~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
wtorek, 29 listopada 2011
1032. ..."ażeby Wolność była i ażeby Sława"...

  

      

   

Sobotnie widowiska były jedynie uwerturą do dzisiejszych obchodów rocznicy zrywu 1830. W Dzień Podchorążego stawiam się w Łazienkach, gdzie przed frontem pięknego dwuszeregu „czwartaków” (wśród których sporo też dziewcząt) Bronisław Komorowski składa wieniec przy pomniku Piotra Wysockiego. A potem – wieczorową porą, oświetloną dziesiątkami pochodni i ustawionymi wzdłuż alei parku zniczami, długą kolumną, cywile pośród generałów, przy dźwiękach orkiestry i werbli – ruszamy wspólnie na Belweder. „Oni tam wlecą gromadą / i pochwycą Książęcia w półśnie. / Pójdziesz za nimi!”. Na dziedzińcu dalsza część uroczystości (ach, żebym ja umiał robić nocne zdjęcia!). Prezydent przemawia (po wszystkim, otarłem się o niego o metr na pustym już chodniku przed pałacem, gdy wracał spod pomnika Piłsudskiego), sztandary się pochylają, żołnierze prezentują broń, salwa honorowa trzykrotnie uderza gromem, księżyc lśni, wiatr Historii powiewa… Najbardziej romantyczne z naszych powstań i najmniej potrzebne...

  

                    „PALLAS:

                    Naród będzie walczył z narodem.

                    Dałam im szczęścia błysk przez chwilę.

                    Nieszczęść dopełnią sami”

                                        [Stanisław Wyspiański, Noc listopadowa].

    

      

  

      

  

      

  

      

  

                    „Tak po trudach, po nocnych usnęła Warszawa

                    z ludem jak morze głupim. I wodzów tragedią”

                              [Konstanty Ildefons Gałczyński, Noc listopadowa].

  

niedziela, 27 listopada 2011
1031. Pro-active...

 

W środę drugie spotkanie z Markiem i spacer na Kopiec Powstania Warszawskiego, skąd kapitalny widok na wieżowce w Centrum – tyle że, choć dzień pogodny nadzwyczajnie, mgła je przysłoniła. I tylko od południowej strony ponad opromienione białe kłęby wybijały pojedyncze drzewa, górne piętra bloków, energetyczne słupy. Onirycznie na swój sposób i bajkowo. Trzeba tu będzie powrócić…

  

      

  

W piątek odwiedzam XX Targi Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego, ale tak sporo koniecznych zakupów w najbliższych tygodniach, że wyszedłem jedynie z „Vademecum Wilanowa”. Na deser jeszcze długo odkładany darmowy seans w ramach 5. Festiwalu Filmów Rosyjskich „Sputnik nad Polską” (wygrałem zaproszenie w internetowym konkursie) – po długich wahaniach wybrałem wreszcie „Suchodoły” (Rosja’2011; reż. Aleksandra Strielianaja) według Bunina, ale jego lepiej jednak czytać niż oglądać. A w sobotę widowisko na Chłodnej w ramach obchodów rocznicy wybuchu powstania listopadowego – pokazy musztry z udziałem młodzieżowej grupy rekonstrukcyjnej i fragmenty z Wyspiańskiego. Wieczorem były jeszcze walki na mieście i zdobywanie Arsenału, ale za zimno już dla mnie na takie zabawy o tej porze. Z debaty Rekonstrukcja miasta jako próba ocalenia pamięci / element tożsamości współczesnego miasta / mit w Domu Spotkań z Historią też musiałem zrezygnować… Dziś siedzenie w domu, przeglądanie zaległych czasopism – jeszcze sporo innych atrakcji się nadarzy…

  

czwartek, 24 listopada 2011
1030. Człowiek jednej Księgi - wpis na sześciolecie...

