~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 30 listopada 2010
873. Hunger...

  

Napisać, że w konkursie Agory wygrywam po raz czwarty (trzeci z rzędu), to już żadna przy wtorku wiadomość. Zwłaszcza, że zdjęcia opublikowane tu w niedzielę (też zgłoszone) podobają mi się bardziej niż dziś nagrodzone. Mało kto bierze udział w tej zabawie – stąd pewnie moje sukcesy. A jednak miło, że synteza: 1) zrodzonego w ubiegłym roku hobby fotograficznego; 2) zamiłowania do estetyzmu, harmonii, symetrii; 3) wyrosłego z dziecinnych zabaw klockami zainteresowania architekturą i wznoszenia w marzeniach wymyślnych budowli; 4) długich spacerów i od niedawna wojaży – przynosi takie owoce…

Wszystko to z żądzy uznania, powodzenia – na jakimś polu. Jakimkolwiek…

  

„Wytresowano ją właśnie do brylowania. Została nauczona, że jest słońcem, wokół którego wszystko się kręci, wystarczy tylko, aby się nie ruszała, a już niezwłocznie pojawią się satelity i zaczną ją adorować. Ona wie: jest lepsza, bo wszyscy bez przerwy jej to mówią. Lepiej tego jednak nie sprawdzać”

                         [Elfriede Jelinek, Pianistka. Przeł. R. Turczyn].

  

niedziela, 28 listopada 2010
872. "Less is more" (Ludwig Mies van der Rohe)...

  

Być może ostatni taki suchy, w miarę słoneczny dzień – wykorzystuję okazję, uciekam tam, gdzie zawsze. Plan napięty, trasa obmyślona, obiektyw kierowany wyłącznie na z góry wybrane obiekty. Wędrówka śladami modernizmu i ekspresjonizmu drugiej połowy lat dwudziestych: geniusz Ericha Mendelsohna, Hansa Poelziga, Maxa Berga – cegła i żelazobeton, akcent na horyzontalizm, cofnięte górne piętra, obłe naroża, ciągi okien… Jakie to w swej prostocie maksymalnej doskonałe…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

   

      

   

czwartek, 25 listopada 2010
871. Men at work...

  

Dostajemy w pracy kalendarze na 2011 – ten sam wzór, co w ubiegłym roku, ale zamiast czerwonej lub zielonej okładki do wyboru, tym razem wszystkie mają ją fioletową. Faceci z firmy narzekają, że trochę takie pedalskie – i rzeczywiście: mnie się podobają…

  

Mój ulubiony dostawca lubi ostatnio dzwonić z pytaniem: co u pana słychać? Głos ma bardzo ciepły, chyba jest w moim wieku, miło się z nim konwersuje – długo się po tym uśmiecham, czekam na kolejny telefon. Do niego właśnie w pierwszej kolejności zaczynam kierować swoje zapytania ofertowe. Odwdzięczam się faworyzowaniem jego firmy za to ulotne wrażenie, że ktoś mnie wreszcie uwodzi…

  

Chłopak, który zastępuje koleżankę, przebywającą na urlopie macierzyńskim (to już kolejna – mamy w firmie ciążową epidemię), ma siedem lat mniej niż ja, do niedawna pracował na magazynie, a nosi wyłącznie koszule i lśniące półbuty; wczoraj zauważyłem spinki przy jego mankietach – podczas gdy ja nawet nie wiem, jak to się zakłada! Głupio się przy nim czuję, przychodząc wciąż naprzemiennie w dwóch porozciąganych swetrach…

  

Od jakiegoś czasu mamy nowego kierownika produkcji. He’s young, educated, well-dressed and very, very hot. Na tle tego, z czym mam do czynienia wokół siebie przez całe życie – to prawdziwa odmiana. Może też z tego powodu robi na mnie większe wrażenie, niż na to rzeczywiście zasługuje. A wrażenie jest coraz większe z każdą jego wizytą w biurowcu. Nie umiem się jednak odezwać, spojrzeć w oczy, nawiązać jakiś kontakt. Jak zwykle – zawsze będą tylko te nieśmiałe spojrzenia i drżące myśli, milczące skomlenie o łaskę: okaż się gejem (bo sam nigdy cię nie rozpoznam), zwróć na mnie uwagę. A oni będą coraz młodsi…

  

wtorek, 23 listopada 2010
870. Trzy(sta) razy sztuka...

