przeł. W. Gilewski].

  

Przybiera to już formy taśmowe − we wtorek Podróże z Herodotem Kapuścińskiego, w środę Kongres futurologiczny Lema, potem Śmieszne miłości Kundery, w piątek Droga żelazna Appelfelda, w sobotę Smutny to oręż, co nie broni się słowem Mayoral, wczoraj Instynkt gry Zeh, a dzisiaj Big Mac Żadana…

A tak naprawdę chodzi o zagłuszanie − bo przecież niewiele rozumiem, niewiele też z tego zapamiętuję. Zapełnianie wewnętrznej pustki, zapominanie o depresyjnych nastrojach, ignorowanie upływu czasu, zajmowanie czymś rąk i myśli, zagłuszanie głosów rodziców z drugiego pokoju, pogrążanie się w odwieczną ciszę, przyspieszanie końca i podróż do tyłu zarazem... Głowa mnie boli okropnie...

  

Archiwum
Tagi