  

Należy przynajmniej starać się ponieść porażkę, jak powiedział naukowiec z powieści Bernharda, bo porażka, jedynie porażka może się ziścić, powiadam ja, i staram się, skoro muszę się starać, a muszę, bo żyję i piszę, a jedno i drugie jest staraniem się, życie ślepym, pisanie obdarzonym wzrokiem staraniem, oczywiście staraniem innego rodzaju niż samo życie, staraniem, żeby dostrzec, do czego zmierza życie, i dlatego nie mogąc uczynić nic innego, pisząc, powielam życie, powtarzam życie, jak gdyby pisanie także było życiem, a przecież wcale nim nie jest, nie może się z nim nawet mierzyć, nie można go nawet do życia porównywać, i takim sposobem, w momencie kiedy zaczynamy pisać, zaczynamy pisać o życiu i skazujemy się na porażkę. I teraz, gdy w tę głęboką, pełną świateł, głosów i bólu noc szukam odpowiedzi na ostateczne, wielkie pytania, mam już świadomość, że wszystko jest ostateczne, a na wielkie pytanie istnieje tylko jedna wielka, ostateczna odpowiedź: rozwiązująca wszystko, nakazująca milczeć wszystkim, którzy chcą pytać, że istnieje tylko jedno rozwiązanie, jeden cel naszych wszelkich starań, nawet jeżeli o nim zapominamy i zazwyczaj staramy się o coś zupełnie innego, gdyż w przeciwnym wypadku w ogóle byśmy się nie starali, choć jeśli o mnie chodzi, nie rozumiem, po co to owijanie w bawełnę: a kiedy powtarzam tu swoje własne życie – mój Boże! – takie życie, sam zadaję sobie pytanie, dlaczego, właściwie dlaczego, czyż nie wystarczy, że muszę pracować jak maniak, wytrwale i bezustannie, gdyż pomiędzy moją pracą a moją kondycją istnieje głęboki, zupełnie oczywisty związek: a jednak, kiedy piszę, powtarzam własne życie: prawdopodobnie powoduje mną skryte pragnienie, żebym kiedyś i ja się dowiedział, co to znaczy mieć nadzieję, i dlatego będę pisał, jak maniak, wytrwale i bezustannie, aż wreszcie się dowiem, a potem nie będę miał już po co pisać”

       [Imre Kertész, Kadysz za nienarodzone dziecko. Przeł. E. Sobolewska].

  

      

  

wtorek, 22 listopada 2011
1029. Ścigany ścigający...

  

Coraz późniejsze wstawanie, śniadania około południa. W efekcie spóźniam się w niedzielę na spacer po północnej Ochocie z Robertem Biedroniem i Abiektem w roli przewodników (nie pomogły mi w mobilizacji podobne wahania, jak w przypadku spotkania nad grobem Zofii Sadowskiej – por. 1021). Mylę ulicę, gdzie wyznaczono punkt startu, nie pamiętam dobrze trasy, nie dostrzegam grupy – postanawiam więc poszwendać się na własną rękę. Obchodzę Filtry wraz z przyległościami…

  

      

  

      

  

Odkrywam siedzibę NIK-u i pałacyk Referowskiego, krótko tłumaczę się przed policjantem z fotografowania ambasady Izraela, obserwuję jakąś gwiazdkę, opędzającą się od paparazzich na Wawelskiej, podziwiam modernistyczny romanizm kościoła Niepokalanego Poczęcia NMP, a w finale piękną dekorację rzeźbiarską kamienicy przy Filtrowej 68, gdzie „Monter” podpisał rozkaz do Powstania. Wcześniej, w Parku Wielkopolskim, moja droga tropiącego przecięła się z grupą gonioną (co w rzeczywistości szła za mną), ale nie chciałem już dołączać tak na gapę

  

      

  

      

  

Kolejne po tym dni też słoneczne, ale znów siedzę w domu i odsypiam. Za to jutro może znowu M., w drugiej połowie tygodnia za free ruskie kino i targi historyczne pod Zamkiem, a w sobotę po raz kolejny (por. 1024) mundury. Na ogół nic, aż nagle tyle naraz planów, że nie zdążam

  

niedziela, 20 listopada 2011
1028. Z cyklu: Moje okolice (V) - Osiedle Przyjaźń...

 

Barakowe osiedle „Przyjaźni Polsko-Radzieckiej”, wzniesione w 1952 r. dla robotników i inżynierów z ZSRR, pracujących przy budowie Pałacu Kultury i Nauki. Obok budynków mieszkalnych zabudowę uzupełniały stołówki, klub i łaźnia. W 1955 r. osiedle przekazano warszawskim uczelniom na akademiki.