  

Najpierw Lubeka, potem Warszawa, teraz zaś Hamburg – w internetowym konkursie fotograficznym Agory „Moja historia sztuki” zwyciężam już po raz trzeci. Robi się z tego niemalże wtorkowe prawo serii. Kolejny dowód na korzyści z podróżowania – nawet jeśli tym razem wygrałem książkę, kupioną już przeze mnie w sobotę: ot, błędnie sądziłem, że skończył mi się już materiał. Tymczasem ja dopiero zaczynam…

  

Tagi: fotografie
20:20, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
niedziela, 21 listopada 2010
869. Photo addict...

  

Jesienny Wrocław, wyprawa przede wszystkim zdjęciowa – nabrzeża (Tamka) do tej pory nieschodzone, kanały, śluzy i mostki, nowe widoki, nieznane ujęcia, długie krążenie nawami Marii Magdaleny, mozolne wspinanie się na wieżę i panorama z Mostku Pokutnic. Hobby, które zamienia się w nałóg, lekarstwo na tygodnie powszedniości…

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

piątek, 19 listopada 2010
868. Le Sec et L’Humide...

 

Nijaki całkiem tydzień – ponury, wilgotny i nudny. Poranki, popołudnia z drobną mżawką – zupełnie niewidoczna, ledwie też wyczuwalna. Dziewczyny dwie idą przede mną rano do technikum, opowiadają sobie, powtarzają treść lektury („Potem trafia na wyspę takiego kolesia, który mu daje w worku wszystkie wiatry...”). Bogatki na gałęziach, żółte ich brzuszki, „cyt-cyt” zabawnie powtarzane… W pracy niemal zupełnie żadnych zajęć: zamówień tylko kilka, faktury na bieżąco – odmiana dziwna wobec nawału ostatnich miesięcy. Głowa się słania, oczy kleją, coś drapie w gardle, coś dusi. Zimno mi i gorąco, naprzemiennie… Gdy wracam, jest już ciemno: bezludność ulic, wiszące w mroku mgliste pomarańcze – latarni światła. Drgające w nich drobinki czegoś, krople wody – i zdawać by się nawet mogło: to samo życie w ciemności tak wiruje…

  

wtorek, 16 listopada 2010
867. Professional...

  

Ubiegłoroczne spotkanie z warszawskim klasycyzmem było na tyle owocne, że zwycięstwa w kolejnej edycji konkursu fotograficznego Agory mogłem być niemal pewien – dziwne tylko, że spośród tylu moich zdjęć wybrano akurat to najbardziej standardowe pocztówkowe ujęcie, nieco przy tym kolorystycznie przesadzone (choć niekoniecznie umyślnie podkręcone). W każdym razie, udało mi się wygrać po raz drugi (p. 856). Pomyśleć tylko, co by było, gdybym dysponował lepszym sprzętem niż owa odstąpiona mi przez ojca miniaturka

  

niedziela, 14 listopada 2010
866. A + B = ?...

  

I choć ja sam nie czuję wciąż potrzeby odpowiedzi, nie widzę też, bym kiedyś mógł ją znaleźć – nurtują nas ostatnio te pytania: kim wzajem dla siebie jesteśmy, kim moglibyśmy być, co dalej? Jak nazwać i określić, jakie zobowiązania podjąć? To takie przecież inne niźli u wszystkich innych… Za parę lat, gdy wróci – bo jeśli, to mogłaby dla mnie – czy teraz, na odległość; wyłącznie, luźno, razem? W partnerstwie czy jak gej z dziewczyną, z możliwą obecnością jakichś trzecich…

Wiem tylko, jak mi dobrze, ile szczęścia z tego czerpię – tyle że krótkie chwile pomiędzy miesiącami rozstań; że koszty, życia plany, że płeć, brak tej maleńkiej iskry… Ale ta radość, uśmiech, spacery i rozmowy, ta absolutna więź porozumienia, czułości przed zaśnięciem… Gdyby tak mogło trwać, gdyby nam wystarczało – dwojgu skrzywdzonych przez los, oddanych sobie, mocno kochających…

   

                         „O, nie przejmuj się, nie płacz daremnie,

                         Nie dręcz serca, co siły już traci.

