~ Człowieka zbędnego notatki z podziemia ~
poniedziałek, 30 listopada 2015
1529. Z cyklu: Przeczytane (XLVII) - Listopad...

  

1. Karlheinz Deschner, I znowu zapiał kur. Krytyczna historia Kościoła. T. 1-2. Przeł. N. Niewiadomski, Gdynia 1996-97;

2. Javier Cercas, Prędkość światła. Przeł. E. Zaleska, Warszawa 2010;

3. Gerbrand Bakker, Na górze cisza. Przeł. J. Jędryas, Warszawa 2013;

4. Krzysztof Stefański, Architektura XIX wieku na ziemiach polskich, Warszawa 2005.

  

Tagi: książki
21:37, alexanderson , Impresje / Refleksje
Link
sobota, 28 listopada 2015
1528. Das Scheißleben...

  

Smród z fabryki – a może z oczyszczalni ścieków – daje się czuć w pociągu przy każdym wjeździe do miasteczka od strony Wrocławia, choć za wieczornym oknem niewiele znamionuje jeszcze, że gdzieś się dojechało. Tak wita dziura: gości pozbawia złudzeń, zaś tym, którzy się stąd wyrwali, uparcie przypomina, od czego nie sposób się uwolnić. To jest twój klimat, pasuje do ciebie bardziej niż Warszawa, scenerię twego dramatu stanowi Pierdziszewo

  

„Możesz nie znać. (…) Stamtąd pochodzę. Mieszka tam wielu pijaków i wszelkiej maści nieudaczników, którzy przegrali życie i siedzą po uszy w gównie. Wiedziałem, że powrót to przyznanie się, że jestem taki sam. Ale tam mimo wszystko był dach nad głową. Dom moich rodziców, sad ze starymi jabłoniami”

             [Jurij Andruchowycz, Perwersja. Przeł. O. Hnatiuk i R. Rusnak].

  

23:24, alexanderson , Zbędność / Ja-inny
Link
niedziela, 22 listopada 2015
1527. I can’t get no...

  

„Listopad: jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku” [Julian Tuwim]. Jedzie się w świt pochmurny, wraca, gdy ciemno już, w biurze na oknach grube żaluzje – słońce widuje się tylko w weekendy, na co dzień mglisty księżyc. Długie czekanie na zimnym peronie wśród pustkowia, zapchany z Wrocławia pociąg – przypomina się studencki czas dojazdów, kiedy nie przesłaniało nic odmętów czarnych myśli. Praca niby wprost dla mnie (ćwierćinteligent, co woli być robolem), ale za dużo jej, nie daje się ogarnąć; listy nie mają końca, a tempo jest za szybkie. W dodatku popełniam błędy – ja, tak chorobliwie perfekcyjny. I ludzie wciąż mi obcy… Źle się z tym wszystkim czuję, jestem zmęczony, jest tylko sen i praca. Najgorsza zaś świadomość, że oby jak najdłużej – nie trafi się chyba nic lepszego, na żadnym polu nie daje mi życie satysfakcji…

     

„(…) pewność, jakiej nie da się zapomnieć, że nie ma nigdzie na świecie kobiety, przyjaciela, domu, książki, nawet nałogu, za których sprawą mógłbym poczuć się szczęśliwy”

                     [Juan Carlos Onetti, Krótkie życie. Przeł. T. Murzyńska]. 

   

piątek, 13 listopada 2015
1526. Mouth Wide Shut...

  

Pierwsze dni nie nastrajały zbyt optymistycznie (a i stan około chorobowy nie pomagał), ale może uda się to przeżyć. Umowa o pracę na próbne 3 miesiące, 1 900 zł brutto, wstawanie przed szóstą rano na pociąg do Wrocławia, powierzchnia biurowa na Stadionie, potem czekanie niemal godzinę na powrotny, obiad w domu przed szóstą. Na razie coś w rodzaju taśmy produkcyjnej: wyciąganie listów z kopert (tysiącami!), datowanie, naklejanie kodów, potem dojdzie odpowiednie kierowanie skanów w komputerze. Kancelaria zatrudnia ponad 200 osób – ta skala wciąż przytłacza, wir pracy angażuje w pełni, a moja mizantropia nie pozwala do nikogo się odezwać, zamyka w boksie biurka pośród ołpen spejsu

  

„Trzeba mnie było wyraźniej ostrzec, należało powiedzieć, że odeślą mnie z powrotem między ludzi”

     [John Maxwell Coetzee, Życie i czasy Michaela K. Przeł. M. Konikowska].