Zanurzone w zieleni drewniane domki z gankami, werandami i zdobieniami okien wraz z panującą tu senną atmosferą (i wszędobylskimi kotami) przypominają rosyjską wieś – czy raczej: letnisko z daczami – ocierając się o klimaty rodem ze sztuk Czechowa i opowiadań Bunina…

     

       

     

       

          

      

  

      

  

      

  

       

     

      

  

      

  

      

  

piątek, 18 listopada 2011
1027. „Listopad (...) niebezpieczna pora”...

  

Dziś jedna z trzech osobistych rocznic, co jeszcze w dniach następnych. W niedzielę piąty miesiąc warszawskiej przygody w samo-(tność)-dzielność, za tydzień sześć lat tu pisania, a dziś trzy od pierwszego listu Ani. Wszystko to miało zupełnie inaczej wyglądać. Jednakże dotyczyło mnie – więc nie mogło…

 

„(…) rozważając przeszłość, zawsze ma się wrażenie – prawdopodobnie zwodnicze – pewnego determinizmu”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

czwartek, 17 listopada 2011
1026. Les Nourritures terrestres (I)...

  

Dopiero trzeciego dnia z rzędu udaje mi się zrobić na obiad jajecznicę z kiełbasą – wbiłem sobie bowiem początkowo do głowy, że przyrządza się ją z samych żółtek. Poza tym gotuję jeszcze tylko ryż, który zjadam ze śmietaną (smakuje mi bardziej niż gotowe sosy), czasem odsmażam kupowane krokiety – a równie dobrze mogę nie jeść wcale. Kuchnia jest miejscem obcym, nieprzyjaznym, którego należy unikać…

 

Nareszcie wyjście do Centrum po zamknięciu się w domu od soboty. Miałem do obejrzenia w księgarniach parę tytułów – do uzupełnienia teraz lista życzeń: napalam się na kilka pozycji z Alethei, Historię ciała i cudnie ilustrowane dwa tomy Architektury XX wieku z Taschen. Do tego odkrywam z uśmiechem, że wydano Teorię listu Skwarczyńskiej (pierwszą, jeszcze przedwojenną edycję – jedyny egzemplarz we Wrocławiu – przed laty wynieśliśmy ukradkiem z Ossolineum, żeby w całości skserować – bez tego nie byłoby naszych prac magisterskich), kupuję też na Brackiej Paryskie pasaże Rutkowskiego. Mieli żałośnie tanio Historię architektury z cenionymi przeze mnie zdjęciami Achima Bednorza, ale w obu egzemplarzach podarta obwoluta. A na deser uczę się podchwytywać spojrzenia (gdy noszę Supry, zwracam na siebie uwagę) – jestem więc syty, nie głodny…

      

poniedziałek, 14 listopada 2011
1025. Kumpello-niści i Fellow-ersi...

  

Napisałem jednemu chłopcu po obejrzeniu jego zdjęcia: „To musi być przyjemne – utopić się w lazurze takich oczu”. Dobrze, że nie odpowiedział – sentencja pozostała nieskalana…

 

A jednak pojawia się ostatnio zainteresowanie, rzecz najzupełniej wyjątkowa, dosyć nowa. Wczoraj na przykład dwa przypadki – wyrobiona norma za kilka miesięcy. Trzeba tam tylko być zalogowanym przez długie godziny, ukazywać się w okienku „on-line” – inaczej przepadniesz w czeluściach tysięcy takich samych. Opisujący się wyłącznie poprzez zamiłowania seksualne będą komplementować Twoją erudycję; z jakiegoś powodu podobasz się niemal wyłącznie czterdziesto- i pięćdziesięciolatkom. Czasem jednak rówieśnik będzie chciał poznać Cię przy kawie – jak gdyby Twoje zainteresowania były dla Ciebie tematem do rozmowy. Fizjologię masz w stanie rozkładu, obustronnie – ze wstydu więc nigdy nikogo do siebie nie dopuścisz… Porzućcie wszelką nadzieję, naiwni, którzy mnie odwiedzacie – ja tutaj tylko oglądam

 

Wyrastałem we wstręcie do mężczyzn, co wokoło – w strachu, w poczuciu nieprzystawalności. W ciele mi niepodpowiadającym, co ta męskość (i seksualność w ogóle) może znaczyć. Skłonności obudziły się niedawno, pod wpływem cukierkowych filmów. Te ukształtowały wszystkie myśli, możliwe scenariusze i reakcje. W realu nie ma tego, czego pragnę, co mogłoby mnie ruszać; nie współistnieje uroda z wrażliwością i inteligencją – będę więc żył wirtualnie

  

Tagi: homo
21:48, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 listopada 2011
1024. Chłopcy malowani (I) - czyli: 11.11.11...