                         Tyś w mej piersi, tyś żywa, tyś we mnie

                         Jak oparcie, jak los, jak przyjaciel”

                                             [Borys Pasternak. Przeł. S. Pollak].

   

piątek, 12 listopada 2010
865. Henryk Mikołaj Górecki (1933-2010)...

  

Odnotowuję tu jedynie wyjątkowe odejścia, te osobiście mnie dotykające – nieznanych bezpośrednio, ale bliskich. To dzisiejsze jest jednym z najmocniej poruszających, autentycznie bolesnym…

Przed oczami szalejące po klawiaturze palce Elżbiety Chojnackiej w koncercie klawesynowym, w uszach „Cemuscie zabili synocka mojego?” przejmującym głosem Joanny Kozłowskiej w Trzeciej, w pamięci jego zadziorne gesty, łagodne spojrzenie…

Błogosławiony mąż, który dostarcza takich wzruszeń…

  

czwartek, 11 listopada 2010
864. Cyrk, burdel, dom wariatów...

  

„Mój kraj, przywykły do łomotu, do dziejowego wpierdolu, do krwiodawstwa, jak kania dżdżu wygląda masakry, czuwania, opłakiwania, funebriów. (…) Po tygodniu zostaje tylko skrobanie stearyny z trotuarów”

                           [Andrzej Stasiuk, Dziennik pisany później].

  

wtorek, 09 listopada 2010
863. Pożegnanie jesieni...

 

Niczym owa rozłożysta wyniosłość na skraju podwórka, nie-przy-należąca doń, wygnana za płot i samotna, patrząca na ścielące się u stóp ślady niedawnej urody – strąconą wichurą koronę, wspomnienie bujnego lata, – coraz starsza, coraz bardziej bezradna – tak i ty porzucasz nadzieję na zimowe miesiące, zapadasz w letarg, wyciszasz, śnisz o przyszłorocznych owocach – co pierwsze, oby też nieostatnie

  

      

   

Tagi: fotografie
21:34, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
niedziela, 07 listopada 2010
862. Invalidus (II)...

  

Kolejny, na swój sposób, etap – w maju (por. 784) śnił się pierwszy penis, sprężyna kamiennego posągu, teraz zaś pierwszy stosunek: upozowane wokół łóżek manekiny. Ot, jedyne dostępne fantazje. Martwota owych wyobrażeń – najprostsza z przychodzących na myśl freudowskich interpretacji musi być tą właściwą…

 

Ludzie, których spotyka nieszczęście, choroba, kalectwo obwiniają się często za swój stan, przyjmują go jako karę i wstydliwe piętno. Nie jest to właściwe i logiczne, ale stanowi przynajmniej jakieś wytłumaczenie. Daje odpowiedź, której się inaczej nie uzyska…

 

czwartek, 04 listopada 2010
861. Haiku listopadowe...

  

Jest coś japońskiego w tych strzyżonych krzewach, poskręcanych konarach, wiotkich gałązkach, w plamach barw – pośród alejek, ścieżek, kamieni, kadrów z bajek. Bonsai rozrosłe do rozmiarów lasu...

 

      

   

                                        jesienny wiatr

                                        liście

                                        sypią się z drzew deszczem

   

      

 

Tagi: fotografie
19:53, alexanderson , Zdjęcia: Spacery / Podróże
Link
poniedziałek, 01 listopada 2010
860. Nekropolis...

  

Cmentarze, nadzwyczaj przytulne miejsca – dopóki nie natrafi się na kogoś z żywych...

Ten ciągnący w jedną stronę tłum, plastikowe pokrywki obrzydliwych zniczy, pseudorozmowy rodzinne przy dobiegającej z głośników mszy świętej, handel kwitnący przy każdej bramie, krążący po alejach ministrancik z tacą – zabawne to wszystko, na swój sposób… W kolejnym rzędzie namiętnie całuje się jakaś para, mijam chłopaka, którego profil znam z branżowego portalu, a twarz pamiętam z peronów (jedyny w tym mieście, o którym wiem, że jest gejem – nieciekawy, rzecz jasna, to byłby już nadmiar szczęścia); z pola podnosi się krzycząca, kołująca chmura gawronów...

Nawet przyjemny spacer, gdy się nie płacze po nikim – przynajmniej nie po umarłych…

  

20:13, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
Archiwum
Tagi