  

sobota, 07 listopada 2015
1525. Turning Point...

  

Niespodziewany kontakt z miejsca, gdzie byłem na rozmowie kwalifikacyjnej przed miesiącem, a potem napisali, że inny ktoś przyjęty – zastępstwa chyba teraz potrzebują lub może dwóch etatów, czy dalej jestem na to chętny w każdym razie, a jeśli tak, to zaraz wyślą na badania skierowanie. Jadę więc do Wrocławia w dzień następny (przez las dzik biegnie tuż przy torach – nowość, bo zawsze tylko sarny, myszołowy, bywały też żurawie i bażanty, czaple, lisy) do centrum medycyny pracy: krwi pobranie (i znów udało się NIE zemdleć), czekanie w tłumie na badanie okulisty (jak zawsze nie wiem, po kim jestem i biernie patrzę, jak większość wciska się przede mnie), opłata i faktura, trzy godziny. Nie mam już po tym na nic chęci, więc tylko kilka tomów w Dedalusie z serii „Don Kichot i Sancho Pansa” (w tym Zmeškal oraz Bakker, których wydanie odkryłem o dzień wcześniej, podobnie jak trylogię miłość-choroba-śmierć Gardella, która tam jednak niekompletna) i pizza z mamą (co przyjechała później na zakupy) w Sycylii, która zmieniła nieco w międzyczasie wystrój i stała się Włoszczyzną. Chodziłem w płaszczu, ale bez szalika, dzień później przysnąłem popołudniem bez przykrycia, wieczorem zaczęło mnie szczypać w gardle, teraz się zjawia katar – będę chory? A przecież w poniedziałek do pracy trzeba mi – po niemal roku bezrobocia (licząc od stażu, bo w ogóle to dłużej) zostanę inspektorem do spraw korespondencji w kancelarii…

  

„Powstała nowa sytuacja; życie charakteryzuje się długimi okresami nudy, najczęściej jest niezwykle ponure; potem nagle pojawia się jakiś zakręt i ten zakręt okazuje się ostateczny”

  [Michel Houellebecq, Cząstki elementarne. Przeł. A. Daniłowicz-Grudzińska].

  

wtorek, 03 listopada 2015
1524. I w proch się obrócisz...

 

A ciebie nie będzie miał kto pochować – mówi żartem (i z podskórną troską) mama, gdy wracamy z cmentarza. Mniejsza już nawet o ten pogrzeb – kto w ogóle znajdzie gnijącego trupa w zamkniętym mieszkaniu, złapie się na myśli, że dawno mnie nie widział, dostrzeże, że dawno już umarłem…

  

„[W nocy – po 12 VII 1973] Odtrącony kochanek życia. Mam już dosyć tych frustracji. (…) Tęsknię do nicości, tęsknię do śmierci. Nie jest wykluczone, że popełniłbym samobójstwo, gdybym miał rewolwer albo cyjankali. Ale popełnić samobójstwo, technicznie, jest bardzo trudno. (…)

Czemu się tak przejmuję światem, z którego tak czy owak jestem wykluczony? Niech przejmują się inni, którzy biorą udział, siedzą przy stole życia. Mnie od urodzenia odstawili, nie dopuścili (odstawiano, nie dopuszczano). (…) Chciałem być jak inni, starałem się, Bóg mi świadkiem, nie wyszło. Skończę więc ze sobą, ze sobą biorącym udział. Przestańmy starać się »być«, być w świecie.

Zniknijmy. (…) Niech będzie wszystko, ale niech nie będzie mnie. (…)

Idź za swoim powołaniem, chłopcze. Stworzony jesteś do nicości, nie broń się więc. Nicuj się, nicuj. (…)

Bo ja już nie mogę. Nie mogę i tyle.

Szukasz zaklęcia, kamienia magicznego, masz go, możesz – użyj. Tym zaklęciem jest nic. Nic, które jest tobą.

Jako ty – twoja sytuacja jest doprawdy żałosna. Ale jako nic…”

                          [Sławomir Mrożek, Dziennik. Tom II. 1970-1979].

  

Archiwum
Tagi