  

       

     

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

      

  

A po ułanach oraz defiladzie na dzień otwarty do Sejmu, gdzie kolejne zdjęcia, mnóstwo ulotek, pierwszy raz udostępnione gabinety Prezydenta i Premiera – i prześliczny chłopiec pośród zwiedzających, największa atrakcja tego święta. Że na placach Konstytucji i Na Rozdrożu zadymy, płomienie, łobuzeria – dowiaduję się zdumiony już po powrocie, z telewizji (czy raczej: z telefonu zaniepokojonej mamy). Bawią się ludzie różnie, jak umieją…

  

czwartek, 10 listopada 2011
1023. Sweet November...

  

Wczoraj poznanie Marka, parę miesięcy temu najbardziej krytycznego z czytelników. Który wszelako okazuje się w rzeczywistości nadzwyczaj sympatycznym i życzliwym. Długie krążenie z nim po Parku Skaryszewskim, herbatki, na koniec spacerem aż do Ronda Wiatraczna (wciąż nie znam praskiej strony; zresztą, Mokotów czy Żoliborz na ten przykład też mi obce) – mnóstwo gadania, wątków, co do kontynuacji podczas następnych razów. Chyba jedynie z A. i T. byłem na pierwszych spotkaniach tak otwarty… Jeden promienny punkt pośród zapadłych nagle chłodów i wilgoci…

  

wtorek, 08 listopada 2011
1022. Golden...

 

Już tradycyjnie, po tych najgorszych chwilach, po wyrzuceniu z siebie, po nazwaniu – przychodzi odprężenie, spokój, jakieś szczególne zadowolenie z siebie, uśmiech nawet. I pojawiają, na razie wirtualni, ale mający ochotę na coś więcej (co z tego wyjdzie, zobaczymy) – mili ludzie…

 

Zaskakuje mnie to na każdym kroku, wprawia w zachwyty, dziwi – jak mogłem nie zauważać dotąd, się-nie-cieszyć? Kursować musiałem o tej porze w owych minionych, tamtych latach jedynie na króciutkich, szybkich trasach pomiędzy domem, stacją, pracą i uczelnią – nie spacerować godzinami pośród drzew, pagórków, krzewów, po wielowarstwowych dywanach liściastych, nie widzieć tej słonecznej żółci, rdzy, tego podłoża, co zlewa ze sklepieniem. Alex zanurza się w pozłotę i jak łódka brodzi… Promienna, ciepła jesień, pośród gałęzi, macew, ruin i pomników – chrupiąca, szeleszcząca, pełna dziecinnych przygód. Forty i zarośnięte ścieżki, cienie – można by tu w piratów i żołnierzy, gdybym tu wtedy, z kolegami, młodszy… Znów jestem złotym chłopcem, co musiał sam ze sobą – szczęśliwy wówczas tylko i beztroski…

 

    „(…) zawsze wiodłem jakieś tajemne życie i właśnie ono było prawdziwe”

       [Imre Kertész, Kadysz za nienarodzone dziecko. Przeł. E. Sobolewska].

  

      

  

niedziela, 06 listopada 2011
1021. Meetings and (non) Greetings...

  

Był taki moment, zaraz po przyjeździe, gdy liczyłem na coś w rodzaju powitania, pomocy w aklimatyzacji, oswojeniu miasta, jakieś wskazówki, zaproszenia – gdzieś, do kogoś, na coś. Tylko kto miałby wychodzić z takim gestem? – Jej już nie będzie przy mnie, a dla tych, których znam, znajomym, zdaje się, nie jestem. Przygnębienie ciągnie się za mną i wszystkich odstrasza. A po tych miesiącach – już nie potrafię mówić, odezwać się choć słowem, wśród ludzi się odnaleźć… Strach przed jakimkolwiek ruchem czy spotkaniem, przeciągły wstyd i niechęć. Gorzej niż kiedykolwiek – i gówno to kogo obchodzi…

 

(…) wiedziała (…) że od Budapesztu oczekiwała cudu, człowieczego cudu, tego, że na ulicy uśmiechnie się do niej jakiś mężczyzna lub jakaś kobieta, i naraz przytuli ją do siebie pokrewna ludzkość, ze słowami miłości zaprosi do jakiejś wynikającej z pokrewieństwa lub i od tego bardziej jeszcze intymnej wspólnoty ludzkiej. Taką miała nadzieję (…). A kiedy cud nie nastąpił, poczuła dręczące pragnienie, by stąd uciec. Uciec do domu, (…) gdzie człowiek od nikogo nie oczekuje cudu, żyje i marzy o świecie, i nie boli go tak bardzo, że życie mija bez niespodzianki i uszczęśliwiających odmian”

                         [Sándor Márai, Finka. Przeł. I. Makarewicz].

  

Kilka dni musiałem się zastanawiać nad wczorajszym spotkaniem w Lenivcu przy dyskusji o dalszych działaniach kampanii Miłość Nie Wyklucza na rzecz ustawy o związkach partnerskich. Kusiło – pójść, zobaczyć, jakoś się zaangażować. Ale też milczeć, cisnąć się przestraszonym gdzieś na boku, nie umieć nic zaproponować, na niczym nie znać? – od razu można było przewidzieć, że nic z tego. Nie chciałem zajmować krzesła komuś, kogo to bardziej dotyczy…

  

„(…) był zranioną, samotną istotą, która stoi w progu, w progu głośnego i zadowolonego życia, i nie ma odwagi wejść”

                       [Sándor Márai, Wygrana. Przeł. I. Makarewicz].

  

Nad dzisiejszym spotkaniem Dni HomoWarszawy przy grobie Zofii Sadowskiej też długo się wahałem. Ale jeśli nawet spacer na pobliskie Powązki i bierne słuchanie krótkiej opowieści Abiekta miało mnie przerosnąć, już bym sobie tego nie wybaczył. Przemogłem strach i fantazyjnie wyłożyłem na marynarkę szalik, jakby się łudząc, że ktoś mnie w ogóle zauważy. A jednak – przybyłem, zobaczyłem, z nikim nie nawiązałem kontaktu, ale, zwycięski, BYŁEM…

  

piątek, 04 listopada 2011
1020. Z cyklu: Moje okolice (IV) - Cmentarz Ewangelicko-Augsburski (luterański)...

  

Na zachętę (znacznie większa galeria tutaj):

  

      

  

      

  

                  

  

      

 

                  

  

      

  

                  

  

      

  

      

  

wtorek, 01 listopada 2011
1019. Candles in the wind...

  

Na obu ewangelickich nekropoliach liście opadają delikatnie złotym deszczem na głowy przechodzących alejkami; rzadka okazja, by zajrzeć do wnętrza wyremontowanego mauzoleum Granzowów (cudowny, wskazujący niebo anioł). Kwestująca Małgorzata Foremniak dziękuje mi prześlicznym uśmiechem za małe co nieco wrzucone do jej puszki; matki i córki przy grobach swoich krewnych – Paulina Holtz z Joanną Żółkowską, Marysia Seweryn i Krystyna Janda. Kupuję tam sobie świeżo wydany cmentarny przewodnik (choć i bez niego mógłbym już sam oprowadzać). Potem na chwilę do Centrum – Plac Teatralny wreszcie bez samochodów, odsłania się wyznacznik dwudziestego pierwszego południka. A po zmroku już Stare Powązki – znicze migające kolorowymi światełkami, rozświetlające grobowe inskrypcje latarki… Spacer zadumany i zadowolony – każdego dnia mogłoby być dla mnie Wszystkich Świętych. I przecież jest – już bez tych tłumów, kiczu i celebry, z tym moim ciągłym ostatnio przebywaniem pośród funeraliów

  

Archiwum
Tagi